- I kto się cholera zrobił mięciutki? - zapytał przez zaciśnięte zęby elfa.
Wojownik zanim elf zdoła się podnieść łapie go za głowę i uderza kolanem, by bez żadnych ceregieli pogorszyć jego stan. Niezależnie od wyniku ciosu odskakuje na półtora metra i oddaje pole do manewru elfowi.
Miał nadzieję, że ludzie stracą nastrój do bójki, a przynajmniej jeśli, ją zaczną to nie wyciągną mieczy.
- Po co ci to było - zapytał długouchego, mniemając, że może ten zrozumiał że nie warto go było zaczepiać, i walka ucichnie.
Choć nadzieja ostatnio wiele razy miała wojownika gdzieś.
Pytanie było dość retoryczne i nikt nie uznał za celowe nań odpowiadać.
Elf, wciąż zgięty z bólu, był dość prostym celem do pochwycenia. Reggirt bez większych ceregieli złapał jego głowę oburącz i wcale nie siląc się na delikatność, z krótkiego zamachu przypieprzył najemnikowi ze zgiętego kolana prosto w twarz.
Trzask łamanego nosa odbił się echem wśród ścian karczmy.
Ranny zawył i odleciał do tyłu, ciągnąc za sobą cieniutki warkoczyk krwi w powietrzu.
Reggirt przezornie oddał pola przeciwnikowi, lecz był to zabieg niepotrzebny. Elf położył się na deskach niczym prawdziwy bokser i zamarł. Oddychał jeszcze, rzecz jasna, gdyż dwa tego typu ciosy raczej nie był w stanie zabić, lecz ból otumanił go na tyle, iż nie był w stanie dalej walczyć.
Chęć do walki to jedno, ale umiejętności, to drugie.
- Panowie! - zaryczał ponownie Asur.
Człowiek, drugi, który zaczepił Reggirta charknął i splunął na deski.
- Milcz, karczmarzu i nie wtrącaj parszywego ryja w nie swoje sprawy - warknął.
Chwilę mierzył Reggirta wzrokiem, jak gdyby nie spodziewał się, że bohater tak szybko poradzi sobie z jego kompanem.
- Nieźle, kolego, nieźle... - zasyczał, podnosząc ręce w klasycznej postawie bokserskiej - ...ale powalić na deski elfa to nie to samo, co powalić na deski człowieka, hę?
Najwyraźniej na jednej bójce wieczór się nie kończył. Pozostała czwórka najemników, niczym sfora psów otoczyła walczących, przyglądając się każdemu ich ruchowi. Na leżącego i krwawiącego ze złamanego nosa kompana nikt nie zwrócił uwagi.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Elf leżał na podłodze i paskudził podłogę krwią. Przynajmniej jeden z przeciwników z głowy.
Choć pozostali nie wyglądali na ucieszonych. Kolejny 'cel' był znacznie bardziej wymagający.
Reggirt czekał na atak człowieka z naprzeciwka, cały czas biorąc pod uwagę, że ludzie w koło również stanowią zagrożenie. Gdy ten wykona swoje ataki, Reggirt najpierw stara się ich uniknąć a potem wyprowadzić szybką i skuteczną kontrę.
Na twarzy wojownika pojawił się lekki mimowolny uśmiech.
Przynajmniej zapomniał nieco o zamartwianiu się Vai.
Tym razem Reggirt nie atakował. Postanowił przyjąć postawę obronną. Całkiem słuszne założenie, zważywszy na fakt, iż jego przeciwnikiem był byczek wagi średnio ciężkiej, z pewnością znacznie bardziej zaprawiony w walkach karczmiennych, niż bohater.
I jednocześnie znacznie mniej zwinny.
Pierwszy cios człowieka był tak nieporadny, iż Reggirt nie miał najmniejszych problemów z jego uniknięciem. Dyskretnie odsunął korpus lekko do tyłu i już znalazł się w doskonałej pozycji do kontry.
Byczek jednak potrafił zaskoczyć. Pomimo złego ułożenia ciała, również zdołał wymanewrować i uniknąć uderzenia. Całość została przyjęta podnieconymi, pełnymi przejęcia krzykami jego kompanów.
Zachęcony "dopingiem" byczek zaatakował brutalniej, zmuszając Reggirta do wykonania pół kroku do tyłu. Mimo to kolejny cios minął cel o dość sporą odległość. Bohater zdecydowanie przewyższał przeciwnika zdolnością unikania ciosów.
Małe pocieszenie, zważywszy na fakt, iż sam po raz drugi również nie trafił.
- Bijesz jak ciota! - warknął byczek, sapiąc gniewnie.
Legenda:
Kratka = 1,5 metra
Brązowe = drzwi & stoły (trzy brązowe na górze to schody na piętro)
Zielone = najemnicy
Czerwone = znokautowany elf
Niebieskie = Reggirt
Fioletowe = Asur
Siwe = samotnie pijący staruszek
Czarne = ściany (ew barierki)
Brązowe paski pomiędzy czarnym = schodki na podwyższenie ze stołami
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Wojownik nie skomentował słów byczka ani słowem, ani nawet myślom.
Aktualnie znajdował się w stanie podniecenia bójką, która może nie jest tak niebezpieczna i poważna jak prawdziwa walka, jednak potrafi równie dobrze podnieść ciśnienie i przyśpieszyć wydzielanie przez organizm adrenaliny.
Część świadomości Reggirta kazała mu przestać i w jakiś sposób zrekompensować się Asurowi, jednak została ona zepchnięta na drugi plan przez żyłkę awanturnika.
Ta bowiem żyłka wymyśliła na pewno efektownie wyglądający choć zapewne nisko skuteczny manewr który polegał na naskoku rękami na stół znajdujący się po lewej stronie wojownika, by odbić się od niego szybkim ruchem i skierowaniu obu wyprostowanych nóg w kierunku byczka.
Zamiar prosty - wypchnąć cwaniaka z podestu na niższy poziom podłogi, by potem bronić się od góry.
Zważywszy na fakt, że Reggirt mógł zwyczajnie wyskok spieprzyć i wylądować twardo na ziemi, miał już w planach ewentualne kopnięcia w kierunku piszczeli by wywalczyć sobie nieco czasu by powstać.
- No to hop! - pomyślał i bez chwili namysłu wykonał plan który przyszedł do jego głowy w ciągu ułamka sekundy.
Inicjatywa należała bez dwóch zdań do Reggirta. Miał dość czasu by wykreować sobie w myślach plan całej akcji zanim byczek nawet pomyślał "zabiję skurwysyna". A plan, co tu dużo mówić, był tyleż efektowny, co dość trudny do wykonania. O ile bowiem samo odbicie się rękoma od stołu nie było jakimś szalonym wyczynem akrobatycznym, o tyle zrobienie tego tak, by stopami trafić byczka i strącić z podestu było już pewną sztuką.
Reggirt słyszał kiedyś o jaszczuroludzkim mistrzu walki wręcz, który zwał się... jakoś... Ch'uck N'orisss. Tak! On na pewno by tego dokonał! I zakończył atak efektownym półobrotem. Niestety, Reggirt doświadczenie w walce wręcz miał mniejsze, niż mierne. Musiał improwizować.
Pewnie złapał stabilny grunt dłońmi, opierając ciężar ciała na stole.. wyprostował nogi w kierunku byczka..
Byczek zwinął się w miejscu jak fryga. Jedną ręką minimalnie usunął nogi Reggirta sprzed swojej twarzy. Drugą skontrował strasznie w odsłonięty ślicznie brzuch wojownika. Jedyne, co bohater w chwili obecnej był w stanie zrobić, to zebrać silny cios w żołądek, stęknąć z bólu i z rumorem obalanego stołu spieprzyć się na podłogę.
Dupa, nie Ch'uck N'oriss.
Noga wojownika natychmiast wystrzeliła w stronę piszczeli byczka. Ten jednak przezornie odskoczył nieco do tyłu, unikając ciosu. Reggirt nie trafił, ale zebrać się z ziemi też zdołał.
Teraz dopiero rozumiał pojęcie "szczęścia w nieszczęściu".
Brzuch rwał go tępym bólem. Piwo i jagnięcina rozpaczliwie starały się znów ujrzeć światło dzienne.
- Panowie!! - darł się Asur.
- I co teraz, bohaterze? - sapnął byczek, bardzo z siebie najwyraźniej zadowolony.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Jak to słowo pasowało do wielu sytuacji, niczym oklepane 'Kurwa' ale brzmiało nieco dostojniej bez tego dźwięcznego 'r'. Mimo tego Reggirt uznał że trzeba będzie po prostu walić po mordzie, a nie tworzyć akrobacje niczym jakiś jaszczuroczłek czy też jor. Ogona do zachowywania równowagi nie miał, a i ciążyło nieco opancerzenie. Przynajmniej nie wybił sobie zębów na odjeżdżającym stole.
Wojownik zebrał ślinę i splunął byczkowi pod nogi, dławiąc w sobie odruch wymiotny.
- Teraz dostaniesz po mordzie - pomyślał Reggirt, dalej nie używając zbyt wielu słów. Przeważnie ci co gadają podczas walki, dostają najmocniej.
Wojownik zerwał się z ziemi by wyprowadzić szybki prawy sierpowy, a w wypadku gdyby byczek uchylił się do tyłu zrobić doskok, zgiąć rękę w łokciu i poprawić nim cios.
Nic tak nie motywuje do walki, jak zebranie po mordzie kilka razy. Reggirt spiął się, zwinął w szybkim skoku w stronę swojego przeciwnika. Ostatnią rzeczą, jaką zarejestrował, był wykrzywiony w grymasie zadowolenia widok twarzy byczka.
*trzask*
Z krótkiego zamachu, ale potężnie i bardzo celnie podbił prawym sierpowym szczękę byczka do góry. Chwilę po tym poszedł 'poprawiający' cios zgiętym łokciem w okolice splotu słonecznego. Tu nawet pancerz nie miał nic do powiedzenia. Byczek poleciał jak długi na barierkę. Suche drewno zaskrzypiało, ale wytrzymało ciężar najemnika.
Ten opierał się na nim ciężko, niezdolny do zebrania chwilowego myśli.
Reszta kompanii milczała, wyraźnie niezadowolona z przebiegu walki.
Asur zaklął szpetnie.
- Lia! - warknął.
Nie wiedzieć, czy to słowo w jakimś języku, czy też czyjeś imię.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Byczek, trzymając kurczowo zaciśniętą pięść w okolicach splotu słonecznego ciężko zwlekał się z barierki. Wzroku przekrwionych oczu nie odrywał właściwie od Reggirta. Na swój sposób wojownik nawet mu współczuł. Wiedział, że zwłaszcza ten cios łokciem musiał boleć potwornie.
- Navik, daj pokój - ostrym tonem przerwał mu jeden ze stojących najemników.
O dziwo, byczek faktycznie się zatrzymał.
Krótkie spojrzenie po okolicy nie dało Reggirtowi wiele informacji. Asur stał za kontuarem. Ręce trzymał poniżej jego linii i tylko głupiec by się nie domyślił, iż karczmarz coś w tychże trzyma. Zapewne miecz. W mniej optymistycznej wersji - kuszę. Słowa, jakie wypowiedział, nic Reggirtowi nie mówiły. Po grubszym zastanowieniu uznał, że to musiało być czyjeś imię.
Elf znokautowany na samym początku walki nadal leżał na deskach. Cały podbródek miał zalany krwią. I raczej nie wyglądał na takiego, który gdzieś się wybiera.
Czwórka najemników stała nadal w półkolu. Uważnie obserwowali walkę, z nieco mniej bojowym nastawieniem niż przed momentem. Reggirt, jakby nie było, nieco im zaimponował. Mimo to nadal mogli chcieć mścić towarzyszy.
- Korrin, nie wkurwiaj mnie, jestem w stanie walczyć, uderzyłem go! - warknął byczek.
Człowiek jednak nie zmienił zdania. Ani tonu głosu. Ten zaś był wybitnie rozkazujący.
- Pokój, Navik. Gdyby chciał, mógłby cię teraz wykończyć. Przegrałeś. Obaj przegraliście - skwitował zimno całą sytuację.
Był mniej więcej wzrostu Reggirta. Krótko obcięte blond włosy, niebieskie oczy, lekko skrzywiony nos, pamiątka po jakiejś bójce, mocna budowa ciała. Generalnie, gdyby nie towarzystwo, w jakim się obracał, Korrin mógłby zostać wzięty za paladyna. Twarz miał przyjazną. Twarz przyjaznego skurwysyna. Dobry tytuł dla ballady.
- W pięściach jesteś dobry, nieznajomy - rzucił od niechcenia - a jak radzisz sobie z tym, hm? - gestem wskazał leżącą na ziemi Sayę - Co powiesz na walkę do pierwszej krwi tam, na dziedzińcu? Może mały zakład? Wieczór zaiste, nudny..
Tylko staruszek przy stoliku nadal leniwie żłopał swoje piwo nie zwracając na nic uwagi.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Sytuacja wyglądała nieciekawie, choć ten cały Korrin wyglądał na kogoś kto jest w stanie nadać ciekawości całej sytuacji. Zakład. Walka Masamunem dla czystego zysku... dobrze że nie był paladynem ani wyznawcą jakiegoś kodeksu, który zabraniałby mu bić się na pokaz.
- Zakład powiadasz ? - zapytał najemnika prostując rękę, której kości jeszcze odczuwały spotkanie ze splotem słonecznym Navika.
- Tylko o co zakład i jakie zasady pojedynku. - dodał po chwili podnosząc Sayę - i co masz przeciw mojemu ostrzu.
- Wiedziałem, że mnie nie zawiedziesz! - rzekł nie kryjąc zadowolenia - Szykuje się jednak rozrywka! A co mam przeciwko Twojemu ostrzu..?
Skinął na najemnika stojącego obok. Ten biegiem wrócił do ich stołu i przyniósł 'szefowi' długi pakunek. Długi. Za długi na zwykły miecz, zbyt krótki na halabardę, chciałoby się rzec.
- Zwykły Claymore - Korrin dobył miecza ze zwinnością świadczącą o wprawie, choć i z pewną przesadą.
Reggirt nie bez dumy zauważył, iż już odkrył pewną lukę w obronie przeciwnika. Gdyby teraz walczyli, dostałby go pod pachę jednym ciosem.
- Do pierwszej krwi. Bez innych zasad. Bez zabijania. Bez ciosów w głowę. Pasuje? - rzucił Korrin - Możemy walczyć o pieniądze lub przedmioty, jeśli wola. Jeśli chodzi o to drugie nie mam jednak wiele do zaoferowania i milsza byłaby mi gotówka.
Drzwi do karczmy otwarły się nagle z rabanem.
- Rzucić broń, obwiesie!! - do środka wpadło dwóch uzbrojonych w halabardy i półpancerze strażników.
Najemnicy jak jeden mąż zwinęli się w pozycjach obronnych. Ręce skoczyły na rękojeści broni.
- Spokojnie, nic się nie dzieje... - beztrosko opierając dwuręczny miecz na ramieniu rzekł Korrin.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Masamune dalej spoczywał w swojej Sayi, mimo tego wojownik położył ostrze na najbliższym stole.
- Panowie, już wychodzimy załatwić nasze sprawy na zewnątrz jeśli przeszkadzamy. Wiedzcie jednak, że tych dwóch tutaj - wojownik miał na myśli elfa jak i byczka - po prostu zaczepili człowieka w nieodpowiednim momencie, gdyż, ten był w nastroju podłym i udawał się na spoczynek do własnego pokoju.
Jedno spojrzenie na ziemię i podniesienie klucza - ot numer piąty.
- Nie ukrywam, że napaskudzili oni trochę w karczmie a burdel zostawiać na noc nie wypada, a czy za szkody zapłacę ja czy pokryje to ta o to grupka mamy zadecydować na zewnątrz gdzie aktualnie leje i to strasznie.
Nie wiedzieć czemu, nagle z milczącego wojownika stał się kimś w rodzaju karczemnego wierszoklety który pierdolił od rzeczy.
Reggirtowi zrobiło się na tyle głupio że na jego policzkach pojawił się widoczny rumieniec, choć mógł on być również owocem krótkiej bójki.
Strażnicy zatrzymali się w progu jak te, nie przymierzając, dupy wołowe. Nie dość bowiem, że ich efektowne wejście zostało zbyte niczym, nie dość, że "obwiesie" za nic mieli sobie majestat prawa, to jeszcze walka miała zostać kontynuowana. Co zrobić – strażnicy w obliczu miażdżących argumentów i równie miażdżącej przewagi liczebnej wroga musieli skapitulować.
- Za jedzenie i tak już zapłacono... nic więcej się nie zniszczyło – trzeźwo zauważył Asur.
Faktycznie, przewrócony stół i stłuczony kufel piwa to wszystko, co można by uznać za "zniszczenia". Nawet barierka nie złamała się pod ciężarem byczka. Strat jako takich nie było. Była zabawa.
- Na dwór więc – bez wahania zakomendował Korrin.
Lało.
To była pierwsza myśl, jaka cisnęła się na usta. Kolejnymi były "o kurwa", "morko", "błoto chlupocze mi pod stopami" i "po jaką cholerę wyszedłem na dwór". Co tu dużo mówić – wichura trwała w najlepsze. Nawet widownia postanowiła nie poświęcać się, tylko zatrzymać w wejściu do Granicy. Na zabłocony plac pomiędzy stajnią a zajazdem wyszli tylko Reggirt i Korrin. Obaj bez zbędnego ekwipunku, jeno z mieczami w pochwach.
- Stawiam trzydzieści złotych monet na to, że oberwiesz pierwszy, nieznajomy! - przekrzykując szum deszczu odezwał się stojący jakieś dziesięć metrów od bohatera Korrin – Stać cię na więcej?
Stać może by i było. Pytanie tylko, czy ta cała farsa z romantycznym pojedynkiem w pełnym... deszczu jest tego warta.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Lało jak z cebra. I mimo tego że obydwaj z walczących mieli wcześniej zamiar uchronić się przed deszczem pod stropami zajazdu, to teraz mimo kilku chwil na deszczu zostali w całości mokrzy.
- Trzy dyszki? - powtórzył wojownik przerzucając kwotę przez krótką analizę. W karczmie Korrin nie wyglądał na kogoś, kto szaleje z dwurakiem. Mimo tego mógł to być zwyczajny blef. Nie ma po co podbijać kwoty temu Reggirt szybko potwierdził stawkę - zgoda.
Nogi znalazły głębsze oparcie na podłożu i zgięły się w kolanach. Saya została odrzucona na ziemię, by obie ręce wojownika trzymały gotowe do użycia ostrze. Krople deszczu dzwoniły o pięć magicznych pierścieni które znalazły się blisko podłoża. Masamune oparte o prawe udo, by końcem znaleźć się zza wojownikiem.
Reggirt oddał pole do popisu przeciwnikowi, będąc gotowym szybko uniknąć ciosu, korzystając z podparcia w mieczu, by szybko skontrować gwtałtownym wyprostowaniem dłoni wyprowadzając przy tym cięcie.
- Zaczynaj - zachęcił przeciwnika z uśmiechem, by ten podjął pierwsze działanie.
Korrin wykrzywił się w jakiejś dziwnej karykaturze uśmiechu. Skinął tylko głową, nie odzywając się ani słowem. Mrużył oczy. Może to wina deszczu? Może to wina skupienia? A może po prostu był krótkowidzem?
Deszcz miarowo wybijał swój rytm o dach Granicy i stajni. Ciemne, burzowe chmury galopowały gdzieś po nieboskłonie, popychane porywistym wiatrem. Tam wysoko musiało ostro dmuchać. Tutaj, na starej ziemi, było jednak całkiem spokojnie. Pierwsze uderzenie nawałnicy minęło. Nawet gromy cichły, przechodząc gdzieś daleko dudniącym echem. Burza "przechodziła bokiem" jak to mawiają.
Sceneria byłaby nawet romantyczna, gdyby nie to, iż Reggirt musiał stać i moknąć w jej sercu.
Korrin wcale się nie spieszył.
Miecz trzymał w pozycji klasycznej. Oburącz, na wysokości piersi z jedną dłonią wysoko, tuż pod jelcem, drugą zaś niemal na głowni rękojeści. Ostrze sterczało dumnie, pionowo skierowane wprost w niebo, gotowe w każdej chwili do morderczego ciosu.
Pozycja tyleż efektowna i silna, co dość wrażliwa na szybkie kontry.
Gdy najemnik powoli ruszył po okręgu, Reggirt jedynie spokojnie obracał się w miejscu, nie zmieniając taktyki.
"Graj, muzyko!"
Korrin nie zaatakował tak, jakby można się było spodziewać. Nie ruszył na wprost, nie wyprowadził katowskiego cięcia z góry. Zamiast tego, płynnie przyspieszając okrążenia wokół wojownika zgrabnie nadrobił krokami i skrócił dystans, wchodząc bliżej z efektownego, szerokiego półobrotu. Trzeba mu było przyznać, umiał posługiwać się bronią. Miecz zatoczył syczącego młyńca, na wysokości pasa.
Reggirt nie do końca znalazł się w pozycji, jaka umożliwiłaby kontratak. Unikając ćwierć obrotu, musiał odskoczyć do tyłu, nadrobić równowagę i nieco podnieść ostrze. Cios z wycofanego Masamune, syczącego w kontrze wyprowadzonej od spodu był jednak zaskoczeniem dla przeciwnika. Korrin znalazł się w pozycji, jaka uniemożliwiała jakikolwiek unik.
Metaliczny brzdęk uderzających o siebie ostrzy rozlał się po całym dziedzińcu.
Ramię Reggirta aż zadrżało, zatrzymane nagle w swym pędzie przez Claymore Korrina. Masamune jednak nie ustępowało. Z nienaturalnej pozycji, z trudnego skrętu nadgarstka... powoli, acz nieustępliwie przesuwało się w stronę Korrina. Zakleszczone ostrza mówiły jedno – Reggirt siłą przewyższał swojego oponenta.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Cóż Reggirt mógł się spodziewać że Korrin nie wykona tak oczywistego ruchu by rozpocząć walkę i tym samym znaleźć się na miejscu które szybko zostanie skontrowane, tak więc nie było to zbyt wielkie zaskoczenie.
Choć mógł wykonać bezpośredni atak sądząc że Reggirt będzie spodziewał się czegoś innego.
Nie ważne co przeciwnik zrobił, czy mógł wykonać, reakcja była jedna.
Unik.
Cios.
Dźwięk zderzającego się metalu, do tego wzmacniany przez dzwoniące pierścienie jak i dudniący po dachu karczmy deszcz.
Złe ułożenie dłoni, mimo siły która stale napierała, było błędem tej pozycji.
Trzeba było szybko poprawić chwyt i oburącz zaatakować ponownie.
Jednak obrót nie wchodził w grę, zwłaszcza gdy wojownik znajdzie się w odsłoniętej pozycji, którą przeciwnik zapewne wykorzysta, uniemożliwiając ponowne uderzenie.
Po prostu brakowało szybkości.
Szybkość.
Nie było mowy, że nie można używać reszty ekwipunku, tym bardziej żadnego wspomnienia o umagicznionych przedmiotach. Zwłaszcza takich których efekty widzi jedynie właściciel danego przedmiotu.
Aktywacja pierścienia odbyła się wraz z szybkim szarpnięciem ostrza ku sobie, po którym nastąpił zamach w trakcie którego felerna dłoń poprawiła swój chwyt, w pełni wykorzystując ruchliwość nadgarstka.
Obie dłonie zacisnęły się na rękojeści Masamune pewniej by gwałtownie opuścić je w celu wykonania cięcia z lekkim ćwierć obrotem.
Jeżeli tym razem nie uda się zranić Korrina, wojownik uskakuje w tył by pozwolić przeciwnikowi na wykonanie jego manewru, po którym zapewne wyjdzie kolejna kontra.
Jeden lekki impuls myślowy wysłany w stronę pierścienia i już wojownik poczuł znajome mrowienie gwałtownie kurczących się i rozkurczających mięśni rozchodzące po całym ciele. Nie umiał powstrzymać uśmiechu, jaki wykwitł na jego ustach. Zaiste, użycie magicznego przedmiotu było bardzo twórczym przykładem interpretacji reguł pojedynku.
Masamune lekko zadrżało pod naciskiem Claymorea.
Na następnym ułamku sekundy Reggirt zwinął się w półobrocie, uskoczył przed opadającym mieczem i sam wyprowadził błyskawiczny, umykający oczom kontratak.
Samym czubkiem ostrza, w znajomym akompaniamencie dartych ubrań i ciętej skóry trafił Korrina w ramię tuż powyżej łokcia. Najemnik nie był w stanie nawet zareagować na ten cios. Jedyne, co mógł zrobić, to syknąć z bólu, wypuścić miecz na rozmoczone podwórze i chwycić się zdrową ręką za ranę. Krew cienkimi wężykami wypływała mu spomiędzy palców.
- Cholera! - zaklął.
Lekkie poruszenie, jakie zapanowało wśród jego kompanów zgrabnie zostało uciszone przez przywódcę. I strażników. Zwłaszcza strażników.
- Pokój! - krzyknął Korrin, wciąż kurczowo chwytając ranę - Trafił mnie uczciwie! Nic mi nie jest! Daj no który miksturę leczącą!
Splunął soczyście na i tak mokrą glebę dziedzińca.
- Cholera, nigdy nie widziałem, by ktoś tak szybko robił dwuręcznym mieczem... nie doceniłem cię, nieznajomy... - skrzywił się wyraźnie - ...wychodzi na to, iż zarobiłeś ładny pieniądz na mojej porażce.
Gdzieś za plecami Reggirta zarżał koń.
- On w ogóle ma tendencję do wpadania w tarapaty.. prawda? - znajomy, kobiecy głos odezwał się gdzieś, ponad głową wojownika.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Okrzyk radości z głębi wojownika zdołał opuścić jego usta wykrzywione w lekko cwanym uśmiechem. Ot uśmiech podobny temu który gości na twarzy dajmy na to maga który pomógł sobie trafienie z łuku czy coś... Nie tyle oszustwo co wykorzystanie wszelakich dozwolonych środków do osiągnięcia celu. Jak zwał tak zwał. Może i Reggirt był bardziej wyszkolony, jednak pod uwagę podczas każdej walki trzeba zwrócić również na szczęście. Ot każdy ruch jest niczym rzut kością w jakiejś hazardowej grze.
Ważne było to, że krew Korrina jako pierwsza opuściła ciało właściciela.
- Dobry z Ciebie fechmistrz Korrinie - Reggirt podziękował za pojedynek i już miał pytać o zapłatę kiedy zza jego pleców dobiegł go znajomy głos.
Niczym pieśń barda przebijająca się przez wulgarne okrzyki pijanych w karczmie, tak samo ten głos wybił się spomiędzy szumu deszczu i komentarzy obserwujących pojedynek.
Reggirt opuścił ostrze na ziemię a drugą ręką odgarnął mokre włosy z czoła, by obrócić się i spojrzeć za siebie.
Jeden z grupki najemników wyrwał się zza zasłony jaką wytworzyli strażnicy i ruszył na pomoc przywódcy. Kątem oka Reggirt dostrzegł przekazywaną z ręki do ręki fiolkę z dobrze wojownikowi znaną czerwoną miksturą.
Ale, powiedzmy sobie szczerze, nie to teraz było najważniejsze.
- Wstyd przyznać, ale gdyby nie Aloxer, przyjechałabym nie wcześniej niż za tydzień.
Średniego wzrostu, młoda dziewczyna o krótko ostrzyżonych, ciemnych włosach z czerwonymi pasemkami uśmiechnęła się w stronę Reggirta. Wojownik dobrze znał ten uśmiech. Dobrze znał ten krój drobnych ust. Dobrze znał te oczy, śmiejące się w jego stronę.
I na moment - jakkolwiek by to pompatycznie nie zabrzmiało - Reggirt miał wrażenie, że zza ciemnej, ołowianej i ciężkiej pokrywy chmur wyjrzało słońce, śląc promienie wprost na posturę Vai.
Jury u boku, łuk przewieszony przez plecy, lekki pancerz, kosmyki włosów niesfornie opadające na czoło... wyglądała dokładnie tak samo, jak w dniu, w którym się rozstali. Mimo to, wojownik od razu, podświadomie wręcz wyczuł, iż Vai nie cieszy się z ich spotkania tak bardzo jak... jak powinna. Coś było nie tak.
- Jeszcze dziś rano, byłam w Broln, Reggirt - rzekł dziewczyna - jesteś tam potrzebny.
Poważnie. Zbyt poważnie.
Żadnego "witaj, kochanie!". Żadnego rzucenia się na szyję. Żadnych pisków radości. Żadnych pocałunków.
Zwłaszcza pocałunków.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Ciepły gulasz nieco osłabił działanie alkoholu we krwi wojownika, mimo tego potyczka w karczmie była wciąż pod jego wpływem.
Pojedynek na miecze wymusił nieco trzeźwości w umyśle Reggirta.
Widok Vai i jej niepokojąca postawa oczyściły z piwa ciało bohatera do ostatniej cząstki.
Deszcz. Może i był ozdobą do heroicznego pojedynku, czy romantycznego pocałunku. Jednak według starych wierzeń prostych chłopów deszcz był płaczem podniebnych opiekunów Sorii.
- Czarny silny koń! - krzyknął w kierunku stajennego dając mu do zrozumienia, żeby przyprowadził mu Wichra.
Coś musiało się stać. I to coś nie należało do przyjemnych zdarzeń.
- Dawaj no mi mój plecak - rzucił po sekundzie do losowego z gapiów, z akcentem który nie mógł znieść sprzeciwu.
Czyżby całe martwienie się o Vai miało swoje źródło w tragedii dotyczącej innej osoby?
- Mów co się stało. - rzekł w końcu do Vai zarzucając Sayę na plecy.
Aloxer.
Coś mówiło wojownikowi, że to o właśnie chodzi o sędziwego przyjaciela.
Plecak, o dziwo, podał mu sam Korrin. Mężczyzna nie wydawał się być zły. Raczej w dziwaczny sposób zadowolony i usatysfakcjonowany.
- Twoje monety, wojowniku - rzekł, dodając do plecaka sakiewkę - nie jestem byle skurwysynem ze Szlaku. Mam swoje zasady. Wygrałeś uczciwie. I oby do rewanżu.
Chyba nawet nie trzeba było przeliczać. Sakiewka zdawała się być odpowiednio ciężka i brzęcząca.
[zaktualizowano]
Chwilę po tym plecak, Saya i sakiewka znalazły swoje miejsce przy jukach Wichra. Ogier nerwowo grzebał kopytem w rozmokłym, popękanym gruncie dziedzińca, jakby miał za złe właścicielowi, że odpoczęli tak krótko.
- Napadnięto na Gildię, Reggircie - wypaliła krótko Vai - zdemolowano budynek, wielu magów zabito, Aloxer walczy o życie, jest ciężko ranny.
Wystrzeliła ze swych ust te słowa tak szybko, jak gdyby znajdowały się one w nich od dawna, raniąc boleśnie podniebienie. Jak gdyby chciała się ich jak najszybciej pozbyć i mieć już te ohydne dźwięki za sobą.
- Skradziono jeden ze zwojów ten, który odbiłeś ze świątyni Aesira - dodała, jakby to nie był koniec rewelacji - tyle kazano mi tobie przekazać. Mam przy sobie kryształ teleportacji, znajdziemy się w Broln za chwilę.
Długie, powłóczyste spojrzenie ślicznych, idealnie wyciętych na krój migdałów oczu Vai owionęło całą postać Reggirta. Co kryło się w tych oczach? Lęk? Czy radość ze spotkania?
- Atakiem przewodził Elzaddar - rzekła cicho.
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
- Zwój? - powtórzył szeptem pod nosem, zbierając myśli. Dopiero po chwili przypomniał sobie całą aferę z magicznymi zwojami, od której jakby nie patrzeć rozpoczął się kolejny etap w podróżach wojownika.
Sakwa otrzymana od Korrina szybko znalazła się w plecaku, który został rzucony na plecy i sprawdzone zostało jego zapięcie, jakoby po powrocie do Broln wojownik natychmiast miał być rzucony w wir walki. Czego nie wykluczał...
Elzaddar. Imię wroga powtarzane w myślach i przez samego siebie nigdy nie brzmiało w uszach Reggirta tak okropnie jak w ustach Vai. Jej kobiecy głos nie pasował do tego imienia, jakoby było to jakieś najohydniejsze z przekleństw.
Skinieniem głowy podziękował Korrinowi za pojedynek jak i monety, po czym zwrócił się do Vai.
- Odpalaj ten kamień teleportacyjny.
Odpalaj.
Znowu nawiązanie do ognia.
Spotkanie z Vai po długiej przerwie nie miało być takie... szokujące?
Najwyraźniej na kolejną chwilę sam na sam będą musieli jeszcze długo poczekać.
Okrągły woal portalu pojawił się dosłownie znikąd, dokładnie pomiędzy uchylonymi skrzydłami bramy wjazdowej do Granicy. Pofalowana, migocząca powierzchnia magicznej manifestacji zakrzywiała rzeczywistość, zdając się wsysać do swego wnętrza wszystko z bezpośredniej okolicy, łącznie z co bardziej pechowymi kropelkami deszczu. Niebieskie refleksy światła wysyłane na wszystkie strony świata oślepiały, ale również fascynowały tajemniczymi, wiecznie zmieniającymi się wzorami, przywodzącymi na myśl jakieś pokrętne fraktale.
Vai strzepnęła z rękawicy resztki kryształu teleportacyjnego.
- Reggirt...
Jej spojrzenie wyrażało tęsknotę. Tęsknotę i żal, iż spotkanie nie wyszło tak, jak oboje to sobie zaplanowali. Że znowu coś im przeszkadza. Że znów czeka ich strach o los tej drugiej osoby. Znów czeka ich walka. Tym razem z przeciwnikiem, którego żądza pokonania mogła w niedalekiej przyszłości okazać się silniejszą od wszystkiego. Nawet od miłości.
- ...dobrze widzieć cię całego.
W tych oczach była również miłość. Trudna, pełna obaw i lęków, niepewna, ale jednak... miłość. To dziwne, gdyż Reggirt nigdy wcześniej nie widział takich spojrzeń, ale jakimś cudem nabrał pewności, iż faktycznie tak jest.
- A pokój? Zapłacił pan za pokój!!
To karczmarz, krzyczał gdzieś, z daleka. Reggirt jednak już nie zwracał na to uwagi.
Wessał go portal. Owionęły go wichry czasów i miejsc, magicznej przestrzeni.
Oraz ciemne chmury własnych myśli.
Sesja zakończona!
Reggirt otrzymuje 350 exp!
Copyright by DaMi
Sesja no 10
_________________ Some men aren't looking for anything logical. They can't be bought, bullied, reasoned, or negotiated with. Some men just want to watch the world burn.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum