Arbor, elf jak to elf, herosem z potężnie rozwiniętą obręczą brakową nie był.
Nawet Kayana, która wbrew pozorom skutecznie negowała stereotypowi "płci słabej", była w stanie bez większego wysiłku złapać go i w dość mało subtelny sposób, zatrzymać.
- Nadzieja? Jaka nadzieja, to jest pewnik! - w oczach Arbora tańczyło coś, co nawet bardzo optymistycznie nastawiona do życia osoba nazwałaby "szaleństwem" - Pewnik, Kayana, pewnik!
Zręcznym ruchem wydostał się z jej uchwytu, minął podziwiającego całe zajście z niepomiernie zdziwioną miną Marcusa, by w dwóch krokach znaleźć się przy stole. Natychmiast zabrał się za mieszanie mleka, kwiatów i żurawiny w moździerzu.
Tłuczek miarowo tańczył w miejscu, podskakując i wijąc się jak żywa istota w doświadczonych dłoniach druida.
- Maść, jaką wykonamy, będzie tylko początkiem - nader wymownym gestem wskazał Kayanie drugi z moździerzy - tylko początkiem! Mówi ci coś nazwa "Khel"?
Mówiła, a i owszem. Kayana jak przystało na wychowankę Kręgu znała owo określenie. Wiedziała, iż była to po prostu litera druidzkiego alfabetu fonetycznego. Arhet, Bethis, Cethal... aż do Khel i jeszcze dalej. W zapisie runicznym malowało się je jak normalne "K", tyle że z dłuższym niższym ramieniem i znakiem "^" nad całą runą. "Khel" wykorzystywane było w wielu wariantach, jako symbol ochronny. Proste Khel namalowane, dajmy na to, na drzwiach domostwa, połączone z czarem "zamknięcia" znacznie wydłużało efekt i siłę magii. Prosty symbol, acz nieznany dla wielu.
Jak liczne inne tajemnice druidzkie.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Druidka zblizyła się do stołu, warząc w ręce moździerz, jednak jeszcze nie zabierając się do pracy. Chciała wiedzieć wszystko, od poczatku do końca, byc wszystkiego pewna.
- Oczywiście - rzekła, odkładając na chwile moździerz, opierając się dłońmi na stole, zerkając bystro na Arbora. - Jedna z run w druidzkim alfabecie, jak mogła bym tego nie znać? Symbol obronny. Ewentualne wzmocnienie jakiegoś zaklęcia. - Kątek oka zerknęła na Marcusa. - Do czego zmierzasz?
Arbor na sekundę przerwał pracę, skupiając wzrok to na Kayanie, to na jej dłoniach, to na składnikach zgromadzonych na stole. Na jego blade zazwyczaj policzki wstąpił rumieniec poddenerwowania i energii, która zdawała się rozpierać zmanierowanego, opanowanego elfa.
- Spróbujemy stać się niewidzialni - wypalił wreszcie z przejęciem - Khel namalowane na ciele, w połączeniu z zaklęciem ochrony przed negatywną energią powinno zaowocować zwiększonym efektem czaru! Jeśli się nie mylę, a jestem pewny - zaakcentował ostatnie słowo nadzwyczaj mocno - że się nie mylę, powinno to zagwarantować nam pełne ukrycie, przed receptorami tych istot... przynajmniej dopóty, dopóki ich nie zaczepimy.
Kayana co prawda nie słyszała nigdy o zaklęciu ochrony przed negatywną energią, ale kładła to na krab własnego magicznego niedoświadczenia. Tak silny druid jak Arbor zapewne znał wiele czarów, których nawet system tales and legends nie przewidywał.
Marcus z kolei syknął cicho przez zęby.
- Jak wielki musi być ten znak i gdzie namalowany? - rzekł treściwie - Pytam, bo nie widzę tu zbyt wiele składników do maści i ciekawi mnie, na ile osób wystarczy takiej ochrony.
Pytanie było celne. Arbor stropił się wyraźnie.
- Zasadniczo im większy, tym lepiej. Toteż namalowany również winien być na jak największej powierzchni, jak brzuch czy plecy. I faktycznie, człowieku, masz rację... na oko licząc nie ochronimy więcej niż... - spojrzał krytycznie na stół - ...niż dziesięć, do dwunastu osób.
- Plus jedna, która na własnej skórze wyjdzie ze świątyni i sprawdzi, czy to działa... - zimno zauważył Marcus.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Druidka słuchała uważnie każdego słowa Arbora, zagryzając wargi. Już po pierwszych kilku zdaniach, wiedziała, że jej obawy były słuszne, że należało jednak powstrzymać na chwilę Arbora, uspokoić się i zastanowić jeszcze mocniej.
Pierwsza wątpliwość, została wypowiedziana przez Marcusa, który, nie przymierzając, niczym mały Timoris, słowo w słowo odtworzył jej myśli.
Drugą jednak wypowiedziała sama.
- Jest jeszcze inny, zupełnie inny problem. - Mruknęła, patrząc po wszystkich składnikach. - Nie wspominając nawet o tym, że uciekając nawet w dwanaście osób, reszte zostawimy na pastwe losu, to i tak tylko odwlekamy nie uniknione. Wiecie przecież o czym mówie! To jest plaga! Te małe skurwysyny bedą poszerzać swoje terytorium coraz bardziej, na Amen'thae się nie skończy! Ucieczka nic nie da, musimy powstrzymać to cholerstwo!
Uspokoiła się, zdając sobie sprawe, że ostatnie zdanie praktycznie wykrzyczała. Tak to już jest, jak kobieta, szczególnie ludzka traci nad sobą panowanie, to traci je całkowicie.
Teraz z kolei umilkła na dłuższą chwile, zbierając myśli. Maść ochronna dawała nowe możliwości, nowe nadzieje, trzeba było ją jednak wykorzystać z głową. Inaczej cały wysiłek pójdzie na marne.
- Bedziemy musieli podzielić maść miedzy dwie grupy. Każda bedzie miała swoje zadanie. - Spojrzała na Arbora. - Wybierzesz z pośród elfów w świątyni tych, którzy chociaż troche znają się na zielarstwie. Przynajmniej, żeby mogli rozpoznać żurawine. Czterech, nie wiecej. Wiem, że las został dotknięty plagą całkowicie, ale może zachowało się chociaż troche ziół w okolicy świątyni. Pozatym, ususzone liście mogły być trzymane przez niektórych z elfów w domu, warto to zbadać, zawsze może się na coś natrafić.
- Oprócz żurawiny i ziół leczniczych, zbierzcie również inne potrzebne rzeczy. Prowiant, broń.. to już pozostawiam do osądu tobie, Arborze. Tobie, bo chce, być przewodził tej grupie.
Druidka raz jeszcze powoli przejechała wzrokiem po stole, specjalnie ociągając się z następnymi słowami, jaki miała wypowiedzieć. Wiedziała po prostu, jaka bedzie na nie reakcja.
Spojrzała łowcy prosto w oczy.
- Marcusie, chce, żebyś poszedł z nim. Znasz się na ziołach, pozatym masz instynkt, potrafisz wybrnąć z takiego gówna. W razie czego, wyciągniesz ich stamtąd.
Znów umilkła, lecz tylko na chwile, by złapać oddech. Wiedziała, że zaraz po tym co powie, zaczną się spierać, wiec zebrała siłe, by powiedzieć to co zamierzała głosem nieznoszącym sprzeciwu.
Już po chwili zdałą sobie sprawe, że jej nie wyszło.
Nikt jej nie przerywał. Nikt nic nie mówił. Nikt nie wtrącał swoich trzech groszy. Pozwolono jej spokojnie złapać oddech, zebrać siły i dokończyć całą wypowiedź, co do słowa.
Ba, nawet już gdy to się stało, ani Arbor, ani Marcus nie zdobyli się na słowo.
Zupełnie, jakby mieli nadzieję, że cisza ją zdeprymuje, będąc aż nazbyt wymowną.
Lub po prostu zabrakło im pomysłów na głębokie i bogate życiowe teorie.
- Zebranie ziół. przeszukanie domostw... - Arbor chrząknął znacząco - ...tak, również o tym myślałem. Zdecydowanie jest to dobry pomysł. Nie planowałem uciekać w dziesięć osób, a raczej znaleźć sposób przedłużenia naszego schronienia i zbadania tych... istot...
- Małych skurwysynów - cierpliwie podsunął to jakże twórcze określenie Marcus.
Abor zgromił go wzrokiem, znów przybierając pozę opanowanego i dostojnego mędrca, tracąc swoją dotychczasową, młodzieńczo rozszalałą werwę.
- Ale, siostro, muszę powiedzieć... że twój pomysł, aby samemu... samemu iść tam i... - kolejne słowa sprawiały elfowi wyraźną trudność. Nawet Kayanę to nie dziwiło. Arbor, jak wielu elfów nie należał do osób, którym łatwo przychodziło uzewnętrznianie swoich uczuć - moim zdaniem takie poświęcenie dla nas, dla natury... no cóż, wymaga szacunku, ale...
- Ale jest pomysłem głupim, egoistycznym, szaleńczym i bezsensownym - równie cierpliwie co przed chwilą podsunął mu Marcus.
Nic dodać, nic ująć.
- Mam lepszy pomysł. Wy róbcie, co macie robić, ja tutaj i tak do niczego się nie przydam - rzekł od razu łowca, patrząc gdzieś, na ścianę świątyni.
Zupełnie, jakby na niej namalowano nagie, tańczące baby, zaraza. Na Kayanę nawet nie zerknął.
- Ja rozejrzę się po świątyni, popatrzę na wyjścia i spróbuję ustalić najlepsze drogi wyjścia i wejścia dla kolejnych grup - zaproponował tonem znaczącym, iż wcale nie oczekuje aprobaty pomysłu - Musisz, Arborze, mieć wszystko zaplanowane, gdy mnie i Kayany nie będzie w pobliżu.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Kayana nie przejęła się słowami Marcusa, doskonale wiedziała, że tak właśnie bedzie jego reakcja wyglądać. Wiedziała również, dlaczego teraz Łowca unika jej spojrzenia. Z oczu mężczyzny można wiele wyczytać.
W tym wypadku Druidka nie potrzebowała jednak patrzeć mężczyźnie w oczy. Wiedziała co zamierza.
Wiedziała też, że Łowca nie ustąpi, obojętne, co mu powie.
Westchnęła z cicha, zbierając myśli. Później z nim o tym porozmawia. Teraz trzeba było brać się do działania.
- Dobrze, Arborze, bierzmy się do roboty. - Powiedziała, podwijając lekko rękawy swojej szaty. - Później zajmiemy się podziałem na grupy. Mamy wszystko co potrzebne? Jeśli tak, to zaczynajmy.
Zbliżyła się do stołu, zerkając po narzędziach i komponętach, starając się rozpoznać każdy z nich. Czekała jednak cierpliwie na Arbora, nie chcąc niczego zepsuć.
Marcus opuścił dwójkę druidów. Jego kroki brzmiały jeszcze przez chwilę mocnym, zdecydowanym dźwiękiem kroków człowieka, który wie, czego chce i który jest bardzo zdeterminowany do tego, by swój cel osiągnąć. I nawet jeśli ów cel jest dosyć niewielki w kontekście całości sytuacji, to nie chce siedzieć bezczynnie i czekać na rozwój wypadków.
Arbor również podwinął rękawy swojej szaty.
- Wszystko mamy. Baza normalna, na mleku. Potem miazga z żurawiny i na końcu obrobione Nishifal. Powierzmy wszystko Bogini, a będzie dobrze - elf uśmiechnął się lekko, tak lekko, że aż niemal niezauważenie.
Kayana faktycznie widziała przed sobą na stole miskę i moździerz służące go formowania papki. Drobny, posrebrzany, zdobiony rytualnymi runami nożyk spoczywał przy blasze krajalnicy. Większa misa stała przy dzbanie z mlekiem. Arbor najwyraźniej nie planował prowadzić jej za rączkę i mówić "to posiekaj, to rozgnieć, to pomieszaj, tu się pomódl do bogini", zostawiając całość do inwencji druidki.
- Stratio, dobra matko. Ty, która napełniasz każdy nasz oddech tlenem, która jesteś początkiem i końcem wszelkiego istnienia, która miłujesz nas jak dzieci, którymi jesteśmy...
Arbor, unosząc srebrny nożyk przed siebie rozpoczął modlitwę. Najwyraźniej on planował zacząć pracę od poświęcenia 'pracowni'.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Druidka wysiliła umysł, bezowocnie starając sobie przypomnieć jakieś detale z czasów, gdy wszelkie leki robiła jeszcze pod okiem swoich mistrzów. Niestety, nigdy nie słuchała zbyt uważnie, sądząc, że zioło lecznictwo nie może być takie trudne. Zadziwiające, że człowiek dopiero z czasem zaczyna sobie uświadamiać, jak wiele małe błedy z przeszłości mogą wiele kosztować. Bo tu nie było miejsca na błedy.
Nie zamierzała się jednak tak łatwo poddawać. Wszystkie składniki znajdujące się na stole rozpoznała bez problemu, a z narzędziami nie spotykała się po raz pierwszy. Po prostu brak jej było wprawy.
Gdy tylko Arbor rozpoczął modły, Kayana przymknęła oczy. Wiedziała, że nie musi głośno wypowiadać swych próśb, by Stratia ich wysłuchała. Delikatnie poruszała ustami do wtoru własnych myśli, starając się w ten sposób bardziej skoncentrować.
Otwierając oczy, przysuneła misę bliżej siebie, wodząc po stole za kolejnymi składnikami mieszanki. Mleko, żurawina, Nishifal... Nerwy odeszły gdzieś na bok, z każdym ruchem czuła się odrobinę pewniej.
Mawiają, że druid miewa wiele wspólnego z kapłanem. Kapłanem natury, kapłanem przyrody. Podobnie jak kapłan, również druid żyje dla obowiązku. Naucza, czci siły, które stanowią dla niego świętość, żyje według ściśle okreslonych zasad. Druid ma jednak również wiele wspólnego z paladynem. Gdy nadchodzi zagrożenie, walczy, staje w szranki, nie waha się poświęcić samego siebie w imię dóbr, które ma chronić.
Zarazem jednak druid różni się od tych dwóch typów osób. Druid bliższy jest neutralności i naturze. Mniej obchodzą go dogmaty, a bardziej konkretne skutki danego działania. Nie waha się podejmowania trudnych decyzji gdyż wie, że natura również nie zna uczucia wahania. W każdym aspekcie swojego życia stara się być jak Ona.
I chroni Ją, choćby za cenę najwyższego poświęcenia.
Długie lata spędzone w Kręgu teraz Kayanie mogły się wydać słodkie i beztroskie. Ot, picie elfiego wina, wymigiwanie się od obowiązków, wiele czasu spędzonego na prostym podziwianiu piękna natury. Całe dzieciństwo wśród drzew. Pewna duma, iż ukończyła szkolenie w czasie czterokrotnie krótszym, niż typowy elf.
Oraz duma, że czas ten nie poszedł na marne.
Że czegoś się naprawdę nauczyła.
Modlitwa. Potem baza na mleku. Kolejne dodawane składniki. Formuły. Dłonie, zręcznie rozrabiające miazgę, powoli przyjmującą właściwą konsystencję. Jej gesty zręcznie pokrywały się z kolejnymi działaniami Arbora. Nie minęło pół godziny gdy w zasadzie każdy owoc żurawiny i każdy kwiat Nishifal został zużyty. Maść była gotowa. Jedynym problemem stała się jej ilość. Dwie misy, choć pełne, na pewno nie będą wystarczające dla wszystkich osób zgromadzonych w świątyni. Poza tym, jak to zostało powiedziane wcześniej, nie było jeszcze do końca pewne, czy cała sprawa zadziała.
- Znakomita robota, siostro - Arbor uśmiechnął się, nad podziw szczerze, choć zza maski uśmiechu dało się wyczuć bijący od druida niepokój - oby to zadziałało.
Jak na komendę, do sali wkroczył Marcus.
- Mogę już? Nie przeszkadzam? - zapytał przez próg.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Skończywszy rytuał, Kayana odetchnęła z lekka, ścierając rękawem wąską strużkę potu ze skroni. Sam proces może nie był zbyt wymagający, jednak wywołał w jej głowie lekki harmider myśli i delikatne podniecenie. Miło było przypomnieć sobie, że bycie druidem to nie tylko wędrówka po lasach i walka o naturę; to także wykorzystywanie jej owoców, by pomagać innym i zachować harmonie.
Pozatym, kiedy jest się w czymś dobrym, sprawia to cholerną przyjemność.
- Właśnie skończylismy. - Mruknęła, odwracając się do Marcusa z uśmiechem. - Wszystko tak jak być powinno. Niestety, tak jak zakładaliśmy, niewiele udało nam się tej maści uzyskać..
- Ale przy odrobinie organizacji, nasz plan może wypalić. A ty?? Co ustaliłeś??
Marcus skinął głową w prostym geście zrozumienia. Tu nie trzeba było najwyraźniej wiele dodawać. Od samego początku owego pomysłu towarzyszył im lęk, iż uzyskanej maści będzie daleko mniej, niż osób jej potrzebujących. Fakt, iż w istocie tak się stało, tym samym nikogo nie dziwił.
- Co robiłem? – powtórzył pytaniem mężczyzna, odwzajemniając uśmiech druidki – Przede wszystkim rozmawiałem. Mieszkańcy okazali się być nad podziw skorzy do pomocy, opowiedzieli mi dosyć dokładnie, jak się sprawa ma z okolicznym ukształtowaniem terenu. Porównałem ich wersje z mapą, którą wykonał nam Arbor i wydaje mi się, iż wiem, w którą stronę oraz jak poprowadzić zgromadzonych tutaj biedaków, by w możliwie najłatwiejszy dla nich i najszybszy zarazem sposób wydostali się poza zasięg... tych ‘małych skurwysynów’.
Na twarzy Marcusa pojawił się leciutki, drgający w kącikach ust, szelmowski uśmieszek. Kayana przez sekundę była pewna, iż łowca spojrzy na nią, jakby oczekując zrozumienia delikatnej aluzji do jej własnych słów, oczekując kolejnego uśmiechu, że skinie jej głową, albo chociaż puści oczko.
Nie pomyliła się.
- Twój pierwotny pomysł, by wspinać się na drzewa w poszukiwaniu czegoś pomocnego, lub jakiś ocalałych, początkowo uważałem za całkiem niezły – kontynuował łowca – teraz jednak muszę go stanowczo odradzić. Raczej nie ma szans, by dostać się do drabinek i wejść na nie niepostrzeżenie. Nawet jeśli maść zadziała, to wciąż bardzo ryzykowne. Nie wiemy, co tam się znajduje.
- Arbor i ocaleli wyjdą po prostu głównym wyjściem. Innej możliwości i tak nie posiadają, a dzięki temu będą mogli uciekać dosłownie na wprost, dokładnie tę samą drogą, którą my przybyliśmy. Według słów mieszkańców, właśnie tamtędy szlak jest możliwie najprostszy i najrówniejszy, co ułatwi bieg oraz marsz tym najbardziej rannym.
- My zaś – Kayanie zdało się, iż łowca niepotrzebnie podkreślił to wyrażenie – wyjdziemy tylną nawą. Są tam małe drzwiczki wychodzące ze składziku, obecnie solidnie zabarykadowane. Stamtąd droga do Domu Mędrców będzie również dość prosta. Po warunkiem, że wasza – delikatny gest podbródka w stronę mis – paćka zadziała.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
- Zadziała. - Mruknęła, wysłuchawszy Marcusa do końca. - Nie obawiaj się, zadziała. Chyba nie wątpisz w nasze umiejętności, prawda? - Delikatnie poszerzyła swój uśmiech, puszczając łowcy najwyraźniej oczekiwane "oczko".
Sama Kayana nie tyle co odzyskiwała utracone siły i nadzieje, ale też z każda chwilą czuła, że poprawia jej się nawet humor. Najchętniej już teraz wyrysowałaby sobie na piersi ochronne runy i wyszła na zewnątrz by skopać kilka tyłków. Wraz z siłami, rosła w niej potrzeba przygody i doprowadzenia całej tej sprawy do końca.
Uratuje tą wioskę. Spełni swój obowiązek.
Albo zginie próbując.
- Trzeba to wszystko bardzo starannie zaplanować. Arborze, musimy dokładnie podzielić tą maść. Ty, wraz z wybranymi elfami, udacie się, by przeszukać chaty i znaleść co tylko się da. Ja... Oraz Marcus udamy do domu mędrców w dwójkę. Musimy też dobrze pilnować naszej maści i nie dopuścić, by który kolwiek z elfów dowiedział się, że wystarczy tylko ona, by się stąd wydostać. Panika i bunt są chyba ostatnimi rzeczami, które teraz potrzebujemy..
Odetchnęła jeszcze raz, głeboko, biorąc swoją misę w dłonie.
Sądząc po twarzy starego druida, w planie, jaki przedstawiła Kayana, znalazł jakąś lukę, czy też może niuans, który niezbyt przypadł mu do gustu.
- Rozumiem, że chcesz, bym wraz z paroma zaufanymi elfami przeszukał domy? – Arbor zasępił się zauważalnie – To jest możliwe, ale nie wiem, na ile rozsądne… raz, że nie jest powiedziane, iż znajdziemy tam cokolwiek użytecznego, że o ocalałych nie wspomnę, a dwa, że, jak sama zauważyłaś, wiedzy o maści nie da się ukryć. Musiałbym zabrać ją ze sobą, by nie ryzykować, iż pozostali się o nią pozabijają. Z kolei, jeśli zostanę przyparty do muru i zmuszony do rozdania jej między lud, problemem stanie się decyzja, komu ją dać, a komu nie… obawiam się, iż plan polegający na splądrowaniu wyższych domostw nie przypadnie moim podopiecznym do gustu…
Kayana nie mogła nie przyznać druidowi racji. Sama doskonale zdawała sobie sprawę z faktu, iż elfowie zgromadzeni w świątyni znajdują się w wyjątkowo trudnej sytuacji i będą gotowi do niejednego, aby się z niej wydostać. Wieść o tym, iż para druidów odkryła sposób na ucieczkę może wśród nich wywołać reakcję, którą trudno byłoby teraz przewidzieć.
- Macie tu jakąś broń? – rzeczowo zapytał Marcus.
- Większość zgromadzonych to kobiety i dzieci… niemal wszyscy mężczyźni, którzy próbowali walki, zostali zamordowani – odparł Arbor – tych kilku jednak, którzy ocaleli, z pewnością coś przy sobie mają. Nawet jeśli nie miecze, to na pewno łuki czy choćby sztylety.
Łowca spokojnie skierował wzrok na druidkę.
- Musimy to przemyśleć lepiej, Kaya… - rzekł cicho – bo w momencie, kiedy Arbor zacznie szukać towarzyszy do wędrówki w drzewa, lub gdy my tak po prostu wyjdziemy… tam może rozpętać się piekło. Wiesz o tym przecież.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum