Wysłany: 2008-03-19, 21:01 Plan Zemsty - Prolog - Część 1
"Uzupełnij mi kielich miernoto !" rozkazał głosem pełnym pogardy, wyciągając rękę ze wspomnianym naczyniem. Na palcu wskazującym i serdecznym widniały dwa, różne od siebie pierścienie. Któż wie czy były magiczne, czy też po prostu służyły za ozdobę.
Fotel na którym siedział, obłożony był trudno dostępną i niezwykle cenną skórą śnieżnego tygrysa. Sprowadzona z Krasnoludzkich gór lub terenów mroźnej północy przez poprzedniego właściciela posiadłości.
"Tak panie." odparł krótko masywny, acz wyraźnie uzdolniony manualnie ork. Sztywnym krokiem podszedł do fotela z karafką. Naczyniem, które miało przesądzić o tym dniu.
Przechylił delikatnie porcelanową karafkę, napełniając kielich złocistym, słodkim płynem.
Na twarzy orka pojawiły się kropelki potu, stężał w oczekiwaniu na to co miało się stać.
"Na prawdę myślałeś, że nie zauważę ?" spytał spokojnie siedzący w fotelu drow. Jego zadbane, długie, białe włosy spięte platynowym pierścieniem opadły zgrabnie na ramię, gdy głowa odwróciła się w stronę sługi.
Ork zastygł, sparaliżowany strachem. Nie tak miało być, nie tak to zaplanował. Trucizna miała być niewyczuwalna, zaś jej działanie natychmiastowe.
"Jesteś głupi Urglashu i zapłacisz za swoją głupotę."
Ork w przypływie desperacji rzucił się z wrzaskiem na swego drowiego pana.
Kilka sekund później leciał w dół prosto w objęcia flory puszczy. Spadać miał przez następne kilkanaście sekund, toteż miał czas na przemyślenia. Z jakiegoś powodu tylko jedno wpadło orkowi do głowy.
"Wirt nie lubi plam krwi na dywanie."
Plan Zemsty Prolog
Tydzień. Tyle minęło od pamiętnej nocy 'Przebudzenia'. Odkąd Martial ujawnił Sirionowi swe prawdziwe zamiary, odkąd poprzysiągł mu śmierć ze swojej ręki. Nawet w tej chwili, bohater zastanawiał się czy oczy jego byłego mistrza nie obserwują go gdzieś zza krzaka. Wiedział, że słowa nie zostały rzucone na wiatr i w jakiś bliżej nieokreślony sposób jego poczynania są śledzone.
Nie przeszkodziło to jednak, a może nawet zmobilizowało Włamywacza, by ruszył w daleką podróż. Podróż, którą planował już od dawna. Podróż, która miała przynieść ukojenie jego pragnieniu zemsty. Podróż powrotną.
Lithius czekało, a wraz z nim Wirt. Mroczny elf, który swego czasu w dość przebiegły sposób wykiwał drużynę Phasira. Drużynę, z której to jedynie Sirion uszedł z życiem.
Gdzieś wysoko ponad głową bohatera przeleciał nocny ptak pohukując donośnie. Mroczny elf nie znał tego gatunku, musiał jednak przyznać, iż jego rozmiary budziły respekt. Zapewne zdołałby pochwycić i porwać Siriona do swego gniazda, gdyby tylko zechciał.
Ogólnie wszystko tutaj było bohaterowi obce, nieprzyjazne. Drzewa o rzadkich koronach, kolorowe kwiaty, silnie zielone krzaki. Źródła Natury to nie było miejsce dla mrocznego elfa. Ten zaś, miał zamiar przejść przez samo centrum Wielkiego Lasu, aż do Puszczy, a potem do samego Lithius. Przeprawa ta z pewnością nie należała do bezpiecznych. W obcym bohaterowi królestwie w każdej chwili mógł natknąć się na leśne elfy, które z pewnością nie przywitałyby ciepło drowa. W Puszczy natomiast co krok czekały jakieś niebezpieczeństwa.
Niemniej jednak to na taką właśnie trasę zdecydował się Sirion.
Na tereny leśnych elfów wkroczył parę dni temu. Podróżował nocą, gdy jego wzrok działał lepiej, zaś skóra i organizm nie narzekały na promienie prześwitujące między konarami. Dzień zazwyczaj przesypiał na drzewie lub w jakiś zakamarkach, gdzie udało mu się rozstawić tymczasowy obóz.
Noce były jednak krótkie, minęły bowiem ledwo dwa tygodnie od letniego przesilenia, toteż chcąc nie chcąc musiał bohater zahaczać czasem swej podróży o dzień. Dotychczas wszystko przebiegło spokojnie. Nie natknął się na żadnych mieszkańców lasu, którzy byliby w stanie mu zaszkodzić lub przed którymi musiałby się bronić.
Do świtu pozostało około dwóch godzin, lekki wietrzyk poruszał liśćmi na krzakach i koronach drzew. Sowa odleciała w dal nadal co pewien czas pohukując, pozostawiając Siriona sam na sam z końcówką nocy.
Głód zaczynał już doskwierać, zaś jak n przekór już od dłuższego czasu nie natknął się bohater na żadne owoce. Za to gdzieś ze wschodu dobiegał odgłos płynącej wody. Strumień.
Ostatnio zmieniony przez Pelios 2008-03-30, 12:20, w całości zmieniany 1 raz
Długą podróż miał już za sobą Sirion ale równie daleka czekała na niego jeszcze. Szedł równo nie zatrzymując się nocami, niekiedy wręcz szedł bez własnej wiedzy w którą stronę zmierza mając w głowie ostatnie tygodnie swego życia. Zdrady były w jego życiu bardzo częste i dotkliwe. Jego nauczyciel jego mistrz zdradził go, przygotował plan zabicia go a teraz dał czas na załatwienie własnych spraw by potem zabić swego ucznia a teraz wroga. Tak słabym punktem jego mistrza była jego żona, a myślał że jego mentor i przykład nie ma wad. Będzie musiał to wyjaśnić lub zabić swego mistrza, nie było innego wyjścia jeśli chciał przeżyć on sam. Ale nie czas teraz był na rozmyślanie o tym co zrobi z tą sprawą, teraz miał załatwić już starą sprawę ale jakże podobną. Miał dokonać zemsty na wspólniku który zdradził jego jak i jego kompanów. Teraz jest czas na załatwienie jednej z ważniejszych spraw jego życia, potem przyjdzie czas rozwiązania problemów z jego mistrzem. Podróż do miejsca skąd wyruszył była trudna, ale nie chciał obierać łatwiejszej gdyż wiązała by się ze znacznym jej wydłużeniem a on nie chciał z tym czekać nie kiedy miał tylko rok na załatwienie aż dwóch spraw życiowych.
Jednak nie tylko te sprawy ciążyły Sirionowi, było jeszcze coś, coś co tak długo zbierał, coś co zdobył wielce się narażając jego ekwipunek, jego drogocenny skarb. Miał w planach odnalezienie go, szczególnie jego cudownej zbroi, jednak to musiało poczekać tak jak i sprawa Martiala. Jednak bez zbroi czuł się nagi a bez pierścienia wyciszenia uważał że idzie jak słoń choć szczycił się naprawdę wspaniałymi zdolnościami cichego poruszania.
Rozważania te przerwał mu fizyczny objaw braku pożywienia, gdy wyruszał z Desadi zapomniał kupić jedzenie, a teraz dała to odczuwalne skutki. Zastanawiał się czy dałby radę coś upolować, ale chyba to będzie zbyt trudne. Wtedy też usłyszał szum wody, Strumień, woda życiodajny płyn. Postanowił napić się, może nad strumieniem rosły jakieś owoce, może znajdzie tam pożywienie. Ruszył w tamtym kierunku gdy uzmysłowił sobie że mogą tam być zwierzęta dlatego zaczął poruszać się jak najciszej potrafił, musiał sobie to przypomnieć ale chyba i tak szło mu dobrze. Kierunek obrany skupienie, choć nie pełne gdyż ciągle gdzieś na skraju świadomości był jego mistrz, ciągle on, ciągle obecny, zawsze z nim, jego wróg.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Tak, zdawać by się mogło, że bohater może przez ten rok wpaść w istną paranoję. Ciągłe wypatrywanie, ciągłe uczucie bycia obserwowanym.
Albo paranoja, albo przyzwyczajenie. Co też nadejdzie pierwsze.
Bez magicznego pierścienia, bohater na nowo musiał przypominać sobie co oznacza ciche poruszanie się. To jednak nigdy problemów mu nie sprawiało i nie było powodu by sądzić, że nagle miałoby zacząć. Sęk w tym, iż nawet dla najsprawniejszego złodzieja, bezgłośne poruszanie się po lesie jest nie lada wyzwaniem. Byle gałązka, byle listek i już nic nie ustrzeże bohatera przed hałasem.
Ponoć jedynie druidzi, opanowali prawdziwą sztukę skradania się w lesie. Sirion jednak druidem nie był i raczej nie zamierzał nim zostać.
Kilkanaście minut później, gdy szum rozbrzmiewał już bardzo wyraźnie, drow ujrzał pomiędzy listowiem strumień z wartko płynącą wodą. Znajdował się dokładnie na wschód, tam skąd niebawem miało wychylić się słońce. Co prawda nim owa świetlista kula zacznie być widoczna spomiędzy drzew minie jeszcze kilka godzin, niemniej jednak kierunek był oczywisty.
Bohater przybliżył się do kępki krzaków, zza której było już doskonale widać strumień.
Około dwóch metrów szerokości, głęboki na nie więcej jak pół metra, gdzieniegdzie wystające kamienie i czysta woda połyskująca w świetle księżyca. Zaraz za strumieniem znajdowała się polanka z niezliczoną ilością kolorowych kwiatów.
Najciekawsze jednak stało tuż przy wodzie, około stu metrów na północny wschód od Siriona. Smukłe zwierzę o brązowej sierści i rozgałęzionych, imponujących rogach odrobinę przypominające konia. Ten gatunek akurat bohater znał, widział pewien czas temu jego głowę jako trofeum.
Jeleń spokojnie popijał wodę ze strumienia. Najwyraźniej na razie nie spostrzegł czającego się w krzakach drowa.
Od południa zawiał lekki wietrzyk.
Sirion szybko ocenił swoje szanse na podejście zwierzęcia. Jeżeli była tak szansa, jeżeli były miejsca za którymi mógł sie schronić ruszył w kierunku jelenia. Cicho delikatnie zbliżajac się na odległość zapewniającą pewne trafienie. Yahasai leżał już w dłoni, czekając na jego użycie, szkoda że musiało jeszcze poczekać.
Jeżeli jednak skradanie było zbyt niepewne postanowił dokładnie przymierzyć, bardzo dokładnie. Długo celował a gdy już ocenił odległość kąt lotu i siłę potrzebną na trafienie zwierzęcia w głowę wykonał zamach po czym wypuścił Yahasai wybiegając za nim w sprincie z drowim sztyletem w dłoni.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Krzewy, drzewa i tym podobne kryjówki prowadziły niemal do samego jelenia. Droga była jednak długa.
Bohater przeszedł pierwsze 30 metrów niemal bezszelestnie kierując się na północ. Jedynie raz na pewien czas coś zaszeleściło pod stopami, dźwięk był jednak znikomy.
Wiaterek ponownie zawiał od tej samej strony, zaś drow dokonał kolejnej lustracji okolicy.
Wychodziło na to, że by zbliżyć się niezauważonym do jelenia, musi podkraść się przy krzakach od południa. Inną możliwością było tylko okrążenie dość szerokim łukiem od zachodu i podejście od północy. Obie możliwości dawały taką samą szansę podejścia, pierwsza była jednak znacznie szybsza.
Wokół zaczynały budzić się ptaki. Do niedawna sporadyczne ćwierknięcia, teraz stawały się częstsze. Sirion zdążył jednak odkryć dotychczas, iż jest to typowy poranny rytuał.
Nie miał czasu na te zabawy, ale to pożywienie pomogło by mu ułagodzić wariacje żołądka.
"Hymmm trudny wybór, a pierścień by to załatwił, mógłbym podbiec do nieg i by tego nawet nie zauważył " - gorączkowo myślał Sirion wiedząc dobrze że jeśli jeszcze wyjdzie słońce to już całkiem straci szansę, no i ten jeleń też wieki nie będzie pił tej wody. Ruszył więc krótka drogą do niego. Szukał każdej osłony którą mógł wykorzystać do podejścia bliżej do zwierzęcia. Poruszał się zwinnie i szybko, leczy gdy tylko by zauważył jakieś zaniepokojenie jelenia, drow przymierza i precyzyjnie rzuca gwiazdą w głowę ofiary. Po wypuszczeniu Yahasai ruszył sprintem z obnażonym sztyletem starając się jak najszybciej pokonać dzielący ich dystans i dobić zwierzynę. Jeśli nie zdąży znów będzie musiał głodować.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Niestety drow zapomniał, iż zwierzęta poza wzrokiem i słuchem, kierują się w życiu jeszcze innym zmysłem. Zmysłem, który pomagał im wykryć nawet tych najbardziej skrytych, nawet tych bezszelestnych. Węch.
Wiejący z południa wiatr poniósł zapach mrocznego elfa prosto pod nozdrza wypoczywającego jelenia, gdy bohater był jeszcze zbyt daleko na rzut shurikenem. Zwierzę poderwało głowę do góry, obracając nią na wszystkie strony. Sekundę później ruszyło galopem wzdłuż strumienia, byle dalej od potencjalnego zagrożenia. Po kilkunastu metrach zniknęło w krzakach i tyle go Sirion widział.
Nie miałoby to zapewne miejsca, gdyby wybrał drogę dłuższą, acz od zawietrznej.
"No tak łowcą to ja nigdy nie byłem. I znów sobie pogłoduje" pomyślał podchodząc do strumienia. Nachylił się i napił wody. Sprawdził czy nie ma jakiś znanych mu owoców bądź korzonków by po chwili skierować się dalej w stronę swego celu - "Czas w drogę" - już rozpoczął marsz ku swemu przeznaczeniu. Głód nie był ważny, a może on na razie starał się go ignorować, choć jak długo da radę, jak długo mógł nie jeść i być gotowym na przeciwności losu i niebezpieczeństwa czyhające tak w lesie elfów jak i drowiej puszczy. Ale teraz gdy zmarnował okazje mógł już tylko podjąć wędrówkę, może okazja znów się nadarzy.
Myśli powróciły do znanych już wątków, a nogi niosły w obranym kierunku. Czas znów przestał istnieć pewnie do momentu ujrzenia słońca choć od razu elf nie zamierzał się zatrzymywać.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Woda przyniosła przyjemne odświeżenie i nasyciła pragnienie bohatera na pewien czas.
Podczas jej nabierania, wzrok bohatera padł na żółtą plamkę na prawej dłoni, której przed godziną jeszcze tam nie było. Tak, to kolejna pozostałość po niedawnych wydarzeniach. Pamiątka po jadzie. Paskudne plamy, które to pojawiały się, to znikały, to przemieszczały w najróżniejsze miejsca ciała. Pamiętał wzrok ludzi w Dornost, którzy zerkali na niego z ukosa. Teraz ujrzał swe zniekształcone odbicie w wodzie oraz plamki na prawym policzku i lewej skroni. Nie wyglądało to najlepiej. Jednak oprócz nieciekawego wyglądu, owe skórne niedoskonałości wydawały się nie powodować żadnych innych efektów.
Ruszył bohater dalej, utrzymując głód w ryzach. Ten jednak nie dał się oszukać wodą i nadal pragnął czegoś więcej.
Przez kolejną godzinę, Sirion oddalił się od strumienia i nie dostrzegł nic, co mogłoby posłużyć mu za posiłek. Wtem jego oczom ukazała się niewielka kępka grzybów. Mijał po drodze już wiele, jednak żadne z dotychczasowych nie były mu znane, toteż nie ryzykowałby z ich zjedzeniem. Teraz jednak sytuacja wyglądała inaczej. Kępka zawierała znane bohaterowi grzyby, co do których jadalności był prawie całkowicie przekonany. Niestety nie było ich zbyt wiele, a i do zjedzenia na surowo się nie nadawały. Ruszył toteż bohater dalej, chowając swoją zdobycz do plecaka.
Być może jakieś napotkane przez bohatera korzonki także nadawały się do zjedzenia, jednak na tym już się Sirion kompletnie nie znał.
Po kolejnej pół godziny i braku kolejnych sukcesów, dostrzegł bohater jakąś poświatę między drzewami. Słońce zaczynało już wstawać swoją drogą, to jednak nie było jego dzieło. To migotliwe światło przypominało ogień.
Żołądek stanowczo protestował przeciw takiemu traktowaniu, burcząc co pewien czas.
"Cholera, co za idiota wybiera się w podróż bez zapasów, zaraz to przecież ja" - śmiał się sam z siebie, ciekawe że właśnie takie poczucie humoru zaczynało być dla Siriona normą.
Szedł dalej ignorując głód, to znaczy starając się go ignorować chociaż ten wygrywał hymny żałobne na ten obecny stan. Znalezienie grzybów przywitał z radością, choć zaraz uzmysłowił sobie brak możliwości ich przyrządzenia co równało się z nieprzydatnością do spożycia. Nie miał wyjścia trzeba było iść dalej choć wewnętrzny głos nakłaniał do zjedzenia ich w takiej postaci. Przymusił się do dalszego marszu.
Szedł już dobrą chwilę gdy zauważył lekką poświatę sugerującą ognisko.
"Drzewołazy?" - zapytał sam siebie nakazując sobie ostrożność. Ruszył wolno skradając się w pobliże zaobserwowanego światła i oglądając okolice. Nie chciał być zaskoczony, nie lubił niespodzianek szczególnie gdy miały ostre narzędzia gotowe do użycia na jego ciele. Ostrożność ale także pośpiech kierowały stopami bohatera. Byle dowiedzieć sie co go czeka.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Bohater powoli zbliżał się do źródła owego światła, po raz kolejny sprawdzając swe umiejętności w skradaniu się po lesie.
Kroki jak zwykle szeleściły co pewien czas, jednak nawet odgłosy skwierczącego ogniska były głośniejsze.
O tak, na tych terenach przydałby mu się Pierścień Lurtian.
Od ogniska nie docierały żadne głosy, żadne śpiewy. W sumie nie było to dziwne zważywszy na porę.
Kilka krzaków i drzew później, bohater mógł już wyraźnie dostrzec co też takiego zasiada wokół ogniska.
Dwie postacie śpiące pod kocami, rozłożony obok namiot, w którym chyba nikogo nie było, jedna przygarbiona nad niewielkim ogniskiem postać, doglądająca piekących się kilku niewielkich gryzoni nabitych na patyki. Co ciekawsze, postać ta wcale nie miała szpiczastych uszu. Wyglądała na człowieka. Człowieka o krótkich blond włosach i w miarę umięśnionym ciele. Narzucony płaszcz nie pozwalał Sirionowi na dalsze oględziny. Osobnik siedział, na szczęście dla drowa, tyłem do niego. Dwójka śpiąca pod kocami, również należała do tej, dobrze już znanej bohaterowi rasy.
Smakowity zapach pieczeni dotarł do nozdrzy stymulując produkcję śliny. Brzuch również zorientował się co się dzieje i burknął dość poważnie.
Dźwięk ten mógł i najwyraźniej był słyszany przez osobnika przy ognisku, uniósł on bowiem głowę, nasłuchując.
"Znów ludzie, czy oni muszą być wszędzie?" - zapytał sam siebie jednocześnie pożerając wzrokiem pieczące się mięso. Tylko a może aż 3 osoby i on sam, głód był jednak niemożliwy do przezwyciężenia. Postarał się zrobić wszystko by ponownie nie zagrał on tego żałosnego marsza. Poczekał jeszcze chwile by człowiek ponownie zajął się ogniskiem. Gdy był już pewny że nie jest on już czujny ruszył powoli od strony jego pleców. Yahasai w dłoni gotowy do rzutu tak samo sztylet w drugiej ręce. Powoli krok po kroku zbliżał się do ofiary. Krok w rytmie uderzeń serca, krok zbliżający Siriona do mordu, krok do zapewnienia sobie pożywienia, a może krok do śmierci, czy była ona dla niego straszna - chyba nie - już nie, już raz prawie umarł co pozostawiło po sobie ślady. Teraz przynajmniej ma szanse, a może się myli, kto wie, nikt póki się spróbujesz to się nie dowiesz.
Gdy zmierzał do człowieka zastanawiał się dlaczego nie podszedł do ogniska i nie zagadną ich o posiłek, chyba dlatego że drowów nikt nie lubił a z obecnym wyglądem pewnie pomyśleli by że jest chory i go odpędzili, tak przynajmniej miał jakieś szanse na ich posiłek i w dodatku nie będzie musiał się dzielić. Nie dyplomacja nie była jego mocną stroną, ale czy walka była, też raczej miał w niej marne rezultaty.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Człowiek jeszcze przez chwilę nasłuchiwał, po czym wrócił do swojego zajęcia, mamrocząc coś bardzo cicho pod nosem.
Przyspieszone bicie serca wskazywało na zwiększony poziom adrenaliny. Nie było się czemu dziwić, w końcu Sirion właśnie zakradał się do człowieka, z zamiarami niezbyt przyjaznymi.
Krok za krokiem, każdy stawiany niezwykle uważnie. Podłoże póki co współpracowało z bohaterem, jednak któż wie czy nagle nie przestanie, udaremniając próbę głośnym trzaskiem lub szelestem.
Metr za metrem, na każdy krok przypadało kilka uderzeń serca. I wtedy, gdy bohater był już na dwa metry od niczego nie podejrzewającego człowieka, poczuł to. Zbierające się w żołądku pęcherzyki i nadchodzący bulgot.
Sirion był osobnikiem zwinnym i potrafił reagować błyskawicznie gdy zmuszała do tego sytuacja. Zatem gdy tylko burknięcie rozpoczęło swoją symfonię, bohater przeszedł do działania.
"Kurwa! Czemu teraz, czemu, czy nie mógł poczekać jeszcze z 5 sekund" - pomyślał przeklinając swój głód. Nie miał czasu na przekładnie broni, więc szybkim ruchem rzucił gwiazdę w kierunku głowy strażnika sam ruszając do ataku (szarża piesza). Musiał go zabić szybko, gdyż tylko tak miał szansę na zwycięstwo. Szybko szybko krok za krokiem zbliżał się z zamiarem mordu, teraz ważny był tylko głód i jego zaspokojenie. Miał nadzieje że śpiący ludzie nie będą przez jakiś czas jeszcze gotowi do walki, może uda się ich zabić we śnie, choć na to nie mógł liczyć nie przy obecnym stanie szczęścia.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Shuriken błyskawicznie pomknął w nieświadomego nie do końca jeszcze świadomego niebezpieczeństwa człowieka.
Ten właśnie okręcił głowę, by spojrzeć na źródło hałasu, gdy ogniste ostrze Yahasai wbiło mu się w górną szczękę. Dość ciekawe miejsce.
Gdy pierwsze oktawy gulgoczącego odgłosu bólu wydobył się z gardła człowieka, Siriona dopadł go ze swym sztyletem. Doskonałe pchnięcie sztyletem przebiło się przez szyję, zaś impet uderzenia posłał człowieka prosto w ognisko.
Hałasu trochę bohater narobił, toteż dwójka pozostałych ludzi zaczęła się już budzić.
Trzy rozrzucone pieczenie leżały pod samymi nogami bohatera, niemal błagając o wzięcie.
Panujący nadal półmrok dodatkowo sprzyjał w ewentualnej ucieczce Włamywacza.
Atak był szybki i dość precyzyjny jednak nie dość cichy by móc zabić tamtych we śnie. Stąd szybka ocena wykazała że lepiej będzie się stąd szybko zbierać. Sztylet powędrował do pochwy a dwie z trzech z pieczeni znalazły się w rękach drowa, po czym elf sprintem ruszył z powrotem do lasu, chciał jak najszybciej znaleźć sie w jego mrocznych objęciach. Gdy odbiegł na jakieś dwieście metrów i nikt za nim nie biegł elf zatrzymał się nasłuchując, po czym zajął się pieczenią. Pochłaniał ją łapczywie wgryzając się w mięso i zasilając swe ciało w tak potrzebne kalorie. Serce łomotało w piersi od wysiłku lecz to nie było istotne, wreszcie mógł zaspokoić głód i nie ważne było że dla niego zabił, sprawiło mu to nawet przyjemność. To było po trochu tak jakby zabijał mistrza za jego zdradę, w końcu to był jeden z przedstawicieli rasy ludzkiej tej wrednej nacji, którą coraz bardziej pogardzał. Przyjemność z mordu i zaspokajania głodu zlały się w jedno wypełniając umysł bohatera falą zadowolenia i zaspokojenia.
"Chyba będę częściej tak robił" - pomyślał odgryzając kolejny kęs pieczeni.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Człowiek wrzucony do ogniska zaczął wierzgać i szamotać całym ciałem, wydobywając z siebie bardzo nieprzyjemne dla ucha dźwięki.
Pozostała dwójka obozowiczów zerwała się ze swych posłań łapiąc za broń i z przerażeniem patrząc na spektakl pod tytułem 'Pieczeń z Kompana'. Oczy pełne strachu przepatrywały okolicę, jednak jedynym co dostrzegły, były drżące gałązki pobliskich krzaków. Coś co było w obozie natychmiast z niego uciekło.
Kilkanaście sekund później Sirion siedział już pod drzewem i zajadał, lub raczej pochłaniał pierwszą pieczeń.
Była doskonała. Dla wygłodniałego drowa, który nie jadł mięsa od około tygodnia byłaby doskonała nawet gdyby upiekł ją troll.
Niemniej jednak już dawno bohater nie czuł się tak dobrze jak w tej chwili.
Obie pieczenie zniknęły z patyków parę minut później, Sirion był zaś najedzony i zadowolony.
Słońce wyszło już ponad horyzont, nadal jednak nie widać go było spomiędzy niezmierzonego morza drzew.
Sirion siedział po drzewem jeszcze chwile zadowolony z siebie, szczęśliwy jednak jedna myśl nie dawała mu spokoju. O czymś zapomniał, czegoś mu brakowało. Sielanka przytępiła jego myśli i nie mógł przypomnieć sobie czego mu brakuje. Siedział pod drzewem patrząc na wstawający dzień w lesie elfów i głęboko zastanawiał się nad tym czego on może jeszcze potrzebować.
"Sen?" - zapytał się - "Taaak, ale to nie to. No co to jest? No co?" - męczył się. Zerknął do plecaka, w końcu nie miał od czasów Desadi wiele w ekwipunku. - "No dobra to po kolei, sztylet jest, Yhasai, hej gdzie jest gwiazda. No tak w szczęce tego gościa, hehehehehe" zaśmiał się w duchu po czym skoncentrował sie na broni przywołując ja do siebie. Podobała mu się ta sztuczka, nawet bardzo. Gdy tylko artefakt oddał do jego dłoni swe ciepło Sirion od razu poczuł się lepiej, a uczucie że czegoś mu brak znikło, tylko czy całkowicie, w końcu brak mu było prawie całego ekwipunku, dlatego teraz musiał chronić swój jedyny skarb - ognistą gwiazdę.
"Mój jedyny skarb, mój jedyny skarb" - mamrotał patrząc na trzymaną w dłoniach Yahasai. Siedział pod drzewem przeklinając świat za krzywdę jakiej doznał. Już nie uważał że miał szczęście bo uszedł z życiem, teraz uważał że został pokrzywdzony.
"Nikomu nie zaufam, od teraz pracuje sam, od teraz żyje sam i niech wszyscy wokół się od mnie odpierdolą" - składał sobie przysięgę.
Jednak nie mógł tak siedzieć i mamrotać pod nosem, musiał ruszać ten las nie był jego domem, musiał stąd odejść i to jak najszybciej.
Wstał założył plecak poprawił sztylet w pochwie, schował swą gwiazdę i ruszył do Lihtius, jeszcze było wiele do przejścia ale z każdym krokiem mniej, kiedyś w końcu dojdzie oby jak najszybciej.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Ognista Gwiazda, jak zwykle usłuchała swego pana i wiedziona telepatyczno-magicznym rozkazem zniknęła z obecnego miejsca pobytu i zmaterializowała się w dłoni bohatera.
Jak zwykle przyjemnie ciepły, jak gdyby minuty spędzone w ognisku zupełnie nie zmieniły jego temperatury. Jednak czy może zachować temperaturę coś co przechodzi w formę niematerialną, potem zaś do materialnej wraca ?
Takie pytania można było zadawać mędrcom z przeróżnych Akademii, nie było jednak sensu się nad nimi indywidualnie rozwodzić.
Zebrał się zatem Sirion do dalszej drogi. Kroki niosły go na północ, daleko na północ. Bohater miał całkiem dobre pojęcie o geografii, wiedział zatem, że do Puszczy pozostał mu już najwyżej jeden pełny dzień drogi. Co prawda dalej miał jeszcze ponad dzień wędrówki przez samą Puszczę.
Minęło trochę czasu. Dwie godziny, może pięć, dokładne określenie nie było takie proste. Szczególnie gdy zmęczenie zaczynało już mocno dopadać bohatera. Już od pewnego czasu rozglądał się za dogodnym miejscem do noclegu. Słońce przebijało swymi straszliwymi promieniami korony drzew, osłabiając widoczność i samopoczucie.
Ujrzał wnet Sirion drzewo. Jednak nie było to byle jakie drzewo, to posiadało bardzo gęstą i obszerną koronę, umieszczoną całkiem nisko jak na tutejsze drzewa. Nawet gałęzie umiejscowione były tak, jak gdyby drzewo same proponowało wspięcie się nań.
Drow miał już pewne doświadczenie z tego typu drzewami. Stanowiły świetne miejsce na bezpieczny wypoczynek. Były także dobrym miejscem obserwacyjnym, taką naturalną amboną.
Drow szedł przed siebie zamyślony i nawet nie zauważył kiedy słońce zaatakowało go swymi promieniami. Postanowił znaleźć miejsce wypoczynku, co nie było sprawą prostą zważywszy że musiał unikać drzewołazów. Jeszcze jakiś czas podróżował jednak teraz zwracając szczególną uwagę na drzewa, jaskinie i tym podobne potencjalne miejsca wypoczynku. Gdy wreszcie trafił na duże drzewo postanowił uwić sobie gniazdko na jednej z jego gałęzi. Wspiął się szybko i raczej dość wysoko, nie chciał położyć sie na pierwszych konarach choć pewnie byłby najwygodniejsze lecz raczej niezbyt bezpieczne. Poruszanie się po drzewie nie było dla niego wyzwaniem więc szybko znalazł dogodny konar na którym ułożył sie wygodnie i starał się zapaść w czujny sen.
Postanowił sobie nie myśleć dziś więcej o Martialu i jego żonie ani o pająkach i stracie jakiej doświadczył w Desadi.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Drzewo okazało się świetnie przystosowane do wypoczynku. Pajęczyna gałęzi pozwalała ułożyć się całkiem wygodnie nawet bez koca czy innych 'materiałów wypoczynkowych'.
Jedynie szczątkowe promienie docierały do bohatera poprzez gęstwinę liści, jednak nawet to bardzo przeszkadzało Sirionowi w zaśnięciu.
Zmęczenie jednakże w końcu wygrało, i bohater zapadł w głęboki, nie do końca jednak spokojny sen.
Obudziły go głosy. Głosy w jakimś melodyjnym języku dobiegające gdzieś z dołu. Promienie słońca nadal były widoczne, docierały jednak wyraźnie z innej strony. Ile spał ? Chba wystarczająco, tylko tyle mógł stwierdzić.
Trochę bolał go kark i kręgosłup, jednak biorąc pod uwagę rodzaj posłania, nie było to niczym dziwnym.
Nie to jednak niepokoiło drowa. Ktoś prowadził dialog u podnóża drzewa, i biorąc pod uwagę iż nie jest to Wspólna Mowa, nie byli to tym razem ludzie.
Zapadł w sen, przyjemny, głęboki dający energie sen. Czy mu się coś śniło, tego Sirion nie wiedział, dość że jak się obudził nic nie pamiętał. Kark i kręgosłup były sztywne i bolały, chciał je rozmasować lecz uświadomi sobie że po pierwsze słyszy głosy, a po drugie ich nie rozumie, stąd nie byli to ludzie ani drowy. Wniosek nasuwał się sam i wcale nie był przyjemny, te głosy oznaczały że na dole są jakieś elfy. Cholerne drzewołazy które raczej nie powitają go chlebem i solą. Postanowił nie wychylać się. Nastawił uszu starając się wychwycić coś z rozmowy, choćby to ile osób stało pod drzewem. Gdyby była jakaś możliwość to także chciał zerknąć w dół ale tak by samemu nie być widocznym. To było jednak ryzykowne a on nie miał ochoty podejmować ryzyka, nie teraz gdy był na terenie wroga. Czekał nasłuchując.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Oczywiście bohater nie był w stanie zrozumieć bodaj jednego słowa. Zdołał jednak ocenić, że rozmawiają ze sobą przynajmniej trzy osoby, z czego jedna jest kobietą.
Nie był w stanie jednak nic bohater dostrzec, bowiem by to uczynić, musiałby przemieścić się o kilka gałęzi niżej. To zaś mogło spowodować nieco niechcianego hałasu.
Przynajmniej teraz nie był jeszcze głodny i brzuch nie zdradzał jego pozycji.
Po chwili rozmowy ustały, zaś Sirion usłyszał inne niepokojące dźwięki. Napinanie się gałęzi, szelest liści i ocieranie się o korę. Ktoś najwyraźniej wspinał się na drzewo.
"Kobieta, hymmm, mniam" - pomyślał Sirion przypominając sobie elfkę i jego w burdelu w Desadi - "to było to i chętnie zabawił bym się jeszcze raz" - myślał leżąc na gałęziach i nie ruszając sie. Po chwili jednak usłyszał że ktoś zaczyna wspinać się po drzewie.
"A po cholerę tu włażą. Nie mają co robić, czy jak" - zaczął sie zastanawiać zapominając o chwilach zabawy z elfka i wracając do rzeczywistości.
Nie poruszył się jednak, czekał choć w jego ręku pojawiła się gwiazda. Nadal nasłuchiwał, nadal w pełnej gotowości czekał na rozwój wypadków. Nie chciał się zdradzić ani walczyć, raczej chciałby stąd odejść w spokoju i ciszy, lecz obawiał sie że nie będzie mu to dane. Trudno jeśli trzeba będzie walczyć to będzie walczył, na razie mógł sobie jeszcze pozwolić na chwile oczekiwania na działania nieznanych osób.
_________________ Walka nigdy się nie kończy,
śmierć jest początkiem walki o dusze.
Wyglądało na to, że to drzewo miało szerokie zastosowanie w okolicy. Zapewne służyła elfom leśnym jako punkt zwiadowczy oraz ambona. Cóż, Sirion musiał przyznać, że nadawało się do tego idealnie.
Pobliski szelest liści dał bohaterowi znać, że nieznajomy przedarł się już przez pierwszą warstwę korony. Czy miał zamiar wejść tak wysoko jak drow, to miało się za chwilę okazać.
Jeszcze kilkadziesiąt sekund czekał bohater z gwiazdą w dłoni i sercem gdzieś w okolicach gardła.
W końcu ujrzał go. Postać o jasnych, długich włosach, zatkniętych za długie szpiczaste uszy. Zielony płaszcz i blada skóra. Tak, to z cała pewnością był leśny elf.
Przedzierał się przez gałęzie, był jednak jeszcze kilka dobrych metrów poniżej bohatera i jak na razie wyglądało na to, iż go nie zauważył.
Sirion był obecnie prawie na samym szczycie drzewa, na najwyższych gałęziach, na których dało się jeszcze wygodnie ułożyć. Był w miejscu dość niewidocznym z dołu, szczególnie, że nie wyróżniał się specjalnie z panującego wśród listowia półmroku.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum