Oto i dowód, że cierpliwość popłaca. Twarde stanowisko, trochę chamstwa, wiedza, i można coś ugrać. Stawka była dość niska, ale czasem lepiej odpuścić i zadowolić się tym, co się ma. Szczerze powiedziawszy, żal było patrzeć na tego człowieczka, męczącego się z niewielką przecież skrzynką.
- No i trzeba było tak od razu! - rzucił Tellar z szerokim uśmiechem, słysząc słowa ochmistrza. Założył plecak, topór ułożył na skrzynce, na której siedział po czym chwycił rzeczoną skrzynkę i skierował się na statek. Na trapie ostrożnie, żeby niczego nie zgubić, a na pokładzie pewnie do ładowni. Tam zostawił pakunek, po czym ruszył w kierunku pomieszczenia załogi. Położył plecak i topór w pobliżu swojej koi, i ruszył po następną skrzynkę...
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
Cała trójka podniosła się, razem zabierając się za robotę. Tellar pochwycił najbliższą, pachnącą rybami skrzynkę i udał się z nią po trapie. Topór ułożył na pakunku, a plecak przerzucił przez ramię. Deska była śliska, jednak jej osobliwe, szorstkie wykończenie uniemożliwiało jakiekolwiek wywrócenie się i wpadnięcie do morza. Zszedł na dół, pod pokład, gdzie po paru chwilach odnalazł ładownię i odstawił towar niedaleko tego, który niepewnie został zabrany przez ochmistrza. Zaraz potem skierował swe kroki do koi, gdzie ułożył przeszkadzający mu ekwipunek. W drodze powrotnej wyminął Ajihna i Feafeuriala, niosących wielką, ciężką skrzynię.
Gdy wyszedł z powrotem na ląd, zauważył dalekie sylwetki idące w jego stronę. Złapał za następny, większy, ale też lżejszy pakunek i znowu ruszył do ładowni.
Minęło jeszcze kilka rundek, nim cały towar został wniesiony na pokład Zielonego Kormorana. Sam Tellar nie zmachał się aż nadto, jednak nie można było tego powiedzieć o nieco delikatniejszym gogu i elfie. Ci sapali ze zmęczenia, ciężko łapiąc oddech, co i tak było niczym w porównaniu do wyglądu ochmistrza, któremu ledwo co udało mu się wnieść jedną, najmniejszą skrzynię, nim padł bez sił.
- Dobra, to teraz twoja kolej - rzucił Ajihn w jego kierunku.
Ten z westchnięciem sięgnął do pasa, z którego wyciągnął trzy srebrne monety, wręczając każdemu po jednej.
- Niech wam będzie. Trzymajcie i szorujcie już na pokład, zaraz odpływamy.
Sylwetki, które ukazały się na horyzoncie, dotarły już do portu. Tellar rozpoznawał co poniektóre twarze wracających żeglarzy. Część powracała z uśmiechem na ustach, inni prezentowali nowo zakupione przedmioty, ostatni zaś z ciężkim krokiem i ze smutkiem w oczach szli na statek, z wyraźnymi śladami ostrego kaca.
Praca, praca, praca. Typowa robota portowa, jaką każdy marynarz musi odbębnić przynajmniej kilkadziesiąt razy w swoim życiu. Przenoszenie pakunków nie należało do łatwych i przyjemnych, ale też nie było specjalnie trudne, przynajmniej dla przeciętnego orka. Bo po kilku rundkach Ajihn i Fufek wyglądali na lekko zdezelowanych. Czasem lepiej jest być dużym i silnym.
Na szczęście we trojkę dość szybko uwinęli się z robotą. Człowiek na szczęście nie robił problemów z wypłatą. Swoje szczęście - gdyby zdecydował się oszukać Tellara, prawdopodobnie pewnej burzliwej nocy wypadł by za burtę.
Widok powracających towarzyszy przypomniał mu jego własny stan. Kaca czół coraz mniej - piwo, świeże powietrze i praca oddaliły trochę ten nieprzyjemny stan. Aczkolwiek ork i tak pewnie nie wyglądał najlepiej.
Jednakże skoro marynarze wracali, trzeba było wracać na pokład. I pożegnać Hola Avarę...
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
- No, jeszcze kilkanaście takich kursów i będziesz mi mógł zwrócić swój dług! - zaśmiał się gog, wycierając spocone czoło.
Po chwili pierwsi marynarze zaczęli wchodzić po trapie na pokład Kormorana. Tellar kojarzył większość twarzy, jednak były również takie, przy których musiał się mocno wysilić, by przypomnieć sobie, skąd je zna i za co odpowiadały. Potrzebował jeszcze paru tygodni, by oswoić się ze statkiem i załogą na nim. Jak dobrze pamiętał, jeszcze młodszych od niego była raptem dwójka: dwóch ludzi, co wyglądali jak bracia, jednak łączyła ich tylko przyjacielska więź. Zresztą, kto by się przejmował. Nie byli tak silni i obeznani w orężu jak sam ork, toteż zawsze przydzielano im gorsze zadania. Od szorowania pokładu, przez rozplątywanie walających się, mokrych i ciężkich lin, na nocnej wachcie kończąc. Cherlawi i popychani szybko stracili ekscytację i chęci do kursowania przez morza, jednak nadal uporczywie trwali na swoich stanowiskach. Nie mieli wyboru.
Zaraz po wkroczeniu na statek udali się pod pokład, do pomieszczenia, gdzie rezydowała załoga. Elf i gog zrzucili swoje bagaże, które podczas noszenia skrzyń leżały sobie na lądzie. Brakowało jeszcze ćwiartki załogi, w tym też...
- No jestem!
Niski, zdyszany głos rozległ się za plecami orka. Obrócił się. Był to nie inny, jak sam Gerog, zrzucający ciężki wór na ziemię.
Tarze, dużo twarzy. Kormoran miał zaskakująco dużą załogę, jak na statek tej wielkości. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Bo przecież spora część z wchodzących na statek nie była marynarzami, wliczając w to samego Orka. Owszem, lubił pływać, czuć wiatr na twarzy i kołysanie pokładu, ale to, co wychodziło mu najlepiej, to machanie toporem. Może doprowadzenia statku wystarczyło by mniej osób. Ale do abordażu, przeładunku i dopłynięcia do portu, przy założeniu, że spora cześć załogi po walce nie będzie nadawać się już do użytku...
Tellar był nowy na okręcie, ale coś niecoś się orientował. Chociaż przez swoją siłę, przy wychodzeniu z portu zawsze dostawał kabestan. A ci młodsi... Jeżeli nie chcieli pływać, to nikt ich nie zmuszał. A jeśli chcieli, to musieli przecierpieć. Z czasem trafi się ktoś nowy, i na niego spadną różne nieprzyjemności.
- No jestem! - Zagrzmiało za plecami.
- I znalazła sienasza zguba - Uśmiechnął sie Ork na widok nienajurodziwszej gęby przyjaciela. - Gdzie cię z rana wywiało?
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
- Wiecie, no... - Gerog podrapał się w tył głowy. Podsunął sobie nogą mały zydel stojący z boku i usiadł na nim, z wyraźnym uczuciem ulgi.
- Załatwić musiałem mój sprawy. Mało ważne. Robiliście coś przez cały czas?
Cała grupka przyjaciół wystarczająco przywykła do braków językowych towarzysza, z czasem powstrzymując się od napadów frustracji, a pod koniec reagując na to tylko podczas wyjątkowo niefortunnego przekształcenia zdania, co zawsze kończyło się sporymi salwami śmiechu. Zaraz potem zaczerwieniony Silvgaarczyk odpowiadał klasyczne "spierdalajcie" czy inne, wyćwiczone do perfekcji zwroty.
- Oby niczego nam nie kazali robić, jak ostatnio zresztą - parsknął Fufek, leniwie rozkładając się na swojej koi. - Kasa sama wpadnie do kieszeni, a my będziemy mogli zająć się czymkolwiek, chociażby grą w te kości, co ostatnio.
- No, chyba że macie jakieś inne idee - wtrącił gog. - Mnie już osobiście kości znudziły.
- Pytasz, czy coś robiłem, czy czy mam jakieś ciekawe idee? - Odpowiedział pytaniem Tellar. Błędy językowe Geroga nie raziły specjalnie, przynajmniej nie załogę. Jeżeli spędzało się z kimś dwadzieścia cztery godziny na dobę, czasem po kilka tygodni rejsu, Zaczynasz rozumieś i elfie przekleństwa, nie tylko przekręcane słowa. Człowiek jest w stanie się do wszystkiego przyzwyczaić. Ork tym bardziej.
Jeśeli chodzi o pierwsze, to w sumie nic specjalnego. Nie mieliśmy żadnych ciężkich spraw na głowie - przy tych słowac Tellar wymownie spojżał na worek przyjaciela. - A jeżeli o propozycje, to wybacz, ale niewiele można robić na takiej przestrzeni, jaką dysponujemy. Kości, karty, od czasu do czasu jakaś bijatyka i dużo roboty to jedyne rozrywki... Więc nie mam żadnych pomysłów. - Ork westchnął ciężko. - Ale wam przemówienie machnąłem...
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
- Pytam co robić teraz można - odpowiedział beznamiętnie. Tu zauważył spojrzenie Tellara, które wyrażało więcej niż niejedna wymiana zdań.
- A tak, tu w wórze mam moje jedzenie, bo to tu jest niedobre. I inne rzeczy, ale to...
Wypowiedź przerwał my głośny, metaliczny huk dzwonu osadzonego przy głównym maszcie. Jego dźwięk oznaczał konieczność zaniechania swoich aktualnych obowiązków i udania się na całozałogowy apel wygłaszany przez kapitana. Do tej pory ta tradycja objawiała się zawsze na początku i na końcu rejsu, gdzie odpowiednio rozdawało się obowiązki, mówiło o planach na następne dni i kierunku podróży. A przed zejściem na ląd z kolei wydawało się załodze zarobione pieniądze i mówiło, o której ów statek wypływał. Tak było do tej pory i pewnie tak samo będzie i tym razem. Niemniej jakaś nowość, odświeżenie, coś, co zwalczyłoby wszechogarniającą nudę towarzyszącą ludziom morza od wieków.
- No, tyś nam walnął przemówienie - parsknął Fufek - a teraz sam Harrana jebnie nam kolejne. Kurwa, jak ja nie znoszę, jak ten gość gada. I tak wiadomo, co będziemy musieli robić, więc co to za różnica, czy pójdziemy, czy nie?
Dzwon okrętowy. Całkiem przydatna rzecz - alarmy i apele trzeba było głośno ogłaszać. Z tym, że jakoś nikt nie miał ochoty słuchać, jak kapitan mówi. Bo i co ciekawego mógł powiedzieć? Dokąd płyną, gdzie to jest, i ile będą płynąć. Szczerze, niezbyt to orka obchodziło. Popłynie gdzie każą - i tak nie miał na to żadnego wpływu. Z drugiej jednak strony Kazać marynarzom płynąć gdziekolwiek, bez słowa, mogło by się dla kapitan niezbyt dobrze skończyć. Nocna wizyta kilku uzbrojonych panów zakończyła by jego karierę. Wiedząc dokąd płyną, marynarze wiedzieli kiedy zejdą na ląd, liczyli pozostałe dni, i nie stwierdzili by "nie wiem, ile jeszcze będziemy płynąć, ale jam mm dość". Tka więc decyzja o apelach była dobra, ale nie z orkowego punktu widzenia.
- Różnica czy pójdziesz czy nie to różnica czy będziesz grał w kości, czy też szorował pokład. - powiedział Tellar ruszając w stronę wyjścia. - Poza tym, masz coś lepszego do roboty?
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
- Dobra, dobra, pójdę - odpowiedział z przekąsem elf o paskudnej mordzie. - Tylko się już tego tak, kurwa, nie czepiaj. Każdy może mieć odmienne zdanie, a mi się osobiście strasznie nie chce słuchać tego starucha.
Rzekł, a następnie ułożył się wygodnie na swojej koi. Odprowadził orka wzrokiem, gdy ten znikł wśród tłumu innych wychodzących, marynarzy, najemników, kucharzy: wszystkich, którzy żyli i funkcjonowali na statku. Zaraz potem, gdy nawał wychodzących nieco się przerzedził, ze swoich miejsc wstał Ajihn, a zaraz potem Gerog.
Powierzchnia szybko wypełniała się załogą, prędko dobijając do trzydziestu paru osobników. Pod samym masztem, na lekkim wzniesieniu z ułożonych skrzynek stał kapitan Gefral Harrana. Miał ponad czterdzieści lat, chociaż wyglądał i zachowywał się jak niejeden z marynarzy: łaził uśmiechnięty, pełny życia, chociaż nieraz potrafił mocno dać w kość, gdy ktoś nie wykona swojego obowiązku. Tellar póki co mu nie podpadł, przez co mógł się jeszcze cieszyć jako takim szacunkiem. O ile ten go zapamiętał. A przez pokład przewija się spora gromada ludzi, elfów, jorów i tylko jeden, jedyny ork.
Za chwilę miało zacząć się przemówienie. Ostatnie osoby dołączały do tłumu, w tym też i Fufek z wyczerpaną i pełną pogardy miną świadczącą o całym jego stosunku do kapitana.
- Przecież sie nie czepiam, możesz zostać. Tylko potem nie marudź, jak dostaniesz jakąś nieciekawą fuchę. Wszechwładne oko Harrany widzi wszystko... - Odpowiedział Fufkowi ork.
Te czterdziestu luda, z których składała się załoga, zebrane na pokładzie głównym raczej nie tworzyło specjalnego tłoku. Tellar jednak nie pchał się na przód. Był na tyle wysoki, by wszystko widzieć, słyszeć też mógł raczej wszystko, a nie przejawiał specjalnego zainteresowania przemówieniem. Niby i chciał wiedzieć, dokąd będzie płynąć, ale prawdopodobnie nazwa podana przez kapitana nic nie będzie mu mówić. Sam kapitan także nie zrobił na nim wrażenia - widywał go codziennie, i zdążył poznać jego humory. Na szczęście nie na własnej skórze. Choć to prawdopodobnie kwestia czasu.
Przedstawienie czas było zacząć. Ork oparł się więc wygodnie o reling, i czekał na przemówienie kapitana.
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
Gdy tylko ostatnie osoby dotarły do miejsca zbiórki, kapitan rozpoczął swe przemówienie.
- Mamy dziś dziesiąty dzień miesiąca Arros, kalendarza imperialnego. Przypłynęliśmy tu dwa dni temu, to jest ósmego dnia. Przez ten czas mieliście mnóstwo okazji by wypocząć, zrobić zapasy na podróż, skorzystać z miejscowych atrakcji czy po prostu sobie podupczyć. Szczerze to mało mnie to obchodzi, byle byście byli w pełni sił na następny kurs!
Tu zrobił sobie chwilkę przerwy, upijając wodę z bukłaka przy pasie.
- Jeśli chcecie wiedzieć, gdzie będziemy płynąć, a powinniście w zupełności, to powiem wam, że nawiązałem kontakt z poniekąd konkurującym statkiem, który znacie z pewnością. Tak, dokładnie, ostatnimi czasy Krwawy zajmuje nasze wody, przejmuje ciężko wynegocjowane kontrakty, przez co interesy idą wręcz chujowo. Pytacie, dlaczego wam o tym mówię?
- No nareszcie - parsknął cicho Fufek, który pojawił się nagle za plecami orka.
- Otóż - ciągnął dalej kapitan - dzień drogi stąd, na małej, niezamieszkałej i bezludnej wysepce ja wraz z kapitanem Krwawego Sukkuba spotykamy się i będziemy debatować nad dalszym rozwiązaniem tej sprawy. Wszystko bezkrwawo i dyplomatycznie, zresztą, oni mają nieco pokaźniejszą prywatną armię niźli my, więc chuja byłoby z walki zbrojnej, nad czym tak swoją drogą ubolewam. Nie wierzę im mimo wszystko, przez co miejcie się wszyscy na baczności! Jakbyście coś usłyszeli, zauważyli, to macie mi natychmiast meldować. Jakieś pytania?
Przemówienie zaczęło się dość niewinnie. Ble ble ble, to samo co zwykle. Ale późniejsze informacje Były dość zaskakujące. Wyglądało na to, iż spotkają się z Eredem szybciej niż sądzili... Nie dość, że zamiast jakiegoś kolejnego, nudnego rejsu szykowała się bitka, to jeszcze nie byle jaka. Niestety, kolejne słowa Kapitana ostudziły zapał wojownika. Konflikt interesów zdarzał się stale, nie było to nic niezwykłego. Ale najczęściej problem ten rozwiązywał się samoczynnie, poprzez zwykłą konkurencje, albo na morzu, poprzez zwykłą bitwę. Ale dyplomacja? Szczerze, Ork nie spodziewał się takiego obrotu sprawy. Kto normalny pakuje się w coś takiego? To było życie, nie jakaś romantyczna opowieść o piratach. Bezludna wyspa i większa załoga na kilometr śmierdziały konfliktem zbrojnym. Bo nie można by mówić o pułapce - taka w definicji ma element zaskoczenia. Gdyby kapitanowie naprawdę chcieli coś ustalić, spotkali by się tu, na neutralnym terenie, gdzie walka była by niekorzystna dla obu stron. Tellar mógłby protestować, powiedzieć że to szaleństwo, spróbować przekonać kapitana luba poszukać innego okrętu. Ale szczerze, pasowało mu to - lubił się bić.
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
Tellar szybko zauważył, iż z tego, co twierdził Eerd, powinien on znajdować się na wspomnianym przez kapitana statku. Na Krwawym Sukkubie, który jednak w tej okoliczności będzie strategicznym antagonistą w najbliższym międzystatkowym sporze, mocno kolidując z zawiązaną uprzednio przyjaźnią. Czy wytrzymałaby ona choć chwilę, przynajmniej aż do czasu, by z rozkazu nie rzucili się sobie do gardeł? Takiej opcji nie można było wykluczyć.
- Nikt o nic nie pyta? Widzę zdziwienia na waszych twarzach i pytania, które powinniście zadać. Nie bójcie się o swoje skóry: specjalnie wypływamy wcześniej, by przebadać teren, na którym będziemy rozmawiać. Oni wyruszają dopiero wieczorem, toteż mamy te kilka godzin na naszą korzyść.
Kapitan zrobił przerwę na kolejny łyk płynu z bukłaka. Drobny szum rozmów rozległ się po okolicy.
- A, i dlaczego nie załatwiamy tego, nie wiem, w bezpieczniejszym, strzeżonym prawem miejscu? A bo dlatego, że mam ogromną nadzieję, że jednak nie powstrzymają się i nas zaatakują. A wtedy użyję mojej sekretnej broni, którą kupiłem wczoraj za niemałe pieniądze - tu zaśmiał się, wypinając pękaty brzuch. - A wtedy sprawa konkurencji rozwiąże się na dobre!
A więc zasadzka jak najbardziej, tylko że z obu stron. Dodatkowo, kormoran wypływał jako pierwszy, dostawał więc przewagę lepszego rozpoznania terenu. Ale czy na pewno? Kto zaproponował spotkania na tej wyspie, Harrana, czy też może kapitan sukkuba? No, i co to była za tajemnicza i droga broń, o której mówił? Kusza automatyczna? Katapulta okrętowa? W portach pełno było różnych dziwnych ludzi, każdy z genialnym wynalazkiem. Ile jednak z tych wynalazków działało? Ile wybuchało przy pierwszej próbie użycia, a ile po prostu okazywało się nieskutecznych? No cóż, to już były rozmyślania dla kapitana, nie dla prostego marynarza. Tellar nie miał w zwyczaju zadawać głupich pytań. Gdyby Harrana chciał powiedzieć, co to za broń, to by powiedział. Trzeba popłynąć, sprać ich i tyle. mieli co prawda przewagę liczebną, ale kto by się tam przejmował. Paru łuczników na drzewach i się skończy rumakowanie.
- Ciekawe co jeszcze powie nam kapitan - mruknął do siebie, ork, po czym ziewnął szeroko.
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
Kapitan wychwycił różnoraką reakcję załogi. Jedni szemrali swoje niezadowolenie, inni wiadomości przyjęli z neutralnymi komentarzami, a jeszcze kolejni wyrażali totalną satysfakcję z mowy podjętej przez Harranę, wznosząc swe pięści ku górze z radosnym krzykiem. Namorn całkowicie na spokojnie przeczekał pokładowy apel, kończąc na ziewaniu po dłuższej, mało co wnoszącej wypowiedzi. Człowiek mógł wszystko streścić w dwóch słowach, jednak jak zwykle wygadał się poza dopuszczalne granice. Fufek nawet przebijał orka w ziewaniu, dopuszczając się tego czynu już kilkakrotnie, za każdym razem prezentując swoje popsute, żółtawe zęby.
- Wypływamy w ciągu najbliższych kilku minut, by już nie przedłużać czekania. Musimy być kilka godzin przed czasem, by to nasza zasadzka okazała się tą udaną. A jak wszystko pójdzie zgodnie z planem, to nie mam mowy, byśmy zwalili tę sytuację. I bez obaw, wystarczy zakasać rękawy i pracować zgodnie z poleceniem, a nikomu nie stanie się krzywda! Co więcej, obiecuję wam sowity łup, jak już się z nimi uporamy. Każdemu bez wyjątku!
Kapitan opuścił głowę, sięgając po bukłak.
- Marynarze: wiecie, co robić. Przygotować mi statek do wypłynięcia! A ci, którzy parają się tu walką, niech tu zostaną, powiem wam, co robić.
Większość zgromadzonych rozproszyła się, pozostawiając jedynie około dziesiątki członków załogi. Ci podeszli bliżej, by lepiej słyszeć rozdającego rozkazy kapitana.
Kapitan potrafił przynudzać, to prawda. Ale każdy musi mieś jakieś hobby - jedni suszą rośliny, inni chodują owce, Tellar lubiłł się bić, a Harrana - gadać. Tak już ten świat był zbudowany.
Załoga, jak widać, była podzielona. Niektórzy uwierzyli w "cudowną broń", inni nie. Ork zliczał się raczej do tych drugich, nie zamierzał jednak podważać decyzji kapitana. Przewaga liczebna owszem, ale dało się ją zrekompensować elementem zaskoczenia. A później w ruch pujdą miecze, topory, łuki i inne ciekawe urządzonka do zabijania, i wygrają ci lepsi, lub ci co będą mieli więcej szczęścia. Plan miał jednak pewne szanse powodzenia.
Obietnic kapitana nie trzeba było brać sobie do serca. Sowity łup - owszem. Jeżeli wszystko pójdzie dobze, to może uda się zająć statek przeciwnika. zyski faktycznie mogły by więc być niezłe - dla tych, którzy przeżyją... A trzeba było jeszcze brać pod uwagę możliwość porażki.
Jednakże ostatnie słowa Człowieka tyczyły się niemal bezpośrednie orka. Ten więc z niechęcią oderwał się od relingu I zbliżył do podwyższenia, oczekując kolejnej przemowy.
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
Kapitan odstawił bukłak, poczekał aż każdy podejdzie i kontynuował wypowiedź. W tak zwanym międzyczasie marynarze przygotowywali statek do wyruszenia: ustawili się na swoich pozycjach, uporządkowali porozrzucane liny, złapali za cumy dziobowe i rufowe. Każdy z nich doskonale wiedział, co robić. Bez zbędnego ociągania się, bez zadawania głupawych pytań i unikania roboty. Wszyscy jak jeden mąż posłuchali rozkazu kapitana Harrany.
- Dobra, to słuchajcie, już nie będę sztucznie przedłużał. Dopłyniemy tam zapewne jutro przed południem, jak dopiszą wiatry. W tym czasie musicie mieć oko na, kurwa, wszystko, zrozumieliście? Słono wam płacę za bezpieczeństwo i będę od was wymagał, by przez cały dzień nic się na pokładzie, ani nawet pod nim nie wydarzyło. Szczególnie pod nim. Wozimy cenny ładunek, który staje się naszą kartą przetargową. Zresztą, uświadomię was. Chodźcie za mną, do ładowni.
Tu zszedł z podestu, kierując się na schody prowadzące pod pokład. Za nim udała się reszta załogi, większość wydawała się zainteresowana tą "bronią", czy co tam miał w zanadrzu.
- Jak myślisz, co tam trzyma za cacko? - odezwał się Fufek, cały czas stojący przy Tellarze. - Bo ja tak, kurwa, myślę, że to będzie jakiś rodzaj małej balisty, czy inne gówno. Wnosiliśmy kilka dużych pudeł, może w jednym z nich było to coś? Co, zielona mordo? Może zrobimy zakład, co to będzie?
Tu szturchał z niecierpliwością orka małym, wątłym łokciem. Uśmiechał się od momentu, w którym kapitan skończył przemawiać, co niczym dziwacznym nie było.
- Bla, bla, bla, albo coś wten deseń - można było w skrócie streścić przemówienie Harrany.
Jednakże słowa o porządku pod pokładem zaintrygowały orka. O co dokładnie chodziło? Sabotaż był mało realny - na okręcie wszyscy się jednak znali, pracowali ze sobą i sobie ufali. I co najważniejsze, na pełnym morzu ciężko nawiązać jakiekolwiek kontakty z kimś z poza załogi. niby można by kogoś zrekrutować podczas pobytu w porcie, ale prawdopodobieństwo czegoś takiego nie było duże - wyszukanie członka załogi kormorana pośród setek innych marynarzy, przekonanie go, że to się opłaci, a to wszystko wciągu dwóch dni; minus czas przed spotkaniem obu kapitanów... Co więc mogło spowodować jakieś problemy? Pogoda, to oczywiste, aczkolwiek na to wpływu raczej nikt nie miał. No, i rzecz jasna tajna broń...
- Balista ma jednak zbyt małą siłę rażenia, przynajmniej tak mała, by zmieściła się w tych pudłach. - Odpowiedział ork przyjacielowi. - Na okręcie przydała by się porządna arkabalista, albo spory arbalet. To będzie coś bardziej niszczycielskiego i nieprzewidywalnego. Jak smok, albo inne magiczne cholerstwo.
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
- Arkabalista, arbalet, jeden chuj, byle by waliło mocno i celnie - odparł Fufek. Ale, kurwa, "smok"? Jaki pieprzony smok? Tyś chyba smoka na oczy nie widział.
Poszli za kapitanem. Zeszli po drewnianych, zużytych schodkach prowadzących pod pokład. Minęli kilka rozgałęzień, by dotrzeć do finalnego celu: ładowni. Tak kapitan stanął przed pakunkami, przykrytymi szarą płachtą. Poczekał, aż wszyscy się zgromadzą i dalej kontynuował swój monolog.
- Przed wami leży kilka skrzyń, a dokładnie pięć, każda z nich zawiera jeden egzemplarz genialnej, innowacyjnej broni, która przechyli szalę zwycięstwa na naszą stronę! Jesteście tu wszyscy? - szybkie rzucenie okiem. - Dobra, to patrzcie.
Zdjął płachtę, jednak zamiast widoku niesamowitego, zapierającego dech w piersiach arsenału, załoga ujrzała jedynie zamknięte, zbite, podłużne skrzynie. Kapitan szybko zreflektował się i szybko otworzył jedną z nich, najbliższą. Po dłuższej chwili grzebania w słomie wyciągnął z niej wielkości dużej pałki, żelazne "coś". Jedna strona była znacznie szersza, zakończona dużą, ciemną dziurą, w której dało się zauważyć jakąś substancję. Drugi koniec stanowiło drobne zwężenie z klapką i lontem oraz mały stojak, pozwalający postawić "broń" pod odpowiednim kątem, co Harrana szczodrze zaprezentował.
- Co to, kurwa, jest? - wyszeptał Fufek.
Cała załoga zareagowała niezrozumiałym, źle wróżącym szumem. Kapitan podniósł ręce i zawołał:
- Hola, hola! Nie dajcie... nie dajcie się zwieść pozorom! Ta broń była oficjalnie przeze mnie testowana i... Uciszcie się, to powiem wam, jak ona działa!
- Ano wiesz, w sumie masz rację - nie widziałem. I nie wiem, czy mam ochotę zobaczyć - odpowiedział ork przyjacielowi.
Droga do ładowni Była Tellarowi znana, tak więc nie można było uznać jej za interesującą. Inaczej rzecz miała się z ładunkiem. Płachty dodawały tajemniczości, a Kapitan budował napięcie już od początku swojej przemowy. Jedno niepociągnięcie ręką... I cały budowany nastrój diabli wzięli, bo jak się okazało, broń była w skrzyniach. Ork parsknął zduszonym śmiechem. Kapitan z kolei chciał szybko naprawić swój błąd. Aczkolwiek nie do końca mu się to udało. Kawał żelaznej rury ze stojaczkiem niezbyt imponował załodze.
- I co, niby mamy zrobić z tym czymś, wrzucić przeciwnika do środka? Smok byłby zdecydowanie lepszym rozwiązaniem. - Mruknął Tellar.
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
Kapitan podniósł ręce do góry, uprzednio kładąc cudowną broń na podłodze. Zawołał kilka razy, a gdy to nie wystarczyło, walnął z całej siły w drewniane pudła, które odpowiedziały głośnym dźwiękiem uginającego się drewna.
- Sam też byłem rozczarowany, gdy pierwszy raz to zobaczyłem. Oczywiście, potem się dowiedziałem, że cały czas wiedziałem, co to jest. Tylko po prostu inaczej to sobie wyobrażałem. Niemniej jednak nie musicie mi wierzyć na słowo. Ja sam tego nie zrobiłem, kiedy to pewien znajomy sprzedawca zachwalał ten arsenał.
Szumy trochę przycichły, a załoga zdawała się lekko skupiać uwagę na słowach, które cedził przez zęby Harrana. Broń wyglądała jak miniaturowa wersja bombardy, którą można było wziąć samemu w obie ręce. Jedynie zawartość różniła się od reszty.
- Broń ta służyła na statkach Imperium nim jeszcze stało się Imperium. I było to potężne cacko. Ogólnie to wystarczy postawić i wycelować lufą w kierunku statku przeciwnika, będącego w stosunkowo bliskiej odległości, nie wiem, z dwadzieścia metrów. Podpalamy lont i... trach! Cały proszek zamienia się w jęzor ognia, który wypluwa się na drugi statek. Ogień bardzo trudny do ugaszenia, mający za nic wodę.
- No to faktycznie coś w rodzaju "smoków" - skomentował Fufek. - Ale nie widzę tego w tej, no, praktyce. Nie lepiej rozjebać cały kadłub i zatopić statek, zamiast pieprzyć się w jakieś podpalanie?
Czyli jednak smok. Mechaniczny, albo raczej chemiczny, ale jednak smok. Tylko że nie wydawał się specjalnie efektywny. Wszysto zweryfikuje życie, ale tak teoretycznie... Może i taki jęzor ognia robił wrażenie, ale co dalej? Dwadzieścia metrów to trochę mało, po podpłynięciu na taką odległość pokład byłby już zasypany strzałami, bełtami czy co tam kto ma. No, i zasadniczy problem - płonący statek ma tę niemiłą cechę, że płonie. Czyli abordażu się nie przeprowadzi, co najwyżej łajbę zatopi. Znacząco zmniejszało to użyteczność smoka. No, a w tym konkretnym przypadku walka będzie toczyć się na lądzie. Statek przeciwnika podpalić owszem, można, ale czy to o to chodziło? Z kolei na lądzie skuteczność czegoś takiego raczej nie była by zbyt wysoka - Wróg nie będzie się tłoczył pod wylotem lufy. Chyba, że Harrama go do tgo jakoś zmusi. Tak więc efekt raczej psychologiczny niż realny. No i pozostawało jeszcze pytanie - po co tego pilnować? Wybucha samo z siebie? - Ork nie był zbyt entuzjastyczne nastawiony do zakupu Kapitana.
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
- Jak chcecie - kontynuował dalej kapitan - to pokażę wam to później, wieczorem. Przy okazji możemy przetestować, czy na pewno dobrze działa i jak to najlepiej wykorzystać w walce.
Dalsze szumy oburzonej załogi musiały być słyszane aż na samym pokładzie.
- Rozumiem, że nie jesteście za nowinkami technologicznymi, mimo że wyszły nim wy sami wyszliście z waszych matek? Dobra!
Uderzył kilka razy ciężką nogą o podłogę. Przyniosło efekt.
- Chcę zatopić ich jebany statek. A oni chcą zatopić nasz. Za wszelką cenę. Dlatego też musimy strzec się nawet przed sabotażem, który, bądź co bądź, nastąpić może. Niektórzy z marynarzy przy szotach mogli się trochę "znudzić" robotą i poszukać alternatywnych metod zarobku, dlatego miejcie się na nich oko. Dodatkowo, drzwi do tutejszego magazynu nie można zamknąć na klucz, więc wyznaczymy sobie wartę.
Wskazał grubym palcem jakiegoś barczystego, ciemnoskórego człowieka, znanego pod pseudonimem "Czarny". Ork widział go kilka razy jak bił się z nudów pod pokładem i mógł całkowicie uczciwie powiedzieć, że krzepę miał za dwóch, czy nawet trzech.
- Ty. Wachta pierwsza. Dobierz sobie czterech innych i pilnujecie od zmroku.
Człowiek kiwnął głową w milczeniu. Był jedną z najdłużej bytującą na statku osobą. Potem ręka kapitana pokazała kogoś jeszcze, jednak z miejsca, gdzie stał Tellar, nie dało się zobaczyć, kogo. Trzeci był...
- Ty, orku!
On sam.
- Dobierz sobie czterech ludzi i macie ostatnią wartę!
- Nosz kurwa, oczywiście... - zasyczał Fufek.
Ostatnio zmieniony przez Farewell 2012-06-27, 20:52, w całości zmieniany 1 raz
Taa, sabotaż. Prawdopodobieństwo takiego sabotarzu było nadzwyczaj nikłe. No ale było. W związku z tym kapitam mówił czym jest ta jego tajemnicza broń, pokazywał gdzie leży, drzwi tam nie zamykał, i zostawiał tam wartę. Chyba trochę to nie w ten deseń powinno być. Na ten przykład Tellar zamknął by smoki w swojej kajucie, albo jeszcze lepiej w magazynie z żarciem, nikomu nic nie mówił i się cieszył - bo kto normalny szuka smoków w magazynie z żarciem? To co odstawiał tu Harrana zakrawało na sporą głupotę. Albo na prowokację. Tak czy siak orkowi nic do tego.
- Ty, orku! Dobierz sobie czterech ludzi i macie ostatnią wartę! - Czyli jednym słowem ja pierdolę. Zamiast grzecznie siedzieć pod pokładem i się obijać, musiał machać sobie po nocy i patrzeć czy kto nie idzie. A jak idzie, to toporem w łeb. W somie proste, ale i tak dodatkowy problem. Z tym, że z kapitanem się nie dyskutuje.
- Jeden - powiedział ork szturchając Fufka w plecy. - Jakieś propozycje co do reszty? zwrócił się do przyjaciela.
_________________ "Złodziejstwo jest wybaczalne, głupota nie."
"Kradzież nie istnieje, za wszystko trzeba płacić"
N. Bonaparte
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum