Nadszedł jednak sen,
a zmartwienia te zaniknęły w krainie nierealnych fantazji.
Tak, to właśnie sen był tym, co było potrzebne do zregenerowania swych sił i odnowienia psychicznych mocy. Stan zawieszenia między tym co się dzieje, a tym czego nie ma. Sen i cała jego rozkoszna potęga związana z odzyskiwaniem tego co się na pozór straciło. Każda żywa istota musiała zasypiać. Nawet niektóre nieżywe istoty musiały udawać się do krain nocnych bogów, aby zasięgnąwszy mocy u źródła, powrócić do świata materii. Sen...
- Śpisz. Twoje ciało wykazuje oznaki życia, chociaż nie ma go w tobie ni krzty. Śnisz, ponieważ twój umysł rozerwał się już dawno między tym co prawdziwe, a tym co prawdziwe nie jest. Rozsypał się po rozlicznych światach nie mogąc poskładać się chociaż raz w jednym.
Czerń i to uczucie lekkości, delikatny mrok otulający zmęczone ciało. Ta cisza, tak delikatnie pulsująca, przybierająca barwy. Wpierw ciemne, tak subtelnie ciemne, ostrzejszej czerni, aksamitnej czerni, lśniącej czerni, przyśpieszające... wirowały to z lewa to z prawa, to dźwięki i barwy zlały się w jedno, a następnie rozdzieliły, by rozpłynąć się w sobie nawzajem i powrócić do swych pierwotnych kształtów.
Cisza już ustąpiła, a na jej miejscu powstała dziwna pulsująca, modalna barwa dźwięku nie będące niczym co byłoby znane uszom Infernusa. Dźwięk stawał się coraz bardziej ostry, coraz bardziej wrzynał się w ciało, gwałcąc Bohatera przez uszy. Drżenie ciała stawało się coraz mocniejsze, przeszyło go całego i zmusiło do otworzenia oczu. Dźwięk lekko ucichł, rozpłynął się gdzieś w nieznanym świecie.
,,Czy ktoś do mnie mówi?" - w umyśle Bohatera ktoś położył pytanie, które po tym jak odzyskał on sprawność nad swym ciałem, dało o sobie znać.
,,Gdzie ja jestem?" - drugie pytanie dopiero co powstało. Bohater natychmiast po otworzeniu oczu ujrzał, że jest w jakiejś wielkiej jaskini, czy kawernie, miejscu ogromnym i przedziwnym. Przestrzeń w jakiej się znalazł była otoczona zewsząd litą skałą w kolorze czarno-błękitnym. Zimna w dotyku, wilgotna. U górze kilku metrowe stalaktyty, a u spodu kilku metrowe stalagmity. Kawerna miała wysokość nie mniejszą jak 200 łokci. Szeroka na kilkaset metrów, zwężająca się i rozszerzająca w nieregularny sposób. Gdzieś widać było załamanie, jakieś wyrwy, wgłębienia i wybrzuszenia z każdej strony. Jaskinia była długa na kilometr.
Panował tu wszędzie półmrok. Nie było ani ciemno, ani jasno. To było dziwne, ponieważ nigdzie nie było widać jakiegokolwiek źródła światła, a i tak kształty i kolory były rozpoznawalne, a co dziwniejsze na dość znaczną odległość. Skrytobójca leżał na kamiennej półce przylegającej do ściany jaskini. Była ona szeroka na dwa metry, a długa na cztery i wysiała jakieś 12 metrów nad poziomem jaskini. Słychać było jakiś dziwny wzrastający i cichnący wibrujący dźwięk. Co piętnaście sekund następowała kolejna sekwencja taka sama jak poprzednia i tylko co jakiś czas w monotonię tych dziwnych dźwięków wkradało się coś trzeciego. Żadnego źródła dźwięku nie było jednak widać, a na podstawie głośności nie można było ustalić kierunku z jakiego dochodzi.
- Bardzo kurwa pięknie! - orzekł jor. Jakoś wydało mu się to nagle wyjątkowo odpowiadające. Dopiero co w karczmie bawił się w bardzo grzecznego jora, we śnie mógł odreagować. W sumie całkiem fajnie, że zachował świadomość. Pozwalało to rozładowywać nagromadzone napięcie w sposób zaprawdę eksresyjny i rozbudowany.
Że coś było nie tak było to pewnie od pierwszych chwil dość nietypowego snu. W życiu jora nic nie bywało na tak. Albo zwiedzał pradawne miasta, albo wpadał na bandę skrytobójców, albo widział jak skrytobójcy kogoś mordują. Niejaką nowością, choć całkiem spodziewaną, był świadomy sen. Takie przyjemnie oderwanie się od skrytobójczej codzienności gdzie tylko w cholerę sztyletów i krwi. Tu było w cholerę tylko czerni i kamieni. Odmiana, niespecjalna, ale odmiana.
Wstał, splunął. Takim to postępowaniem zadeklarował początek następnej przygody. Jak bowiem nazwać coś co pojawia się chronicznie, nie ma inicjatora, a pozwala się wzbogacić? Infernus nigdy nie chciał myśleć o tym w tych kategoriach ale to siłą rzeczy musiała być przygoda.
Irytujące...
Jak na sen wszystko było trochę zbyt rzeczywiste, bo od kiedy to w śnie czuje się ból kręgosłupa spowodowanego od leżenia na zimnym i mokrym kamieniu? Infernus wstał, ale gdzieś w środku jeszcze leżał. W ustach czuł jakiś metaliczny posmak. Jak splunął to smak ten wciąż pozostał. Trudno było mu wnioskować skąd się on wziął, w każdym razie jak się kładł spać, to takiego nie czuł.
Powietrze tutaj było trochę stęchłe. Trudno było wziąć oddech, który napełniłby płuca radością. Miast tego ta obrzydliwa gazowa papka różnych świństwo od których wymieniania nazw mogłyby powstać wrzody na języku, musiała wystarczyć do tego, aby mięśnie uzbroić w odpowiednią dawkę tlenu.
Egzystencja na skalnej półce wydawała się całkiem atrakcyjnym pomysłem, nie licząc tego, że mało tu było atrakcji. Ot tam jakiś widok, całkiem urodziwy, jakieś cienie, muzyka w postaci wibrujących dźwięków. Można było tak sobie odpoczywać, ale ciężko w przyrodzie byłoby znaleźć istoty, które chciałby w taki sposób odpoczywać, no chyba tylko, że miałaby nieciekawą sytuację życiową, jakieś tortury, wędrówkę przez otchłań, czy kolację z teściową. Bohater jednak nie dotarł tu w celu uniknięcia powyższych, a przynajmniej nic o tym ściślej nie było wiadomo. Rozglądając się swoimi bystrymi oczyma dostrzegł, że mógłby spróbować zeskoczyć z tej półki i zjechać ślizgiem po stalagmicie w dół lub zejść po ściance. Zapewne istniały jeszcze jakieś sprytne sposoby wydostania się stąd, ale na razie na żadne inne nie wpadł.
Infernus klął.
Co prawda klął w myślach ale wystarczająco plugawie aby w pełni wynagrodzić milczenie w tej sprawie. Oto kurwa egzystencja pieprzonych bohaterów! Idziesz wygodnie spać w karczmie, a zaraz potem budzisz się na jebanej półce skalnej w zatęchłej jaskini. Co więcej, choć wydawało się to zupełnie nielogiczne, sytuacja cała zupełnie nie chciała zmieścić się w szerokich ramach snu. Chore...
Splunął raz jeszcze pewnym będąc, że poprzednim razem wykonał tę czynność niedokładnie. Aby splunięcie nie było tylko osamotnionym zdarzeniem dodatkowo jor podjął decyzję. Teraz już nic nie mogło pójść gorzej. Podjął pewne kroki, a więc coś już spieprzył.
Podszedł do granicy półki po czym spojrzał w dół, wydawało mu się to krokiem niezwykle elokwentnym, zwłaszcza, że kiedyś musiał z tej pieprzonej skały zejść. Następnymi krokami było wyliczenie przybliżonej odległości do ziemi, znalezienie punktów zaczepienie, przeszkód. Aby wszystkiemu stało się za dość po całej tej umysłowej drodze jor pomijając wszelkie zdobyte informacje dopadł ściany i na bieżąco wyszukując odpowiednich punktów zaczepienia zaczął schodzić na dół.
Kiedyś musiał, czemu więc nie teraz?
Krok do krawędzi, spojrzenie w dół...
"Tak to będzie z jakieś 12 metrów". Mógł sobie wtedy pomyśleć szczuropodobny Infernus. Stojąc tak nad wysokością mógł wyglądać dla postronnych obserwatorów jak potencjalny samobójca, który dotarł tu tylko, aby zakończyć swój żywot. Na ich niedoczekanie, ten zrezygnował ze skoku. Sam upadek z takiej wysokości zapewne nie zakończyłby się śmiercią, śmiercią od razu. Na podłożu były wystające małe, zdradliwe skałki, które chyba były dość ostre. Nabicie się na nie pewnie byłoby bolesne, ale minie jeszcze trochę czasu nim ktoś się o tym przekona na własnej skórze.
Infernus pomału schodził po ściance, jak sam to sobie zaplanował. Sposób dobry, lecz lekko nieśmiały i czasochłonny. Gdyby zeskoczył już byłby na poziomie najniższym, ale tak... mijały minuty ostrożnego schodzenia w dół. Proceder ten nie był oczywiście procederem bez końca, chyba, że jakiś podły figiel sprawiłby, iż Infernus straciłby kierunek i chodził po ścianie w koło. Gdyby wszystko to przeciągnęło się w czasie, mógłby on nawet umrzeć z głodu nie znajdując drogi na dół. No, ale zszedł i to dość spokojnie. Buty jego rozchlapały trochę stojącej tu wody. Mętnej, piaszczystej. Trudno było stwierdzić gdzie można iść. Chyba tylko przed siebie, ale to w sumie żadna droga. Wysoko w różnych miejscach ścian jaskini były wiszące półki, podobne do tej z której zszedł tu Bohater. Widać było także w różnych miejscach jakieś jamy, głównie na górze, gdyż tylko góra była dobrze widoczna. Tutaj na dole stalagmity zasłaniały widok. Było ich tu dość sporo, a dzięki swej wysokości można było uznać, że stanowią one razem coś na wzór skalnego lasu.
- Ja pierdole! - dodał zaraz jor do całej epickości pomieszczenia. Aby w jakiś sposób zagnieździć to słowo w trzewiach jaskini krzyknął mając nadzieję na potężne echo, które wyręczyłoby w kolejnych chwilach potrzeby miotania klątwami.
Miał tylko jedną drogę co zbawiało go od podłego zadania decydowania. Nie mógł niczego spieprzyć wchodząc w złą odnogę, a gdyby przypomniało mu się coś godnego uwagi w opuszczanej właśnie komnacie bez problemu mógł wrócić. Chwilowo...
Ruszył więc przed siebie szukając w tym wszystkim sensu. Aby jednak szukać w czymkolwiek trzeba sobie wszystko prędzej czy później jakoś sensownie poukładać. Układał więc jor myśli. Na całe szczęście robił to już raz - w karczmie i przy piwie toteż teraz do ułożenia pozostał mu mniejszy wycinek czasu. Niech żyje zapobiegliwość!
Tak, krzyk zaiste odbił się echem i powrócił do Bohatera trzykrotnie, w niezmienionej wersji. Dopiero czwarta wersja był trochę inna od poprzednich, bo brzmiała tak jakby wykrzyczała to osoba, która jeszcze nie przeszła mutacji głosu. Głos ten trochę zelektryzował Jora, ale nie przyprawił go o zawał serca, co to, to nie. Jeszcze nie...
Ruszył on przed siebie.
Droga w sumie bardziej wybierała go, niż on ją. Mógł poruszać się przez ciaśniejsze odstępy między stalagmitami lub przez przestrzenie większe. Co jakiś czas deptał jakiś kruchy kamyk, łamiąc go lub wbijając w podłoże. Jak się stawało na niektóre kamienie, to pięta aż bolała, tak były ostre. Ból ten jednak nie był na tyle intensywny, aby wyrządzić jakąś większą krzywdę, no chyba że, ktoś przewróciłby się na nie twarzą lub plecami. Upadek wtedy byłby dość nieprzyjemny i mógłby wywrzeć swego rodzaju skazę na psychice.
Wychodząc zza jakiejś iglicy Jor nagle się zatrzymał. Ujrzał wszak przed sobą pajęczynę i to bardzo dużą. Szeroką na 6 metrów, rozlepioną między pięcioma iglicami, była tuż przed nim jakieś 30 cm od twarzy. Gdyby zrobił krok na pewno by na nią wpadł. Nie było tutaj źródła światła, stąd trudno było stwierdzić, czy jest ona lepka, czy nie. W każdym razie nie wyglądała dobrze. Można ją było ominąć, a przynajmniej tak się mogło zdawać. Wystarczyło pójść łukiem. Ciekawe tylko, czy jest tu gdzieś tego gospodarz. Co to mogło być? Zmysły wampira nie podpowiadały.
Jor nie potrzebował wiele przemyśleń aby dojść do konkluzji, że skoro ma do czynienia z pajęczyną to jej właścicielem siłą rzeczy musi być pająk. To, że pająk mogący upleść sześciometrową pajęczynę musiał być przerażająco wielki jakoś nie chciało trafić do jora. Jego umysł wciąż z irytującą wręcz pewnością człowieka, któremu krok do śmierci upierał się przy opcji, że wszystko wokół jest tylko nad wyraz realistycznym snem. Było to opcją najbardziej logiczną toteż jor chwilowo uznał ją za prawdziwą i kurczowo się jej trzymał. To, że gdy wszystko runie w gruzach, a on spadnie to zapewne straci wszystko wraz z życiem odsunął w liście rzeczy do przemyślenia na miejsce dość dalekie.
Pajęczyny miały to do siebie, że okazywały się lepkie gdy już się w nie wejdzie. Jor akurat niespecjalnie miał ochotę to sprawdzać. Czy to całym ciałem czy tylko palcem. Dobrze wiedział, a przynajmniej wydawało mu się to logiczne, że drgania rozprowadzone po pajęczynie zwabią niezbyt mile nastawionego pająka. A tego nie chciał nikt...
Z wyjątkiem pająka.
Nadrobił. Jakie miał wyjście? Zostać pożartym albo mijać pajęczynę? Ta drugie opcja byłą jakaś... bardziej optymistyczna? Przedziwne, ale tak... Taką właśnie była.
A skoro taka była, to też została wybrana i Bohater poszedł dalej, ostrożnie szerokim łukiem omijając tą, lepką albo i nie, konstrukcję. Stracił na tym tylko kilka minut, więc się specjalnie nie zmartwił tym, wszak ponoć w snach czas płynie trochę inaczej. Niektórzy twierdzą, że wolniej, niektórzy, że szybciej. Niestety cholernie mało rzeczy wskazywało na to, że to jest sen. No, ale trzeba było się trzymać jakiejś wersji, a ta zdawała się być najbardziej, jak to sam w duch stwierdził Bohater: ,,Najbardziej optymistyczna".
Po kilku przedłużających się chwilach Infernus znalazł na swej srodze dość szeroką wyrwę, szczelinę głęboką tak bardzo, że nie chciało się to zmieścić w jego głowie. Dna nie było widać, a to dziwne, bo ostatnio widział na dość dalekie odległości. Szczelina była szeroka na dwa metry i długa na metrów kilkadziesiąt. Spływało coś do niej, coś co lekko mknęło po poziomie jaskini, niczym mały strumyk. Akurat złożyło się tak, że trzeba było po tym iść, aby móc się dalej przemieszczać. Nie było więc rady, Bohater szedł.
Kiedy już Bohater był na tyle blisko, aby rozpoznać substancję stwierdził, całkiem świadomie, że jest to nic innego jak krew. Trochę rozcieńczona, ale krew. Jeszcze Jor nie był znawcą krwi, ale nie wydawało mu się, aby była to krew ludzka. Było jej tu dość sporo, a gdzieś musiała mieć swoje źródło.
I znów przyszło jorowi decydować.
Nie cieszyło go to specjalnie, w tej kwestii był osobą dość konformistyczną. Po co podejmować decyzję, jeśli może to zrobić ktoś o wiele bardziej kompetentny? Bo, szczerze mówiąc, co mógł wiedzieć jor, a od kilkudziesięciu dni wampir o krwawych strumykach? Z obserwacji wywnioskował, że zdarza im się płynąć. Kwestia dość ciekawa. W dodatku jeśli płyną – a były to już domysły – to gdzieś muszą brać początek. Tu imaginacja zaczęła szwankować podsuwając na myśl takie to krwawe zdroje. Zaczął od rzeczy względnie normalnych – jak kamień tryskający miast wodą krwią. Żył w końcu w świecie magii gdzie to ogólnie uznane cuda były dla fachowców błahostką. Skończył niestety na wizjach olbrzyma z przebitym i krwawiącym bokiem. Musiał więc przerwać te rozmyślania, które niebezpiecznie sprowadzały go na umysłowe manowce. Aby jednak nie zatracić wątku zaczął sam ze sobą omawiać niezwykłość zjawiska krwawego zdroju.
W gruncie rzeczy bowiem, nie co dzień napotyka się takie oto naturalne anomalie. Może i dalsza droga w tym samym kierunku kusiła niejaką stagnacją i normalnością, lecz strumyk był rzeczą… ciekawą, niezwykłą? Bezapelacyjnie przyciągającą uwagę. Wiele było podpowiedzi, i umysłu i zdrowego rozsądku, nawet jorskiej ciekawości. Wybór padł na drogę wzdłuż strumienia. Ubrudzi zapewne buty, narazi się na skręcenie kostki, ale na jakiś pokrętny sposób zaspokoi się. Opcjonalnie swoją ciekawość.
Choć to w gruncie rzeczy na jedno wychodzi.
Droga przez strumyk płynącej posoki nie należy do codziennych atrakcji, stąd jak widać mogło to być dla Bohatera jakieś nowe doświadczenie. Może to wszystko były tylko symbole, czegoś, co może się stać, albo już się stało. Infernus szedł przed siebie, co jakiś czas widząc, że strumyk się rozgałęzia. Sęk w tym, że nie zlewał się on, ale rozlewał na drobniejsze odnóża, które swój początek mają w jednym. Po ominięciu każdej odnogi nurt zdawał się być trochę mocniejszy, a ominął Skrytobójca ich dopiero kilka. Szedł dalej przed siebie wciąż słysząc ten wibrujący głos, jakby nabierał lekko na sile. Był on chyba na tyle mocny, że czuć było w podłożu jakie powoduje drgania. Dziwne, że nie zawaliły one jeszcze stropu na jego głowę. Widać minerały z jakich była stworzona ta jaskinia były jednymi z tych silnie się przyciągających i mocnych.
Dźwięk nasilał się, stawał się momentami nieznośny, a innymi całkiem niegroźny dla uszu. Sekwencja wciąż była ta sama, wciąż trwała 15 sekund, a przynajmniej coś koło tego. Bohater szedł dalej, szedł przed siebie, gdy nagle stanął przy otworze i niemal padł z wrażenia. W otworze, który rozpoczynał się u jego stóp było wrośnięte serce albo co przypominało serce. Czerwono-purpurowe, szerokie na 10 metrów, unosiło się do góry i w dół w sekwencjach 15 sekundowych. Powoli się unosiło powodując nasilanie się wibrującego dźwięku i cichło, gdy opadało. Było wielkie, niezwykłe. Unosząc się wystawało lekko ponad poziom otworu i wypychało ku górze trochę krwi, która rozpływała się na wszystkie boki. W strumyków tworzyło się w taki sposób 6, może 7, a w jednym z nich stał teraz Infernus.
- Ono jest piękne, prawda? - Czyjś głos przerwał kontemplację Bohatera nad sercem. Infernus rozejrzał się, lecz nikogo nie zauważył. Spojrzał jeszcze raz na serce, a następnie na otwór po drugiej stronie. Był tam jakiś Jor. Szara sierść, szkliste oczka z iskrą rozumu, bryczesy, buty, pasek płaszcz. Wyglądał on dość znajomo, chociaż Bohater nie wiedział, a raczej nie miał pewności, czy wydział kiedykolwiek tą postać.
Cóż… serce.
Naprawdę niewiele więcej zdołał wymyślić jor. Nic poza tym i bezmyślnym patrzeniem na ogromne serce nie przychodziło mu do głowy. A przynajmniej nic inteligentniejszego.
Jego przeświadczenie jakoby wszystko wokół było wyjątkowo nietypowym sercem wzrosło upewniając go tylko, że jeśli istnieją w prawdziwym świecie takie rzeczy to jest on zaprawdę do cna popierdolony.
- Tak… kurewsko piękne olbrzymie serce! Masz coś jeszcze do dodania? Muszę iść jeszcze obejrzeć ogromną nerkę i malutką wątrobę. - orzekł po chwili przypatrywania się to jorowi to monstrualnemu sercu. Jakoś samo przyszło mu do głowy, że oto ma halucynacje, a to co stoi przed nim to naprawdę projekcja jego ja czy drugiej, tej bardziej chorej osobowości.
Zawsze był pewien, że posiada tylko jedną, ale to zazwyczaj tak bywa. Brniemy w takie, dajmy na to, szaleństwo, a gdy to już się rozbestwia się budzimy się z ręką w przysłowiowym nocniku.
Szaleństwo jest mechanizmem dość złożonym, a zbudowanym tak, żeby widzieli je wszyscy prócz samego zainteresowanego. Irytujące.
- Kurwa twoja pierdolona mać, jakiś pokraczny jegomość przybieżył tutaj myśląc, że jest nie wiadomo kurwa jak wspaniały i organizuje sobie wycieczki gastro graficzne. Może jeszcze mózgu i żołądku szukasz? Chędożony podróżnik. - Dość głośno wypowiedziała swe myśli widziana przez Bohatera postać. Coś tam pomruczała sobie pod nosem i zamilkła w ogóle. Serce jak biło, tak biło dalej wydając przy tym te dość niemiłe dla ucha dźwięki.
- Macie? - zapytał jor udając ciekawość z całą siłą starając się jednocześnie nie splunąć. Co jak co ale akurat monstrualnemu sercu należy się choć niewielka doza szacunku wykluczająca pisaniu nań wyznań miłosnych i spluwaniu. – Chętnie obejrzę. - dodał już głosem nad wyraz oschłym – Można dotykać? - dopowiedział zaraz rozglądając się wokół bez większego celu. Owszem, serce było fascynujące ale już kilkanaście sekund wpatrywania się wyjaśniało wszystko co też chwilowo zaspokajało ciekawość Infernusa.
Czuł się nieco głupio. Był jorem, a więc przedstawicielem rasy, która winna być co najmniej dwa razy bardziej ciekawską od ludzi. On tymczasem właśnie zignorował ogromne bijące serce na rzecz przekomarzania się z halucynacjami. W gruncie rzeczy to było dość ciekawe. Tak jakby jednocześnie w dyskusji postawić tezę i antytezę. Takie rozdwojenia mają pewne zalety…
- Czy mamy? Mamy kurwa jednego sierściucha, co przypomina przerośniętą myszkę hajduka. Chodzi sobie w poszukiwaniu chuj wie czego i znajduje chuj wie co, a na dodatek sam pewnie nie ma chuja. Ot co mamy. Jeżeli chcesz go sobie dotykać to śmiało, ale pamiętaj, że zły dotyk boli przez całe życie. Kurwa, biedne to, bo niemal bez życia. - Postać pokręciła głową, po tym jak ostatnie z jej jadowitych słów uderzyło w Jora, niczym pocisk z katapulty uderza w przelatującego w złym miejscu ptaka typu gołąb. Im dłużej Infernus patrzył na ową postać, tym bardziej wydawała ona mu się realna, chociaż po chwili w umyśle jego figurowała jako urojenie i tak na zmianę. Było to trochę dziwne, a na pewno niezbyt zdrowe dla stanu psychicznego. Można tym jednak było karmić swą ciekawość, pytanie tylko, czy pokarm ten był odpowiednio strawny.
- Moja droga szaleńcza projekcjo, kurwa Twoja mać - orzekł po czym dał sobie chwilę na namysł. Ostatnio wyszedł z wprawy, próbował być godny nazwy wampira, starał się nie kląć, być wytwornym czy coś w tym rodzaju. Wyszedł z wprawy, a musiał począć kląć. Trudne… - Fakt, że ja nie mam kutasa umniejsza również i Tobie, bowiem jako moje alterego posiadasz i moje wady. Jeśli przeszkadza Ci kurwa fakt, że nie podniecają mnie hektolitry pieprzonej krwi to możesz stąd iść poszukać sobie własnego kurewskiego, ogromnego serca. Myślę, że schizofreniczne zwidy niespecjalnie są przywiązane do swojego autora. - przerwał, rzeczywiście wyszedł z wprawy. Nie było dobrze. – Możesz również się uspokoić i przestać zgrywać chojraka większego niż jesteś. Możesz wytłumaczyć mi czemu do jasnej cholery powinno mnie podniecać ogromne serce. Rozumiem, jestem wampirem, ale nie przesadzajmy, nigdy nie marzyłem o takiej sytuacji! Może gdyby to pompowało pieniądze albo wódkę byłbym pod wrażeniem ale akurat krew chcę spożywać jedynie w ilościach wymaganych do przeżycia. - rozmawiał z halucynacją. To się dopiero nazywa desperacja! Infernus aż do bólu czuł się szaleńcem, gdyby istniała stosowna gildia, zapisałby się zapewne zaraz po przebudzeniu.
- Ta... przyszedł sobie i już się zaczyna rządzić. Jak nie masz kurwa kogo sobie obrażać i wyzywać od projekcji, to odwróć się chociażby brzydalu. Ciołek, jego kurwa matołek będzie mnie obrażał i nazywał mnie swoim alter ego. Nie jest w niczym z tobą związany, ty jebnięty pod ogonem zasyfiały, zdechlaku, który żywisz się szczochowatą krwią. Jeszcze rości sobie pretensje do tego serca. To jest moje serce, a nie Twoje, zajekurwiona szujo ty przebrzydła. - Postać przestała na chwilę mówić, a w chwili tej Infernus wypowiedział drugą część swego tekstu, owego dialogu, który prowadził z postacią po drugiej stronie serca. - Nie wiesz dlaczego tu jesteś? Kurwa.. ha ha ha! Zajebiście zabawne, kurewsko zajebiście zabawne. - Postać ze zrezygnowaniem pokręciła głową. - Zacznijmy od tego, że to serce nie jest twoim sercem. Kiedyś mogło pompować spirytusy, złote monetki, ale kurwa zostało tak stworzone, że pompuje krew... i na dodatek krwawi trochę z tego powodu. Może gnije i stąd ten problem. Tak, kurwa zgniłe serce. Niebywale wspaniałe. Ja pierdole, kurwa, toć to przechodzi ludzkie pojęcie, a co dopiero pojęcie takiego jora. Toż to nigdy pojętne nie było, a na dodatek pojemność pojętności także ma swoje granice. Gdybyś tylko kurwa zrozumiał to co się dzieje, ty moja pieprzona, ubliżająca mi halucynacjo. Zniknąłbyś i chuj... po kłopocie. - Jor kolejny raz pokręcił głową i poszedł lekko na prawo, po okręgu otworu, zbliżając się tym do Infernusa. Stanął jednak gdzieś na godzinie trzeciej.
- Zajebiście... Halucynacja uznała mnie swoją halucynacją. - warknął pod nosem choć niespecjalnie wymagał ukrycia swoich słów. Takie były normy, jeśli chciało się wyrazić głęboką dezaprobatę robiło się to pod nosem. Zapewne wyrosło z chęci unikania nieusłyszenia treści przez rozmówce czy osoby pośrednie lecz teraz nie miało to specjalnego znaczenia. – Próbujesz wmówić mi, że to kurewsko wielkie serce jest jakąś popierdoloną alegorią? - przerwał, sam zastanawiał się skąd u niego taki zasób słów. To najwyraźniej również w jakiś sposób wynika z szaleństwa. Szalenie ciekawe mechanizmy. – Zajebiście wspaniała metafora! Ogromne, gnijące serce. Sam to wymyśliłeś!? - krzyczał, znowu krzyczał. Uczucie uwięzienia we własnym śnie nie poprawiało szczególnie nastroju. Jeśli miał być szczerzy, nastrój mu się właśnie ładnie mówiąc psuł. Uznał, że chwilowo zaatakował swego rozmówcy wystarczając by nadszedł czas czekać odpowiedzi.
Czekał więc.
- Ja pierdole, chyba ta wypijana krew wyjebała ci na drugą stronę ciała mózg i przez przypadek wysrałeś go z wczorajszym obiadem. No ja pierdole, jak można być kurwa takim typem? To serce jest... sercem. Kurwa sercem i tyle. Nie zamartwiaj swego umysłu jakimiś górnolotnymi bredniami, czy chuj wie czym. Serce, to serce. Es, e, er, ce, e. Serce kurwa. A to, że jest zgniłe i krwawi, to pierdolona chyba twoja zasługa. Jebnęło mi się w głowie przez twoje chore niedorzeczności. Jak los musiał mnie pokazać taką chorobą psychiczną. Nie dość, że bęcwał się wymądrza, to jeszcze gówno z tego wynika i gównem śmierci. Kurwa... wiem. Przecież, to przez ciebie to serce zgniło, przez ciebie tutaj się znalazłem i to ty jesteś, kurwa, winny temu, że tutaj wciąż jestem. Nie no, śmiech na sali. - Jor zaczynał ruszać rękoma z coraz większym bezładem i szybkością, a jego słowa zdawały się być rzucane przez język w jakiś taśmowy sposób, tak jakby na kołowrotku obracać nici z napisami, a każdy napis to jedno słowo. Nie trzeba mówić, że kołowrotek zakręcony odpowiednio mocno sprawia, że nici poruszają się dość szybko. Tutaj było podobnie. Brakowało tylko igły, która byłaby w stanie przebić się przez materiał ku któremu zmierzają te nici.
- A Ty jesteś debilem... - skwitował jor całą odpowiedź. Niespecjalnie przejął się faktem przymusu dobrania do odpowiedzi stosownego tonu. Znał podstawę, a więc treść, a jeśli miał podstawę to reszcie mógł pozwolić na niejaką losowość.
Potem kilka kroków. W prawo, bo w prawo musiał iść aby dojść do swej niejakiej projekcji.
Jakkolwiek realną by nie była...
- Jesteś teoretycznie jedynie kurewsko irytującą projekcją mojego przemęczonego umysłu. Powinienem skupiwszy się odpowiednio mocno posłać Cię w cholerę. Ty jednak, jak już wspomniałem, jesteś projekcją kurewsko irytującą. Rozumiesz, zaczepki, oskarżenia. - przerwał by rzucić okiem na zapewne wciąż bijące serce - Co więcej nie chcesz iść w cholerę. - odetchnął, wyłamał palce. - Naprawdę nie wiem co można by zrobić z takim ścierwem jakim Ty jesteś. Miałbym ogromną ochotę Cię zabić, ale zapewniasz mi rozrywkę. Rozrywkę muszę powiedzieć całkowicie godziwą. Jesteś wyjątkowo pociesznym zwyrodnialcem podniecającym się zgniłymi sercami. Może mi to wytłumaczysz, a potem ukatrupię Cię umożliwiając sobie chwilę kontemplacji w ciszy. Co skurwysynu? Chciałbyś kurwa popływać sobie w krwi obok pięknego serca? - znów wyłamał palce, zapewne bez efektu. Nie był specjalnie pewien swoich słów, przyjął taktykę drugiego z obecnych tu jorów, pieprzył. Od rzeczy i bardzo szybko. Coś w tym musiało być.
- Odwróć się. - wet za wet. Infernus wtedy zaczął się zbliżać do swojego rozmówcy, a ten z dziwnym spojrzeniem go obserwował.
- No tak, chcesz mnie kurwa zabić, ty zawszony patafianie. To do ciebie podobne nawet. Zabijać, zabijać i kurwa tylko zabijać. Nie dziwi mnie to, że tutaj jesteś, nic mnie kurwa nie dziwi. - Rozmówca Jora wyciągnął sztylet. Był on dziwnie znajomy. Infernus przypomniał sobie, że tym sztyletem posługiwał się przez jakiś czas, jeszcze nim trafił na szkolenie do gildii Czerwonych Kruków. To był jego sztylet, a teraz... ta postać była na prawdę do niego podobna. Strój znajomy, uzbrojenie, wyposażenie. Tak jak wtedy, gdy Infernus był jeszcze tylko złodziejem i dopiero planował zdobycie wykształcenia skrytobójcy.
- Giń maszkaro! - Postać rzuciła się na Infernusa wykonując dość długi i zwinny skok. Szybko dopadła Bohatera, który nie spodziewał się tak szybkiego ataku. W reakcji na działanie chwycił oponenta i tak niefortunnie obaj przechylili swe ciała, że wpadli obaj do otworu, gdzie było serce. Akurat wtedy było ono skurczone. Upadli na nie, miękkie, elastyczne. Przeciwnik stracił z dłoni swój sztylet, a ten wbił się w mięsień serca. Bohater poczuł niewyobrażalny ból w swej piersi, nie był w stanie wypowiedzieć nawet słowa, wydać z siebie nutki krzyku. Jego rywal nie był w lepszej sytuacji. Jego twarz wygięła się w nienaturalny sposób, jakby przepełniona bólem. Serce zatrzymało się, a w miejscu, gdzie był wbity sztylet zbierała się czerwona plama, która następnie lekko się wybrzuszyła przypominając bąbel.
- I od kogo tu kurwa gnije serce! - warknął jor przetaczając się w stronę przeciwnika i starając się jednocześnie wybaczyć sobie i stwórcy fakt zupełnego nieprzystosowania do uderzania głową. Owszem, mógł gryźć, drapać aż do kości, ale ten niewielki mankament zabierał jego istocie niebywałe ilości skurwysyńskiego charakteru działań wszelkich. Dajmy na to teraz - walczył z byłym sobą. Z tym nieco bardziej jorowym sobą. I co mógł zrobić? Splunąć mu w twarz, przeklął albo zdzielić go pięścią po twarzy. Aż żal pożerał jora gdy orientował się w swych okrojonych kompetencjach
Przeturlał się więc i starając się zyskać na sile dzięki rozpędowi wystosował cios. Konkluzja, że spadł oto na własne serce, a reszta jaskini to jego zdewastowany organizm nasunęła się w pewien sposób sama. Dlatego głównie nie wyjął sztyletu. Po doświadczeniach autopsji nie miał ochoty znów ranić samego siebie. Zwłaszcza ranić aż tak dotkliwie.
Był pewien, że zaraz nastąpi rozkurcz co przy okazji nieco utrudni im walkę. W sumie to może być dość ciekawe przeżycie, walka w krwi. Musiał przyznać, że tak naprawdę takich rzeczy nie robił jeszcze nigdy. Owszem, zdarzały się sytuacje gdy ktoś coś takiego orzekł, ale miało to znaczenie raczej metaforyczne. Raz nawet w sumie był we krwi... I nie alegorycznie.
Po głębszym przemyśleniu doszedł więc do wniosku kąpiel w krwi nie była niczym nowym. To fakt, że tym razem krew będzie wyłącznie własna nadawał sytuacji znamiona nowości.
Serce ranione od sztyletu krwawiło, a Infernus czuł jakby to jego serce zostało ranne. Nie był w stanie wykonać żadnego ruchu, czuł wielki ból, który niemal sprowadzał go do poziomu piekieł. Próbował się przeturlać, ale ból był zbyt silny.
Ciało sparaliżowane, niezdolne do wydania z siebie nawet krzyku, kurczyło się bezwładnie, a nerwy zdawały palić od środka. Taka gama cierpień fizycznych była trudna do pojęcia przez umyśl, ale ten jednak musiał to wszystko na siebie przyjmować. Każda jednak kolejna dawka sprawiała, że był on coraz bardziej przeciążony, a kolejna szczypta gehenny mogła być tą ostatnią w ogóle.
Sztylet wyleciał do góry, uniesiony ciśnieniem krwi, która eksplodowała z serca. Czerwona na wpół zgniła struga ciepłej niuchy, która wzbiła się do góry, by opaść na twarz i ciało. Bohater poczuł, że spada. Leciał w dół, zakryty mnóstwem krwi. Mógł w niej niemal płynąć, czuł, że się w niej topi. A po chwili uderzenie. Ciało Bohatera odbiło się od czegoś, a ten poczuł jak turla się po czymś twardym, będąc jednocześnie lekko zmywanym przez nektar jego życia. Potok krwi zdawał się gdzieś znosić go, ale Jor nie wiedział gdzie, ponieważ jego oczy były zamknięte. Nurt zmalał, a serce przestało boleć w ogóle. Nawet Bohater nie zauważył tego, że jest już pozbawiony tych dolegliwości. Wstał i przetarł oczy. Był gdzieś na wielkiej platformie zawieszonej w ciemności. Platforma była szeroka na wieleset metrów i niemal w całości zroszona krwią. Kilka kroków od Jora leżała ciało jego oponenta, który się na niego rzucił kilka chwil temu. Było takie bezwładne, ledwo co mu usta drgały.
- Ty możesz żyć bez serca... ja nie. - Głos nie należał już do niego, był mocniejszy, mniej piskliwy. Platforma zaczęła się przekręcać w lewą stronę, patrząc z perspektywy śmiałka. Ciało martwego jora zaczęło turlać się w tamtym kierunku, a krew zaczęła spływać. Infernus poczuł się taki słaby, poczuł jak w klatce piersiowej rozlewa się jakaś fala bólu. Zrobiło się ciemno...
Szum.
- Budzisz się ze snu. Twoje ciało wciąż wykazuje oznaki życia i zawżdy będzie to czynić, chociaż życie to jedynie namiastka tego co prawdziwe. Śnisz w bezsenności, bo taki jest twój los.
Twarde buty stąpają po gładkiej, kamiennej powierzchni. Głos rozchodzi się echem, lekko wibruje.
Szum.
Infernus obudził się, chociaż nie był tego do końca pewny. Leżał na jakichś schodach piramidy, Była noc. Dookoła był bezkres czerni, tylko w górze świeciło słońce. Piramida miał kilka stopni, była dość znajoma, chociaż nie powinna. Infernus spojrzał w górę, trzy stopnie wyżej, na samym szczycie, stała jakaś postać o dziwnej, skromnej posturze.
- Pierdolona retrospekcja. - popisał się niebywałą erudycją jor. Zaprawdę od jakiegoś czas zadziwiał go jego własny słownik. Nie chodziło o to, że poszerzył się, to było do przewidzenia. Po prostu potrafił wyrażać kilka rzeczy na raz. Na przykład tutaj zarazem popisywał się jak i wykazywał niebywałą irytację faktem kolejnej wizji siebie samego. Wypadało by to jakoś skwalifikować. Poprzedni mógłby być "Infernusem od Serca". Czy po prostu "Porywczym Debilem Co Nie Potrafi Kląć". Wygrała pierwsza nazwa z racji na swoją długość i łatwość w zapamiętaniu. Ten... "Infernus od Piramidy"? Póki co na to wychodziło. Do głębszych konkluzji potrzebował krótkiego tete-a-tete z szanownym jorem.
Kurwa jaki ja jestem inteligentny!
- A Ty kim jesteś? Duchem zeszłych świąt? - orzekł sceptycznie jor starając się jednocześnie unikać jakiegokolwiek uznawanego za rozpoznawalny jako wyraz emocji tonu głosu. Starał się.
Wzrokiem szukał nerki, wątroby, żołądka czy mózgu. Czegoś co na tym etapie znów miało zalać go falą bólu i odesłać do kolejnego narządu. Szybko poczynił obliczenia. Jeśli miał w ten sposób zwiedzić okolicę każdego narządu to etapów będzie... w cholerę. Nie podobało mu się to.
Wskoczył o jeden schodek wyżej. Ot tak dla sprawdzenia reakcji kolejnego siebie.
- Jestem badaczem, osobom, która interesuje się tym co widzi i zagląda w głąb. Obecnie pracuję nad tobą, ale moje badania właśnie się kończą dziecię nocy. - Postać mówiła spokojnym głosem, a w barwie głosu i akcencie czuć było ludzki język. Postać była odziana w czarny, wiszący płaszcz z zaciągniętym na głowę kapturem. Prosty krój, lekko postrzępiony u spodu. W prawej dłoni drąg, zwykły kostur do podpórki, chociaż nigdy nie wiadomo z tym do końca. Bywa w przyrodzie, że najmniej niebezpieczne narzędzia są tymi najniebezpieczniejszymi. Taki kostur może nie jest tak dobry we władaniu jak miecz, czy tak skuteczny jak łuk, albo mocny jak topór. Dziwne więc jest jednak, że największe bydlaki tego świata padają zabici przez osoby, które w ręku trzymają kostur. Jest to zapewne związane z tym, że osoby te są zwykle magami, czy innego rodzaju postaciami władającymi magią. Osoby te z powodu magicznych wyładowań zwykle cierpią na liczne psychozy i miewają stany depresyjne. Nic więc dziwnego, że z politowania dla nich najgorsze kanalie wolę umrzeć i mieć spokój, niż musieć się z nimi zadawać i walczyć. Taki kostur, ale tyle żałości powoduje. Infernusowi mogło się zrobić nawet przykro, ale wolał wypatrywać czegoś, co powinno znajdować się w środku, a nie na zewnątrz. Wietrzenie narządów wewnętrznych nie było jednak zbyt popularne, no chyba, że na krótką metę. Tutaj trudno było tego uraczyć.
Postać oświetlona promieniami odbijanymi przez księżyc i blaskiem rzucanym przez gwiazdy, uczyniła dwa kroki i zbliżyła się do krawędzi stopnia, na którym stała. Najwyższego stopnia. W tym czasie Jor był już na stopniu wyżej i odległość między nim, a rozmówcą dość znacząco zmalała.
- Mam coś co należy do ciebie. Mogę ci to oddać, ale nie za darmo. - Rzekła powoli. Głos trochę zmęczony życiem, stary, trochę senny, spokojny.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum