TaL Strona Główna TaL
Tales and Legends

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
Talkulator  Talkomiks  Facebook
Tales and Legends PolecaPolecamy  Toplisty Tales and LegendsToplisty 

Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Poprzedni temat :: Następny temat
Zamknięty przez: Reggirt
2012-07-02, 22:14
Oblicza czasu
Autor Wiadomość
Reggirt 
Techniczny Mistrz Gry
Dupotruj Talowy 2.0



Wiek: 37
Dołączył: 21 Mar 2007
Posty: 1351
Wysłany: 2010-03-23, 15:52   Oblicza czasu

Gdyby ktoś chciał spisać wszystkie opowieści krążące po Sorii, musiałby uzbroić się w bibliotekę niezapisanych arkuszy, kilka beczek atramentu i z wiek wolnego czasu. Liczba tych historii zmienia się równie gładko co pory roku. To poeci stworzą nowe baśnie, to wędrowcy podzielą się historiami z własnych podróży. Następnie wiele historii zostaje zapomnianych, czy też połączone w jedno. Zdarza się też tak, że nim ktoś podzieli się swoją opowieścią śmierć zabierze go do siebie. Wśród tych wszystkich legend i wspomnień była jedna, która pasuje do wstępu tej historii jak żadna inna. I to nie przez fakt, że występują w niej podobni bohaterowie, a cała historia zgrabnie zamyka się w całość, zostawiając słuchacza z morałem. Nie. Do wstępu pasuje jedynie krótkie pytanie, które pewna wiedźma, zadała pewnemu śmiałkowi.

„Co może zmienić naturę człowieka?”


I o ile odpowiedzi śmiałka różniły się w zależności, od tego kto i kiedy opowiadał ową historię. Wśród nich pojawił się 'czas', który zmienia się jeszcze szybciej niż wszystkie tworzone historie. Tak jak wiele jest historii, tak wiele jest oblicz ma czas.


Oblicza czasu
Kroniki Cohena oraz Ronana


Naturę człowieka może zmienić jeden moment. Może też ją zmienić całe pięć lat.

Surowe pięć lat w murach Zakonu Strażników na północ od Broln. Miasto Magów w którym paladyn Cohen zostawił kilkanaście wspomnień i jedną jedyna kobietę. Ale to było pięć lat temu. Jeszcze przed incydentem w Granicy który radykalnie zmienił postawę młodego wyznawcy Aesira, co do otaczającego go świata. Zmienił ją na tyle, by z Świętego Cohena od Berła został jedynie dziewiętnastoletni młodzian obdarty ze swojej chęci życia. Teraz nie miał nic wspólnego z Miastem Magów. Jego domem i świateł stał się mu najbliższy jego sercu Zakon.

Pierwszy rok był najgorszy. Co noc, mimo tysięcy modlitw, w jego snach wciąż pojawiała się kobieta o kruczoczarnych włosach , wpatrująca się na wylot przez jego duszę. Wciąż powtarzała: "Ty nie jesteś człowiekiem", mimo że jej ostatnie słowa były nieco inne.

Drugi rok pozwolił Cohenowi już, na powolne odbudowywanie kontaktów z ludźmi. Zaczął rozmawiać z braćmi zakonnymi. Dopiero wtedy powiedział Sir Gudenhowi o swojej klęsce. Był to chyba przełom w jego pokucie, gdyż od tamtego dnia, wszystko powoli zaczynało wracać do normy.

Podczas trzeciego roku Cohen zaczął intensywny trening, zarówno umysłowy, jak i fizyczny. Ilość wyprowadzanych długim mieczem manewrów równała się z każdą przeczytaną kartką zakonnych pism.

Czwarty rok był najbardziej mistycznym, że wszystkich. Kilka największych klasztorów ogłosiły, że Aesir Sprawiedliwy zaczął ponownie udzielać im swoich łask. Bóg prawych powrócił i potrzebował kolejnych modlitw od swoich wyznawców. Wielu braci opuściło wtedy Zakon Strażników, by udać się do głównych klasztorów, czy też do miast głosić chwałę Aesira. Opróżniło to mury na tyle, by Cohen z powrotem mógł oddać się swoim zajęciom.

Podczas piątego roku do uszu Cohena dochodziło wiele nowin ze świata. Zasięg władzy Imperium rozrósł się znacznie, mając już w swoich granicach zarówno bagna jaszczuroludzi i jorów, nieco elfickich lasów jak i zachodnią pustynię. Z drugiej strony Gór Środka Świata zaczęły nacierać wiadomości od innych państw, które do tej pory znane były tylko nielicznym. Srebrnym Elfom na dobre udało się powstrzymać najazd orków.

Mimo tylu informacji, Cohen ani razu nie opuścił murów Zakonu. Wciąż nie czuł się gotowy na spotkanie z życiem, które te kilka lat temu wyciągnęło z niego dużo za dużo. Jego czyny mogły by uzupełnić życiorys czterdziestolatka, mimo tego, że Cohen za miesiąc skończy dwadzieścia cztery lata.

Dzisiejszy dzień minął, tak jak ostatnie. Pobudka, modlitwa, śniadanie, nauki, modlitwa, trening, modlitwa i biblioteka. Zakończył przed momentem czytać ostatni rozdział „Szlacheckich praw Imperium przed 1300 rokiem”. Teraz pozostało mu jedynie udać się na kolację, by następnie po wieczornych modlitwach położyć się czekając na jutrzejszy świt.
_________________
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-03-23, 16:38   

Pięć lat. Pięć lat niewysłuchanych modlitw. Pięć lat budzenia się z krzykiem w środku nocy. Pięć lat codziennego, powolnego umierania. Pięć lat nauk, bez perspektywy na to, iż kiedykolwiek zostanie z nich zrobiony jakiś użytek. Pięć lat zapełniania sztucznie każdej wolnej sekundy swojego dnia, tylko po to, by nie myśleć. By nie wspominać. By się nie zadręczać.

No i pięć lat ksiąg. Cohen delikatnie, pieszczotliwie niemal powiódł dłonią po ostatniej linijce przeczytanego tekstu. Lubił przebywanie w zakonnej bibliotece. Mógł tutaj po prostu wziąć dowolny tom i zaszyć się gdzieś w alkowie, zagłębiając w lekturze. Nikt tutaj go nie zaczepiał, nie prowokował rozmów, nie zadawał niewygodnych pytań. Tutaj nie było Alleiry, Zarr’Tahira, Adremelecha, demonów, bestii i opętanych. Nie było czerwonej posoki, płynącej wartkim potokiem po posadzce, zbrukanego ostrza miecza, bitewnych okrzyków. Nie było zimnych, kamiennych murów sadystycznego lochu. Było cicho. Było spokojnie. Było bezpiecznie. A księgi były cierpliwe. Nie krwawiły. Nie zmieniały swojego kształtu pod koniec lektury na ludzki. Nie wpatrywały się w paladyna z niemym oskarżeniem o któryś z wielu popełnionych w życiu błędów. Po prostu były.

„To ty jesteś człowiekiem?”

Od dawna już się nim nie czuł. Ani człowiekiem, ani paladynem, ani sobą.

To było długie pięć lat.

Powoli i ostrożnie, by nie zagiąć nawet jednej kartki „Szlacheckich praw…”, Cohen zamknął tomiszcze z zamiarem odłożenia je na odpowiednie miejsce. Chwilę stał jeszcze przy regale, jak gdyby żałując, że jego dzisiejsza wizyta w tym miejscu dobiegła już końca i chcąc przedłużyć ją choćby o kilka minut. Następnie, nie spiesząc się, z kapturem zakonnej szaty zaciągniętym na głowę, oraz dłońmi schowanymi w jej szerokich rękawach, ruszył w stronę sal jadalnych. Kolejny dzień w zakonie chylił się ku końcowi.
 
 
     
Reggirt 
Techniczny Mistrz Gry
Dupotruj Talowy 2.0



Wiek: 37
Dołączył: 21 Mar 2007
Posty: 1351
Wysłany: 2010-03-24, 16:46   

Biblioteka po raz tysięczny pożegnała go upragnionym spokojem i cierpliwą ciszą. Jeszcze jeden regał i będzie musiał poprosić sir Gudenha o uzupełnienie zbiorów, albo zacząć przeglądać księgi od początku.

Kilkanaście kroków schodami w dół, spokojne przejście korytarzem, którego okna co wieczór przepuszczały czerwonawe światło zachodzącego słońca, proste drewniane drzwi. Drogę z biblioteki do sal jadalnych mógłby odwzorować z najmniejszą szczególnością, jak i samą jadalnię.

Dokładnie siedem zwyczajnych drewnianych stołów, trzy bliżej zachodniej ściany, cztery po drugiej stronie pomieszczenia. Przy każdym stole dwie równie proste ławki mogące pomieścić cztery osoby. Dwoje drzwi. Jedne prowadzące do pokoi zakonników, drugie to głównego korytarza, skąd można było udać się do głównej kaplicy, magazynu, sal ćwiczebnych i biblioteki.

Przy jednym ze stołów siedział brat Sarim. Był to dość niski człowiek, którego zakola łysiny zaczęły tworzyć coraz większe zatoki na jego głowie, mimo wieku nie przekraczającego trzydziestki. Podobno pochodził z południowych krańców Imperium,i był jednocześnie półkuzynem, czy też ćwierćkuzynem sir Gudehna. O to jednak Cohen, ani żaden inny z członków nie zapytał. Po prostu w murach zakonu przyjęto zasadę by o informację nie pytać, tylko poczekać, aż człowiek sam będzie gotowy do jej ujawnienia.

Paladyn podszedł do wnęki która niskim kontuarem oddzielała jadalnię od refektarza i kuchni, gdzie jak co dzień dyżurował zakonny kucharz – brat Ariusz. Zakonnik starszego pokolenia, który pomimo wielu możliwości na dalsze święcenia, wciąż siedział jako kucharz w Zakonie Strażników. Prócz umiłowania do kuchni, brat Ariusz posiadał wiele innych umiejętności, o których nigdy nie mógłby zostać posądzony człowiek który spędza jedną połowę życia w kuchni, a drugą na modlitwach. To właśnie on przez ostatnie lata, pokazał Cohenowi jak prawidłowo parować ciosy mieczem, w zależności od tego jaką bronią i w jaki sposób walczy przeciwnik.

- Witam brata Cohena – powiedział skinąwszy głową, gdy zauważył zbliżającego się do kontuaru paladyna. - To co zwykle, czy może zaszalejemy i zgodzimy się na dodatkową porcję mleka?

To co zwykle, w dzień powszedni oznaczało kaszę z młodymi ziemniaczkami, która podawana była albo zalana śmietanką, albo z kubkiem mleka.
_________________
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-03-25, 00:04   

- Witaj, bracie Ariuszu.

Skinienie głowy i lekki półukłon, towarzyszące tym słowom były zdecydowanie głębsze i grzeczniejsze, niż wymagała tego zwykła uprzejmość oraz dobre wychowanie w tym miejscu i tej sytuacji. Były *pełniejsze* i bardziej życzliwe niż zdecydowana większość powitań, które wypowiadał w ciągu dnia Cohen do kogokolwiek innego. Zdecydowanie uprzejmiejsze niż to, którym przed sekundą przywitał brata Sarima. To nie było zwykłe "bracie...". Ale Ariusz zasługiwał na to. A choć Cohen nigdy, ani razu mu się do tego nie przyznał, to w ciągu tych ostatnich lat, to właśnie dzięki takim osobom jak on, udało mu się pozostać przy zdrowych zmysłach i nie oszaleć do reszty w piekle własnej głowy.

Niepisana zasada zakonna, by nie pytać, dopóki nie jest to absolutne konieczne, jeszcze nigdy nie wydała się paladynowi równie miła i przydatna. Nie pytać. Tak po prostu. Żyć i pozwolić żyć innym. Nigdy nie pytał, kiedy i gdzie Ariusz nauczył się takich a nie innych mistrzowskich sztuk w walce, ani w jakich przygodach uratowały mu one życie. Nigdy nie pytał, dlaczego porzucił to zajęcie na rzecz zakonnej kuchni. Nigdy nie pytał też, jakim cudem to się stało, iż postanowił uczyć właśnie Cohena.

W zamian wymagał dokładnie identycznej dyskrecji.

To był zdrowy układ.

- Przecież wiesz, co zawsze biorę - odparł swobodnie, nie uśmiechając się jednak.

Mimo to nie odszedł od razu, czekając, aż jedzenie zostanie mu podane pod sam nos. Zamiast tego postanowił, że poczeka, aż Ariusz wszystko przygotuje i dopiero wtedy, już z posiłkiem, ruszy w stronę jakiegoś niezajętego przez nikogo stolika, by zjeść bez niczyjego towarzystwa.
 
 
     
Reggirt 
Techniczny Mistrz Gry
Dupotruj Talowy 2.0



Wiek: 37
Dołączył: 21 Mar 2007
Posty: 1351
Wysłany: 2010-03-25, 16:37   

To co zawsze.

Prosta miska z gotowaną kaszą i przysmażonymi ziemniakami, do której dołączono większy kubek mleka. Mimo tego, że był to najczęstszy posiłek w murach zakonu, za każdym razem wydawał się nieco inny. To delikatniejszy, to bardziej sycący, to z ciemniej przysmażonymi ziemiaczkami. Chyba jedyny element podczas tych który w pewnym stopniu zmieniał się mimo zachowania pierwotnych cech.

To co zawsze.

Zawsze te same proste drewniane stoły. Wciąż jednakowe mury z naturalną siecią pęknięć i zarysowań. Cohen lubił Zakon Strażników, za jego niezmienność. Żadnych niepotrzebnych modernizacji i udoskonaleń. Nawet jeśli jakaś stara prosta szafa uległa pod naporem korników, na jej miejscu wnet pojawiała się identyczna. Czas mimo swojej zmienności zdawał się tutaj zataczać koła i wracać do upodobanych sobie momentów.

To co zawsze.

Misa spokojnie opróżniona i pusta przekazana Ariuszowi wraz ze szczerym podziękowaniem. Następnie krótka wędrówka do murów kaplicy gdzie od wielu lat ze ściany spoglądało drewniane oblicze Aesira. Modlitwa niby jednakowa i monotonna, jednak wiara w jej słuszność, nadawała jej szerszego wymiaru. Po około dwóch godzinach skupienia powrót do własnego pokoju, przez niektórych braci nazywanych celą. Choć sam Cohen nie czuł się nią ograniczany, był to jego azyl, gdzie po kolejnym dniu obmył się, złożył swój habit i położył się spać.
~*~

Świt nie spóźnił się ani trochę. Mimo że poranne słońce niknęło gdzieś za chmurami, i brak było radosnych i rześkich promyków wbijających się przez okno pokoju, Cohen przywitał nowy dzień. Nie śnił. Od pięciu lat prosił Aesira by ten uchronił go snów.

~*~


Nie tak daleko od Zakonu Strażników, całkiem blisko brukowanej drogi, w pustym wciąż spichlerzu, obudził się Ronan. Giermek, nie służący żadnemu rycerzowi, wędrujący przez ziemię Imperium w poszukiwaniu chwały i prawdy. Wczorajszego wieczora, udało mu się, zamiast nich znaleźć ów opuszczony magazyn, w którym pewnie składowano zbiory z pól, nim hurtem przewiezie się je do miast. Jego składane posłanie i niezbyt pełna sakiewka, przyzwyczaiły go do snu poza terenami zabudowanymi, co nie było dla giermka zbyt ciężkim wyzwaniem, ze względu na dobrą porę roku i przyjazne wędrówkom tereny Civitas. Spichlerz był miłą odmianą, co odczuwalne było przy ochoczej pobudce.

Poranek mimo że trochę pochmurny, jak zwykle przyniósł młodemu mężczyźnie nadzieję, że to właśnie dziś, czeka go początek prawdziwej rycerskiej przygody.
_________________
 
 
     
l9indy 
Poszukiwacz Przygód



Wiek: 33
Dołączył: 05 Gru 2007
Posty: 288
Skąd: Radom
Wysłany: 2010-03-25, 17:32   

- Witam nowy dzień - mruknął ironicznie pod nosem Ronan.
Nowy dzień, nowe wrażenia, stary i wciąż działający system. Iść przed siebie, szukać wyzwań, szukać istoty i sensu życia. Eee... raczej nie istoty i sensu... Zbyt wyniośle to brzmi w zestawieniu z Ronanem.
Wstał, przetarł oczy, przeciągnał się niczym kot po porannej drzemce. Otrzepał się z kłosów zboża, jakie było tu magazynowane. Starannie złożył posłanie. W zestawieniu z codzienną rutyną tylko ono sie nie zmieniało. Służyło mu każdej nocy i zawsze witało go rankiem. Posłanie. Pff... wielkie mi posłanie.
Spichlerz. Doskonałe miejsce, pozwalające schronić się przed ciemną nocą. Jeszcze doskonalsze, kiedy na dworze chmury zasłaniają promienie Słońca. Chmury, które w każdej chwili mogą spuścić niepożądane krople deszczu. Tak zapowiadała się przeszła noc. Kto wie... Może i spełniła swe zapowiedzi. Tylko kogo to obchodzi...
Żyć chwilą - w tym momencie to było najważniejsze dla Ronana. Nie było wczoraj, nie było jutro. Tu i teraz. Tylko.
Z tym, że tu i teraz nie było nic wartego uwagi. Czym prędzej człowiek opuścił magazyn.
Miał ciężką misję. Musiał się odlać. Zrobił to od razu, gdy tylko znalazł się poza budynkiem.
A potem udał się przed siebie.
W poszukiwaniu.
Czego?
Przygody.
Rycerskiej przygody?
Nie.
Bo był w końcu giermkiem. Od siedmiu boleści giermkiem.
_________________

All of this has happened before. And will happen again.
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-03-25, 18:12   

"Czas jest twoim największym sprzymierzeńcem i największym wrogiem" jak to mawiał przed laty Reggirt. Cohen westchnął, łapiąc z tych krótkich chwil zawieszenia w próżni pomiędzy ostatnimi chwilami snu, a pierwszymi chwilami jawy to, co najlepsze. Wciąż ciepłe łóżko. Świeży zapach nowego dnia. Czysty, nieskażony żadną zbędną myślą umysł. Radość z tego, że po raz kolejny udało się nie postawić wszystkich braci zakonnych z okolicznych cel swoim wrzaskiem w środku nocy. Krótkie, proste rzeczy, które jednak potrafiły przynieść przyjemność i satysfakcję.

Po pięciu latach dni bliźniaczo podobnych jeden do drugiego wiele takich prostych rzeczy potrafiło sprawić paladynowi radość.

Panie, do Ciebie wołam o wschodzie słońca,
Pomóż mi modlić się i zebrać myśli;
Sam nie jestem w stanie.
Wewnątrz mnie jest ciemność, ale u Ciebie jest światło,
Jestem samotny, ale Ty mnie nie opuszczasz,
Jestem małoduszny, ale u Ciebie znajdę pomoc,
Jestem niespokojny, ale w Tobie jest pokój,
Jestem pełen goryczy, ale Ty jesteś cierpliwy,
Nie rozumiem dróg Twoich, ale Ty wiesz, która droga jest właściwa
dla mnie.


Seria czynności wykonywana mechanicznie, jak co dnia. Wstać, szybka, poranna higiena, złożyć posłanie, seria prostych, porannych ćwiczeń rozciągających. Modlitwa. Każda z nich wykonywana z wprawą i wyczuciem, oraz nienaganną perfekcją, zwiastująca nieomylnie, iż podobnych poranków wykonujący miał w swoim życiu setki. Tysiące.

Aesirze, dziękuję Ci za szczęśliwą noc,
za to, że znowu obudziłem się do życia.
Błogosław mi i pomóż,
żeby to był dobry dzień.
Strzeż mnie, żebym komuś krzywdy
nie zrobił. Daj, żeby życie moje
było radością dla mnie i dla wszystkich,
z którymi mam kontakt przez cały
dzień aż do wieczora.


Cohen. sir Cohen. Brat Cohen. Niegdyś zwany nawet Świętym. Cohenem od Berła. Pogromcą Zarr'Tahira. Wielu widziało w nim... kogoś z naprawdę wielkim potencjałem. Cohen też go widział. Wpędziło go to w pychę. W zadufanie. W ślepe przekonanie o własnej doskonałości. Dziś, w przepastnym, szarym habicie i ze skromnym amuletem Aesira na piersi, był po prostu paladynem Jedynego Boga. Nic nie dzieje się bez przyczyny i powodu...

Panie, cokolwiek przyniesie ten dzień - niech imię Twoje będzie
błogosławione!


Zamknąwszy za sobą drzwi do celi, schowawszy dłonie w rękawy, ruszył w stronę sal jadalnych. Najpierw skromne śniadanie, później planowanie reszty dnia.
 
 
     
Reggirt 
Techniczny Mistrz Gry
Dupotruj Talowy 2.0



Wiek: 37
Dołączył: 21 Mar 2007
Posty: 1351
Wysłany: 2010-03-26, 13:19   

Giermek dość sprawnie złożył swoje posłanie i szybko wrzucił je do plecaka. Zarzucił na siebie prostą łuskową zbroje i inne równie pospolite elementy opancerzenia. Założony plecak, na niego tarcza, długi miecz szybko dołączony do pasa. Tak przygotowany do dzisiejszego dnia, opuścił budynek by zaznaczyć jeszcze własnym moczem ścianę budynku który przez jedną noc stał się jego zajazdem. Gdy zrobił swoje, obrócił się na pięcie i ruszył w stronę, na której jeszcze wczoraj znajdowała się droga.

Organizm po pozbyciu się niepotrzebnych płynów, dał Ronanowi znak, że nie miałby nic przeciwko, gdyby młodzian wrzucił do niego jakieś śniadanie.

Z tym jednak giermek poczekał, gdyż po dotarciu do drogi zobaczył, że na jej dalszym odcinku pojawił się wóz, który powoli zmierzał w jego kierunku. Cóż, może woźnica prócz podrzuceniu kilka kilometrów dalej, podzieli się też czymś do jedzenia ze strudzonym wędrowcem. Zawsze lepiej oszczędzać dość skromne zapasy którymi Ronan gospodarował.

~*~


Proste poranne modlitwy, kolejne elementy pobudki wykonywane codziennie z jednakowym schematem. Tak mało paladyn potrzebował do rozpoczęcia dnia.

Gdy znalazł się w już swoim bladożółtawym habicie, poprawił wiszący na jego piersi amulet i schowawszy dłonie w rękawy a twarz pod kaptur, udał się dobrze znaną droga na śniadanie.

Krzątanie brata Ariusza usłyszał nim jeszcze otworzył drewniane drzwi, za którymi przy stołach siedziała już piątka zakonników. Przy śniadaniach, zawsze był większy tłum, o ile tłumem można nazwać tę niewielką ilość braci którzy pozostali w murach Zakonu Strażników.

- Dobry jest dzień, gdy zaczniemy go z Panem, bracie Cohenie – przywitał się zakonny kucharz, podając na kontuar przygotowaną wcześniej porcję Na talerzu znajdowały się dwa jajka, zapewne ugotowane na twardo, dwie kromki chleba, oraz pół suszonej kiełbasy. Paladyn nie przypominał sobie by dziś był jakiś szczególny dzień, także widok wędliny na porannym talerzu bardzo go ucieszył – a przy okazji, sir Gudenh brata szukał – dodał Ariusz, gdy Cohen sięgał po talerz – wychodził przed momentem z jadalni, choć nie wiem czy się nie minęliście.
_________________
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-03-26, 13:56   

- Aby i tobie udzielił dziś swojego błogosławieństwa, bracie..

Składając grzecznościowy, głęboki ukłon w stronę Ariusza, Cohen drgnął, w chwili, gdy padło imię sir Gudenha. Mistrz Zakonny szukał paladyna osobiście, już o tak wczesnej porze rannej? To było co najmniej niespotykane. Nie wysłał nikogo z wiadomością, nie nakazał stawienia się w swoich komnatach, nie uprzedzał o tym, że będzie potrzebować Cohena wcześniej. Analizując sprawę logicznie, coś musiało się wydarzyć na tyle niespodziewanego i ważnego, iż wymagało to własnoręcznego zaangażowania Mistrza. No i wymagało szukania Cohena. Dlaczego? W ciągu ostatnich lat jedno o paladynie można było powiedzieć z pewnością - nagłe i wymagające uwagi zakonu sprawy omijał łukiem jak tylko to było możliwie najszerszym.

Ze zdziwieniem zauważył, iż dłoń, trzymająca talerz z posiłkiem, lekko drży.

- Niestety, musieliśmy się minąć - rzekł, siląc się na spokój w głosie - sir Gudenh wspominał, dlaczego mnie szuka?

Niezależnie od odpowiedzi Ariusza, Cohen skinieniem głowy dziękuje mu za śniadanie, po czym, jak zwykle, wybiera jakieś miejsce z dala od pozostałych braci, celem... no cóż, celem posilenia się.

Sir Gudenh... Cohen pokręcił z niedowierzaniem głową. Nie, lepiej nawet się nie zastanawiać i nie rozbudzać niepotrzebnie fantazji. Z pewnością to nic takiego. Jakaś prosta sprawa, wymagająca obecności kogoś z lokalnych zakonników. Może pomoc w pracach przy budynku, albo w bibliotece? Nie było sensu martwić się na zapas. Wkrótce wszystko się wyjaśni.
 
 
     
l9indy 
Poszukiwacz Przygód



Wiek: 33
Dołączył: 05 Gru 2007
Posty: 288
Skąd: Radom
Wysłany: 2010-03-26, 20:38   

Kolejny przyjaciel, który wracał za każdym razem, jakby był najbardziej przywiązaną i bliską Ronanowi i pewnie nie tylko osobą. Głód. Stary dobry, poczciwy głód. Pojawiający się zawsze wtedy, kiedy nie ma go czym zaspokoić. Giermek, choć bardzo dobrze znał to uczucie, gdyż ostatnio często mu doskwierało to i tak nigdy nie był przygotowany na atak.
Szczęścia jednak giermek miał co nie miara, gdyż zawsze udawało mu się go w jakiś sposób odeprzeć
Potrójne T. Transport, Towarzystwo i Żarcie. No to w takim razie podwójne. Ronan ucieszył się na widok nadjeżdżającego przybysza. Dawało mu to nadzieje na ciekawszy dzień niż ten wczorajszy.
Ruszył, wolnym krokiem w stronę nadjeżdżającego pojazdu. Nie obawiał się, że ktokolwiek mógłby się go przestraszyć. Jego rysy twarzy częściej wskazywały na podłego i śmiesznego błazna, aniżeli na przyszłego paladyna. "Paladyn" Co to kurwa jest paladyn? Ha! W tym momencie brzmiało to jak jeden punkt z listy życzeń nie do spełnienia.
- Witam mości pana - z uśmiechem na twarzy rzekł Ronan, gdy tylko wóz zbliżył się na odpowiednia odległość.
- Nie znalazło by się tam miejsce dla giermka wracającego z posłania? - zapytał.
_________________

All of this has happened before. And will happen again.
 
 
     
Reggirt 
Techniczny Mistrz Gry
Dupotruj Talowy 2.0



Wiek: 37
Dołączył: 21 Mar 2007
Posty: 1351
Wysłany: 2010-03-29, 12:56   

- Nie, nie wspominał – odparł Ariusz, odwzajemniając skinienie głowy.

Paladyn spokojnie zabrał własny talerz, starając powstrzymać własną dłoń od drżenia. Umysł Cohena uspokoił się gdy usiadł przy stole, odsyłając wszystkie jego zmartwienia na dalszy plan, a sam skupił się na śniadaniu.

Powoli obłupał jajka ze skorupek i przypomniał sobie o braku soli, którą po chwili dostał z innego stolika. Poranne śniadania w zakonie mimo, że odbywały się w większych grupach, nie różniły się, pod względem tworzonego gwaru, od samotnie spędzanych kolacji. Rozmowy między braćmi Zakonu Strażników przy stole towarzyszyły głównie samemu posiłkowi, i tak jak Cohen poprosił o sól, z podobnym entuzjazmem chwalono kuchnię brata Ariusza, czy też proszono o dokładkę. Czasami ktoś napomni o wydarzeniach z wizyty poza murami, choć następnego dnia znów odgłosy jadalni składały się głównie z dzwonienia sztućców.

W końcu po kilku spokojnych minutach na talerzu przed Cohenem pozostały jedynie pokruszone skorupki jajek. Teraz należało czekać na odbywane się w głównej kaplicy nauki prowadzone przez najstarszych z braci, które w głównej mierze przyjmowały formę kazań i odczuć co do własnej wiary i samego Aesira. Dzisiejszego jednak dnia ten rutynowy schemat został przerwany przez sir Gudehna.

~*~

Wóz zbliżał się równie spokojnie, co sam Ronan powoli dreptał naprzeciw jego. Mógł poczekać w miejscu niedaleko opuszczonej stodoły, czy też zmierzać w tym samym kierunku co woźnica, bo ten i tak by go dogonił, jednak giermek wyszedł z założenia, że idąc naprzeciw zawsze będzie mógł zawsze zrezygnować z wspólnej podróży gdyby coś wydało się mu podejrzane.

Nic jednak na to nie wskazywało. Kary koń stukał podkowami o brukowaną drogę, ciągnąc za sobą prosty drewniany wóz, na którym siedział jeden mężczyzna. Gdy dzielący giermka i woźnicę dystans zmniejszył się na tyle by lepiej przyjrzeć się rysom twarzy mężczyzny, oczy Ronana napotkały się z krótko ściętym czarnowłosym człowiekiem. Oblicze należało do kogoś kto powoli zbliżał się do trzydziestki, choć możliwym było że ciemny zarost postarzał nieco swojego właściciela. Woźnica ubrany był prosto, jasna lniana koszula bez kołnierza, na tyle luźna by poddawała się lekkim porannym podmuchom wiatru.

- Witam podróżnika – odparł człowiek gdy usłyszał powitanie Ronana i zatrzymał wóz – Prrr.. - Giermek zdążył jeszcze określić spodnie mężczyzny jako klasyczne, choć wysokie skórzane buty wyglądały zbyt porządnie, by cały woźnica mógł być uznany za prostego wieśniaka. Zapytany o miejsce odpowiedział - Zależy w którym kierunku zmierzacie, choć ja nie mam nic przeciwko towarzyszowi z rana. Najwyżej koń będzie niezadowolony – dodał odsłaniając w ciemnej brodzie pas jasnych zębów. Uśmiech ten giermek mógł nazwać zaraźliwym, gdyż sam czuł jak jego kąciki ust same chcą powędrować na boki.
_________________
 
 
     
l9indy 
Poszukiwacz Przygód



Wiek: 33
Dołączył: 05 Gru 2007
Posty: 288
Skąd: Radom
Wysłany: 2010-03-29, 15:44   

Na pierwszy rzut oka przybysz nie wydawał się podejrzany. Wręcz przeciwnie. Cała otoczka, która emanowała z woźnicy sprawiała wrażenie przyjaznej i bardzo towarzyskiej. Ronan nie miał zamiaru marnować daru jaki został mu zesłany w postaci darmowej przejażdżki.
Koń! Zwierze cudowne, zwierze oddane i zwierze, którego giermek zawsze pożądał. Choć ubóstwiał je pod każdym względem to nigdy nie mógł sobie na nie pozwolić.
W końcu, czy człowiek może sobie pozwolić na przygarnięcie istoty żyjącej w opiekę jeśli jego noga potyka się na każdym kroku? Ledwo co potrafi zadbać o siebie. A koń... Prrr... Stop.

- Takie piękne zwierze, na pewno nie będzie miało nic przeciwko - rzucił Ronan i bez oporów podszedł do zwierzęcia klepiąc go po tułowiu. Nie czuł strachu. Przez pewien czas obcował już z koniem i szło mu to nawet nieźle. Szkoda tylko, że skończyło się to w dość niekulturalny sposób.

- A zmierzam w kierunki gospody, karczmy lub innego budynku, w którym mógłbym wrzucić coś na ząb. - uśmiechnął się szeroko. - Teoretycznie w jakim kierunku mości pan by nie zmierzał to mi pasować będzie - dodał po chwili, podchodząc spokojnie do wozu w celu usadowienia się na nim. - Taki byt człowieka, który nie wie co ze sobą zrobić.
Prawda... Bo co może robić giermek?
Ronan przebył już szmat drogi a smoka żadnego nie widział. Księżniczki do uratowania też nie spotkał. Napotkał za to pijaków, awanturników, masę kupców i jeszcze większą masę żebraków. A do żadnej z tych ugrupowań zamiaru należeć nie miał.
Bo był giermkiem. Ot co.
_________________

All of this has happened before. And will happen again.
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-03-30, 18:08   

Spokój i rutyna. Od pięciu lat niezmienne i stałe. Spokój i rutyna. Te same, mechaniczne ruchy towarzyszące jedzeniu posiłków, te same, mechaniczne słowa modlitw, te same, mechaniczne, czysto grzecznościowe rozmowy z nielicznymi spośród zakonnej braci.

Dawniej Cohen odzwyczaił się od podobnego stylu życia. Pożądałby akcji, wędrówki, nowych doświadczeń. Pieczonego wilka, zamiast prostej wędliny, mistycznych ksiąg o demonach, zamiast o historii, pieśni o Ragsanie, zamiast psalmów. W zakonie czułby się jak uwięziony. Modlitewnik zamiast miecza w garści? Może właśnie to stało za tym, co ostatecznie legło u podstaw jego zguby? Może Cohen zapomniał o swoich początkach, a w ciągłym, nieustannym dążeniu do czynienia dobra, mimowolnie zaczął czynić zło?

Dążmy do doskonałości, ale nigdy nie zapominajmy, skąd pochodzimy.

Paladyn chwilę jeszcze siedział na swoim miejscu, kontemplując z zadowoleniem pusty talerz. Rozważał właśnie w duchu swoje następne kroki. Mógł udać się na kazanie, lecz do tego pozostało mu jeszcze trochę czasu. Mógł też z kolei udać się w rejon komnat sir Gudenha z nadzieją, iż tam spotka swojego mistrza i wyjaśni przyczynę, dla którego go poszukiwał. Obie drogi zdawały się mieć swoje plusy i minusy...

- Gdyby sir Gudenh mnie poszukiwał, bądź tak dobry i przekaż mu, że będę albo czekał na niego pod jego komnatą, albo znajdzie mnie w głównej kaplicy na naukach. Dziękuję za śniadanie - rzekł cicho, oddając Ariuszowi talerz i sztućce.

Następnie, swoim zwyczajem, bez pośpiechu, paladyn ruszył na poszukiwanie mistrza. Nawet za cenę spóźnienia się na nauki, nie mógł ot tak zlekceważyć tego, iż był mu w jakiś sposób potrzebny. W duchu miał jednak nadzieję, że naprawdę chodzi tu tylko o wymianę dachówek na szczycie zakonnej wieży, lub czegoś podobnego...
 
 
     
Reggirt 
Techniczny Mistrz Gry
Dupotruj Talowy 2.0



Wiek: 37
Dołączył: 21 Mar 2007
Posty: 1351
Wysłany: 2010-03-31, 11:17   

Koń spokojnie zareagował na poklepanie po zadzie, lekkim rżeniem, acz woźnica cmoknął ustami i uspokoił zwierzę.

- Zmierzam właśnie z kierunku Broln, także nie wiem czy panu spasuję kierunkiem – Broln. Miasto magów które znał z nazwy każdy mieszkaniec Impierium, nawet jeśli pochodził z rejonów przygranicznych. Niektórzy mówili, że gdyby magom się zachciało, spokojnie obaliliby obecną władzę a sami zrobili by z Broln stolicę, jeszcze bardziej spektakularną niż Dorienburg. Ludzie jednak mówią różne rzeczy, a później na przykład kradną konie własnym uczniom. Przemyślenia giermka, szybko jednak zmieniły swoją barwę, gdyż mężczyzna rzekł – za to zmierzam w kierunku Zakonu Strażników, także jeśli chcecie, mogę podrzucić w tamtym stronę. Mam tam trochę znajomości, to może coś na ząb dostaniecie, choć dotrzemy tam za trzy godziny pewnie.

O czasie Giermek już nie słuchał. Zakon Strażników. Zarówno 'zakonnik' jak i 'strażnik' brzmieli na tyle rycersko, że warto było by się tam udać, chociażby zobaczyć owe tradycje w lepszym źródle, niżeli stary koniokrad.

- To wsiadasz pan? - zapytał woźnica wyciągając rękę do giermka, która wydawała się nie tylko zapraszać na wóz, czy wspólną podróż, a na ciekawą przygodę.

~*~


- Sądzę, że zdążysz go złapać przed naukami – odparł brat Ariusz przyjmując od paladyna pusty talerz.

Cohen udał się spokojnie w kierunku komnaty sir Gudenha. Minąwszy kilku braci i odwzajemniwszy wszystkie skinienia głowy z każdym krokiem zbliżał się do wyznaczonego celu. O dziwo jego cały spokój wydawał się nagle go opuścić, co chwilę jego zamysły co do prośby przełożonego Zakonu, zmieniały się od błahych niczym naprawianie dachu, do wręcz absurdalnie wyolbrzymionych, chociażby do obwieszczenia wszem i wobec, że to on jest Świętym Cohenem od Berła, którego wybrał Aesir, a cała jego chwała przepadła wraz z incydentem w Granicy.

Z wszystkich przemyśleń wybiły go stare poczciwe dzwony, które co rano od wielu lat głosiły z wieży budynku iż za pół godziny rozpoczną się zakonne nauki. Niektórzy bracia wraz z dzwonami znajdowali się już w głównej kaplicy by przed kazaniami pomodlić się do Aesira o dar wysłuchania i zrozumienia. Sam Cohen znajdował się już wtedy przed drzwiami komnaty Sir Gudenha, i nie wiedział czy głośniejsze są uderzenia zakonnych dzwonów czy bicie jego własnego serca.

Zapukał cichutko, jakby chciał by poszukujący go rycerz Zakonu Strażników, nie usłyszał go, a sam paladyn mógłby udać się do kaplicy wmawiając sobie, że sir Gudenha nie spotkał. Gdy ucichły dzwony, również bijące serce i przyśpieszony oddech Cohena zatrzymały się na moment.

- Proszę – odezwał się przytłumiony głos z drugiej strony drzwi.
_________________
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-03-31, 12:15   

Mimowolnie, Cohen czuł się zły na samego siebie, iż reaguje w taki sposób. Po pięciu latach wciąż nie umiał pozbyć się pewnych odruchów swojego ciała, które ewidentnie żyło własnym życiem, za nic mając rozkazy umysłu. Paladyn, idąc w stronę komnat sir Gudenha czuł wstyd za swoją reakcję. Przyspieszone bicie serca teraz, delikatne drżenie rąk w sali jadalnej... zupełnie, jakby sama myśl otrzymania jakiegoś zadania, czy jeszcze mniej - sam fakt *rozmowy* z sir Gudenhem napawał zakonnika... strachem.

Cohen już dawno temu pogodził się z myślą, iż się boi. To właśnie strach nakazał mu ukrycie się w Zakonie Strażników. To lęk przed własnymi słabościami i własną ciągłą falą błędów zakazał mu dalszych podróży. To obawa przed tym, iż więcej w świecie uczyni złego, niż dobrego, zmusiła go do pustelniczego trybu nowego życia. Cohen wiedział o tym wszystkim. Niemniej jednak, fakt, iż strach ów nie opuszczał go nawet teraz, nawet po pięciu latach, nawet na chwilę przed zwykłą rozmową z mistrzem zakonnym sprawiał, iż...

...Cohenowi po prostu było źle.

Pewnych rzeczy po prostu nigdy nie da się zmienić. Jedynie on wciąż żył w tym swoim głupiutkim przekonaniu, iż jest w stanie dokonać niemożliwego.

- Niech pokój i łaska naszego Pana będą z tobą i z całym Zakonem, sir - rzekł cicho, wchodząc do komnaty sir Gudenha.

Głęboki, pełen szacunku ukłon, z prawicą zaciśniętą w pięść i przyciśniętą do serca. Jeżeli ktokolwiek zasługiwał na najgłębszą wdzięczność i szacunek ze strony Cohena w tym Zakonie, to był nim właśnie sir Gudenh. Jedyny, który *wiedział*. Jedyny, który *wybaczył*. I jedyny, który uszanował decyzję młodego paladyna, pozwalając mu zostać. Powiedzieć, że sir Gudenh był Cohenowi jak ojciec, byłoby głupim truizmem, nawet nie wymagającym wzmianki.

- Brat Ariusz wspomniał, iż mnie poszukiwaliście, sir? - zapytał Cohen, wciąż w półukłonie.
Ostatnio zmieniony przez DaMi 2010-03-31, 19:00, w całości zmieniany 1 raz  
 
 
     
l9indy 
Poszukiwacz Przygód



Wiek: 33
Dołączył: 05 Gru 2007
Posty: 288
Skąd: Radom
Wysłany: 2010-03-31, 16:09   

Broln. Miasto magów.
Ronan wiedział o nim tyle ile o dupie Maryni, czyli nic. Słowo mag obiło mu się kilka razy o uszy, w tym kilkakrotnie przekształcone w słowo "magia". Kojarzyło mu się z wybuchającymi fiolkami, kolorowymi pelerynami, nagłym znikaniem pojawianiem i innymi nie stworzonymi sprawami. Oczywiście nie wierzył w opowieści poziomu latających mioteł, gulaszów z palca nietoperza czy zamieniania męskich organów w te niemęskie.
Widział jednak w tym kierunku ciekawą perspektywę. Magia jest ciekawa. Na pewno na tyle, żeby się coś o niej dowiedzieć.
Ha! Zakon strażników. Ta informacja ucieszyła go znacznie bardziej. Szansa na realny z prawdziwego zdarzenia stos nowinek na temat bycia rycerzem. Więcej: możliwość analizy instrukcji jakie giermek dostał kiedyś od pewnego jegomościa. Których teoretycznie nadal się trzymał, choć w praktyce połowy nie rozumiał i łamał nawet nieświadomie.
Ale jak to brzmi. Wyniosłość i duma!
Zakon Strażników!
Strażnik Ronan!
Rycerz Ronan!
Paladyn Ronan!
Giermek Ronan kiwnął jednoznacznie głową i z entuzjazmem rzekł: - Pewnie, że wsiadam i co więcej powiem, że kierunek mi bardzo pasuje. Uśmiechnął się i przyjął grabę, którą zaoferował mu dość miły woźnica - I każdą pomoc chętnie przyjmę. I udzielę takowej, kiedy zajdzie potrzeba.
_________________

All of this has happened before. And will happen again.
 
 
     
Reggirt 
Techniczny Mistrz Gry
Dupotruj Talowy 2.0



Wiek: 37
Dołączył: 21 Mar 2007
Posty: 1351
Wysłany: 2010-03-31, 18:25   

- Pokój i łaska również twej duszy Cohenie – odpowiedział mistrz zakonny na przywitanie paladyna. Zwłaszcza pokój, chciałoby się dodać. Choć sam sir Gudenh rozwinął swoją myśl jedynie wskazując na krzesło - Usiądź

Komnata mistrza zakonnego, będącego zarówno przełożonym pozostałych członków, jak i jednym z założycieli Zakonu Strażników, powinna wyglądać zupełnie inaczej. Ta jednak pozostawała niezmienna od dnia kiedy Cohen wstąpił w jej progi po raz pierwszy. Proste biurko. Dwa równie zwyczajne krzesła. Jeden regał na którym widać było więcej luźnych kartek dokumentów, niż grubych tomisk, oraz dość szeroka szafa która odgradzała część wizytową komnaty od części sypialnianej gdzie sir Gudenh miał swoje łóżko. Był jeszcze manekin, na którym wisiała zdobiona płytowa zbroja z symbolem Aesira wykutym na piersi. Wydawało by się, że człowiek który otrzymał tytuł rycerski z samego ramienia króla, mający całkiem sporą ilość ludzi pod sobą, powinien chcieć jakieś przywileje. Jedyną różnicą między komnatą mistrza, a pozostałych braci, była nieco większa powierzchnia, głównie ze względu na biurko. Oraz okno które było parę centymetrów szersze od tych w pozostałych celach.

Sir Gudenh mówiąc krótko, był wzorem do którego dążył każdy z członków Zakonu Strażników. Osiągnął wiele w swoim życiu, jednak pozostał w swojej skromności i cnocie uniżonym sługą jedynego boga.

- Brat Ariusz dobrze mówił – rozpoczął sir Gudenh, gdy Cohen usiadł naprzeciw solidnego biurka – Widzę, że się martwisz – powiedział patrząc prosto w oczy paladyna, a najtrafniej owe spojrzenie można było nazwać ojcowskim – niepotrzebnie. - Wystarczyło jedno słowo by w sercu paladyna ponownie zagościł spokój, a sam młody zakonnik poczuł coś na kształt zawstydzenia, choć starał się tego nie okazywać. Mistrz kontynuował - Jak się czujesz Cohenie? Czy nasz jedyny bóg okazał tobie łaskę spokoju i zrozumienia?

Pierwsze pytanie zadane przez sir Gudenha, było raczej ogólne, choć sam paladyn wiedział, że dużo łatwiej dotrzeć do człowieka, wiedząc czy coś leży mu na duszy. Mimo że mistrz zapewnił o nieszkodliwości owego spotkania, bohater czuł że pytanie o jego samopoczucie nie jest zadane z czystej grzeczności. Chyba, że ojciec przełożony martwił się o tym, iż we własnej zadumie Cohen może spaść z dachu podczas wymiany dachówek.

~*~

Ronan pełen entuzjazmu złapał dłoń woźnicy i wskoczył na drewniany wóz. Siadając na prostej ławie na przodzie pospolitego wozu, zauważył iż mężczyzna nic takiego nie wiezie. Chyba, że jego towarem do dostarczenia, była zwykła lniana derka, choć bardziej prawdopodobnym było to, że leży ona na wozie, głównie by przykryć coś co faktycznie będzie towarem. Gdy koń ponownie ruszył ciągnąc za sobą wóz, giermek pozwolił sobie na złożenie za sobą plecaka oraz prostej tarczy, miecz jednak wciąż trzymając przy pasie. Napominając o okolicach żołądka młodego bohatera, trudno ominąć to, że jego organizm uznał trzy godziny jazdy za zbyt długi czas, by pozwolić sobie na nieprzypominanie giermkowi o głodzie.

Giermek zdążył jeszcze lepiej przyjrzeć się swojemu towarzyszowi. Nie gapił się na niego bezpośrednio, jednak kątem oka zauwazył iż, pod luźną lnianą koszulą widać zarysy drobnego pancerza a przy pasie znajdują się dwie zakorkowane fiolki. Gdy mężczyzna odwracał głowę w jego stronę, Ronan albo patrzał się przed siebie, czy to na drogę, czy na kroczącego dostojnie konia, lub też wbijał wzrok pod siebie. Ostatnia z opcji spowodowała, że do ukrytej pod koszulą zbroi dołączyły całkiem porządne, nieco egzotycznie wyglądające skórzane buty. Ronan był pewien, że gdyby sam takie posiadał, szkoda by mu było je ubrać, nawet gdyby musiał jechać wozem, a ich obecny właściciel nosił na nich jeszcze zaschnięte błoto.

- Czym się w ogóle zajmujesz młody panie? - zapytał w pewnym momencie woźnica przeciagając się i wyciągając spod siedziska bukłak z wodą – Wędrowanie tu i tam? Spacerowałeś przez noc, czy jakimś innym trafem znalazłem cię niemal z samego świtu, kilkanaście stajań od murów Broln, gdzie i o karczmę łatwiej i o nocleg. Wody? - zapytał, częstując giermka bukłakiem.
_________________
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-04-01, 18:27   

Cohen przechylił głowę odrobinę w bok, opierając podbródek o własną dłoń, nie spuszczając sir Gudenha z oczu. Teraz już naprawdę poczuł w sobie potężna falę zaniepokojenia. Owszem, obecność mentora dodawała otuchy i roztaczała wokół siebie pewną aurę spokoju, ale... fakt wezwania tutaj z samego ranka, oraz owe pytania sprawiały, iż jasnym dla paladyna było, że to nie będzie dzień taki, jak tysiąc innych w Zakonie. Coś wisiało w powietrzu. Kwestią odpowiedzi było tylko odkrycie, co.

- Od dłuższego czasu śpię spokojnie.

Głos Cohena wypowiadającego te słowa brzmiał bardzo sucho i obco, nawet w jego własnych uszach. No bo i też prawdą było, że sam zainteresowany od dawna nie rozmyślał szerzej nad swoim stanem. Wręcz odwrotnie. Unikał jakiegokolwiek myślenia o tym, co wydarzyło się w Granicy. W jego własnej głowie temat ten, oraz tamte wspomnienia zostały otoczone szczelnym murem, za który nikt od lat nie zaglądał, ani zaglądać nie zamierzał. Nawet sam pobyt w Zakonie po pewnym czasie przestał być przez Cohena traktowany jako pobyt "leczniczy", tylko jako zwykłą, nierozerwalną część jego życia. Zupełnie, jakby znalazł się tu z własnego wyboru.

- Nie zastanawiam się i nie rozpamiętuję. Śpię spokojnie. Ułożyłem sobie życie na nowo i jest mi z nim wygodnie. Odnalazłem tutaj swoje miejsce, pracuję bez chwili odpoczynku całymi dniami, zajmując sobie każdą wolną godzinę czymś, co mogłoby przysłużyć się Zakonowi...

Delikatne wzruszenie ramionami. Co miało na celu to pytanie?

- Odnalazłem tutaj spokój. Ale nigdy nie odnajdę zrozumienia, ani łaski. Rozmawialiśmy już o tym wielokrotnie, mistrzu. Nigdy tego nie odkupię ani nie zmienię. Po prostu. Jedyne, co mogę zrobić, to tu pozostać i nie ryzykować, że coś podobnego kiedyś się powtórzy.

No powiedz to wreszcie... powiedz, że mogę po prostu wrócić na nauki. Że wszystko pozostanie po staremu. Niczego innego nie pragnę.

Spojrzenie Cohena pozostało utkwione w wymowny i wyczekujący sposób w postaci sir Gudenha.
 
 
     
l9indy 
Poszukiwacz Przygód



Wiek: 33
Dołączył: 05 Gru 2007
Posty: 288
Skąd: Radom
Wysłany: 2010-04-01, 21:57   

- Chętnie - krótko zaaprobował chęć napicia się wody i przyjął bukłak. Choć bardziej był głodny niż spragniony to czystą i kojącą wodą nie pogardził.
Jego uwagę przykuły wystające fiolki i buty. Jako, że pancerz był w stanie zrozumieć, bo każdy ma prawo i chęć do bycia bezpieczniejszym tako reszta nie za bardzo mu pasowała do skromnego woźnicy. Giermek zaczął się zastanawiać czy przypadkiem nie natrafił na jakiegoś wędrownego maga, alchemika, albo Bogowie wiedzą kogo. Strachu nie czuł, bo z każdą minutą kompan wydawał się człowiekiem bardziej prawym niż on sam.
- Szczerze to dużo o moim zawodzie opowiedzieć nie można, ale żeby trochę umilić droge to powiem co nieco - rzekł i oddał bukłak - A cokolwiek na ząb znalazło by się w pana asortymencie? - zapytał dość skromnie, bo wiedział, że i tak przybysz mu bardzo pomógł. Nie zważając na odpowiedź i reakcję woźnicy począł krótką spowiedź: - Jeśli chodzi o mój zawód to nic niezwykłego. Jestem sobie o tyle o ile giermkiem, który tak na prawdę nie wie co to znaczy być giermkiem. - zaakcentował podwójnie słowo giermek - Mój początek sięga jakichś dziesięciu lat wstecz kiedy to natknąłem się na wielkiego mi kurwa - podbił - za przeproszeniem oczywiście paladyna. Zaciekawiła mnie jego smykałka do miecza i tarczy a i inteligencją potrafił błysnąć. Wydawało mi się, że będzie on wstanie wprowadzić mnie trochę w profesję. Chociaż na tyle, żebym wiedział o co chodzi. Początkowo szło nawet dobrze, ale wielki mi Paladyn Coher pewnego dnia po prostu spieprzył. Do tego na moim koniu. Fakt, że konia tego sam zwędziłem kilka dni wcześniej, no ale jednak... - zatrzymał się na chwilę przypominając swoje zażenowanie, tego pamiętnego dnia - No i teraz jestem w sytuacji jaką mości pan widzi. To jest błąkam się po Sorii i ratuję piękne księżniczki o blond włosach - zaśmiał się.
Chociaż do śmiechu mu nie było.
- A pan w czym się pała? Że tak spytam?
_________________

All of this has happened before. And will happen again.
 
 
     
Reggirt 
Techniczny Mistrz Gry
Dupotruj Talowy 2.0



Wiek: 37
Dołączył: 21 Mar 2007
Posty: 1351
Wysłany: 2010-04-03, 14:54   

Sir Gudenh wyraźnie westchnął gdy usłyszał odpowiedź młodego paladyna. Skomentował ją cichym skinieniem głowy i pozwolił sobie zamilknąć. Mistrz na pewno miał na końcu języka powód dla którego przywołał do siebie Cohena, acz przez krótki czas widać było jak ponownie ją rozmyśla, patrząc nieobecnie na stojącą w komnacie zdobioną zbroję.

- Prawdą jest że gorliwie służysz Zakonowi – odezwał się w końcu, odchylając się na krześle. - Sam jednak wiesz, że Twoja służba powinna sięgać dalej. Służba naszemu panu nie polega jedynie na modlitwach i pracy w murach budynku. Trzeba otworzyć się z nią na świat.

Mistrz przerwał swoją wypowiedź i spokojnie wstał od biurka.

- Zwłaszcza teraz kiedy, łaska Aesira jest bliżej niż kiedykolwiek, trzeba nieść jego słowo w świat. A któż może zrobić to lepiej, niż ten, którego sam bóg wybrał na swojego sługę. - sir Gudhen podszedł do stojaka na którym wisiał płytowy pancerz i wytarł rękawem drobną skazę którą musiał zauważyć gdy siedział za biurkiem – Ty byłeś w stanie dzierżyć berło Cohenie. Mimo że Aesir miał wielu wyznawców, to właśnie ty bracie otrzymałeś od niego ogromną łaskę. Nie uciekniesz od swoich win. To prawda. Ale prawdą również jest to, że nie możesz schować się przed Sprawiedliwym Aesirem i jego wolą. A ja czuję, że on pokłada w tobie ogromne nadzieje mimo twojego zwątpienia. I ty też to pewnie czujesz, choć sam nie chcesz dopuścić do siebie tej myśli.

Mistrz odwrócił się i milcząc szybkim krokiem powrócił do swojego biruka. Usiadłszy na krześle przeszedł do konkretów.
- A teraz do rzeczy. Chciałem być został wysłannikiem naszego Zakonu i dostarczył coś ważnego do odrodzonego klasztoru Pana w Roeen. Pięć lat wystarczy Cohenie.

Roeen. Miasto wciąż podlegające granicom Civitas znajdujące się jakieś dwa tygodnie drogi od Zakonu Strażników. Na północ. Mimo że w zupełnie innym miejscu, w tym kierunku również znajdowała się przeklęta karczma.

Na północ.


~*~


Woda smakowała rześko, i ochłodziła gardło giermka na tyle, by ten spokojnie mógł odpowiedzieć z kilkoma dodatkowymi szczegółami na zadane przez mężczyznę pytanie. Woźnica zapytany o jakiś posiłek jednak pokręcił przecząco głową.

- Niestety, nie mam nic na ząb. Zjadłem dość dobre śniadanie, wszak sam przyrządzałem, a żona miast zrobić mi kanapki na drogę powiedziała jeno bym wrócił na obiad. - odparł chowając bukłak pod siedzenie, w miejsce z którego wcześniej je wyciągnął – A sam zajmuję się obecnie niczym konkretnym. Kilka lat temu mogłem siebie określić poszukiwaczem przygód, jednak owe przygody mnie porzuciły. - Tutaj mężczyzna przerwał z widocznym wyrzutem patrząc na swoje buty – Albo to ja porzuciłem je. Wiesz pan, kobieta, ożenek, dzieci... Gdzie tam teraz będę z mieczem latał. Człowiek już za stary na sranie po krzakach na bezdrożach w deszczu. - Tutaj człowiek pozwolił sobie na całkiem głośny śmiech, do którego dołączyło rżenie konia, jakby zwierze chciało się dołączyć do emocji właściciela. - Coher? Słyszałem o innym paladynie o podobnym imieniu, aczkolwiek ten drugi raczej do koniokradztwa by się nie załapał. A jeśli już o nim mowa, to podobno kiedyś i w Zakonie Strażników przebywał, a nuż spotkasz paladyna nie tyle z krwi i kości co z ducha i zakonu. A to jest różnica chyba.
_________________
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-04-03, 19:56   

Roeen. Północ. Cohenowi nieobce tak do końca były te rejony.

Paladyn drgnął zauważalnie, gdy padło ostatnie zdanie wypowiedziane przez sir Gudenha. "Pięć lat wystarczy Cohenie". Przez twarz mężczyzny przebiegł skurcz, grymas pewnego niesmaku. Jak można było powiedzieć kobiecie z wyrwanym sercem, iż pięć lat wystarczy? Paladyn miał ochotę zatkać sobie uszy pięściami, udać, że cała ta konwersacja nigdy nie miała miejsca, po czym po prostu udać się na nauki. Stchórzyć. Tak najzwyczajniej w świecie stchórzyć. Oczu nawet na chwilę nie spuszczał z twarzy mistrza. "Ostatnim razem, gdy posłałeś mnie w świat z misją, uwolniłem Zarr'Tahira, pamiętasz?" zdawało się krzyczeć to spojrzenie. Mimo to jakaś wewnętrzna, dawno zapomniana siła... jakieś stare, bohaterskie przyzwyczajenie nie pozwoliło Cohenowi wypowiedzieć tych słów na głos.

- Jeżeli... - głos, mimo starań, drżał mu zauważalnie - ...jeżeli tylko jest taka wola Zakonu, pojadę. Ale, sir, muszę powiedzieć to wprost, że nie czuję się gotowy. Zrobię to, gdyż są rzeczy ważniejsze ode mnie, dla dobra Zakonu... ale uważam, iż przydzielanie mi tej misji jest błędem, sir.

Tylko na taki komentarz mógł sobie pozwolić.

"Pięć lat wystarczy Cohenie". Nigdy. Cała wieczność będzie zbyt mała by zalać bezmiar tej winy, która toczyła jego serce. Nigdy. Śmieszne pięć lat było wobec niej warte tyle, co splunięcie.

- Jak ma wyglądać ta misja? Do Roeen jest blisko dwa tygodnie drogi, co dokładnie i komu będę miał dostarczyć? Sam? - rzekł po chwili paladyn, starając się odgonić paskudne, mroczne myśli, które owładnęły niepodzielnie jego jaźnią.
 
 
     
l9indy 
Poszukiwacz Przygód



Wiek: 33
Dołączył: 05 Gru 2007
Posty: 288
Skąd: Radom
Wysłany: 2010-04-07, 16:48   

Pierwszy raz usłyszawszy słowa "Zakon Strażników" Ronan z rozkoszą delektował się możliwościami jakie takowy zakon mógłby mu zaoferować. Teraz w miarę rozwijającej się rozmowy coraz bardziej stawał się świadomy prawdy jaka przed nim staje.
Zaczął się poważnie zastanawiać na słowami woźnicy i nad jego przyszłymi decyzjami, które nie wątpliwie będą bardzo ważne. Do tego czasu większość wyborów podejmował pochopnie. Teraz jednak widział cień szansy na osiągniecie czegoś znacznie bardziej przewyższającego przydrożne spichlerze. Czegoś o czym od dawna już przestał myśleć, gdyż wydawało mu się to wystarczająco odległe i nieprawdopodobne.
Cóż, chyba jednak i na jego w końcu spadła łaska opatrzności.
Chociaż w sumie to nadal nic pewnego. Gadać każdy może.
- A Coher, Coher, przynajmniej tak się zwał łotr jeden. Nie mogę powiedzieć, że mu wiele zawdzięczam, bo do większości doszedłem sam, ale skubaniec potrafił wykorzystać sytuację. Chociaż może i ja wykazałem się nie lada głupotą wierząc w słowa człowieka, którego zbroja była aż czarna od brudu, a twarz zarośnięta bardziej niż - cóż Ronan w tym wypadku pomyślał o czymś bardzo nie kulturalnym, opanował więc swój język - niż ...
- No tak czy inaczej jestem niezmiernie wdzięczny za informację jaką dostaję od mości pana. Szczerze jest to chyba najlepsza wiadomość ostatnich dni... - dokończył wypowiedź i spokojnie odetchnął.
Bo rzeczywiście innych wiadomości, które byłby w stanie zmienić jego pogląd na aktualnie otaczający go świat nie było. Były tylko, stodoły, spichlerze, obleśne karczmy i niezliczona ilość syfu i brudu jaką do tej pory napotkał.
Światło jakie mignęło w tunelu natchnęło w nim zupełnie nową falę optymizmu i chęci do wszystkiego.
- To jak daleko jeszcze? - zapytał uśmiechnięty.
_________________

All of this has happened before. And will happen again.
 
 
     
Reggirt 
Techniczny Mistrz Gry
Dupotruj Talowy 2.0



Wiek: 37
Dołączył: 21 Mar 2007
Posty: 1351
Wysłany: 2010-04-07, 19:39   

Sir Gudenh spokojnie przysłuchiwał się odpowiedzi młodego paladyna. Siedział na swoim krześle położywszy złożone ręce przed sobą i z uwagą na twarzy przyjął do siebie słowa Cohena. W końcu rzekł co miał do powiedzenia:

- Nie uważam by wysyłanie ciebie drogi Cohenie było błędem. A nawet jeśli to będzie to mój błąd, którego brzemię będę w stanie unieść – Mistrz minimalnie nachylił się nad biurkiem jakby chciał by jego następne słowa były lepiej słyszane i miały w sobie większą moc. Ze swoim ojcowskim obliczem oznajmił – Słyszę drżenie w twoim głosie i zwątpienie w twoich oczach drogi Cohenie, ale nie obawiaj się. Aesir nie raz udzielił ci łaski i udzieli ją ponownie gdy tylko będziesz jej potrzebował. Potraktuj proszę tę misję nie jako surowe polecenie przełożonego zakonu a szansę na odnalezienie łaski naszego pana poza tymi murami.

Sir Gudenh spauzował swoją wypowiedź i wyprostował się na krześle zmieniając swoje rodzicielskie oblicze w rycerską twarz zakonnego mistrza. Głęboko zaczerpnął powietrza i odpowiedział na pytania paladyna.

- W Roeen odbudowany został Klasztor Rycerskiego Światła. - rycerz poprawił się - to znaczy wciąż odbywają się tam prace remontowe, jednak we świątyni odbywają się już nabożeństwa ku chwale Aesira, a żyjący tam kapłani i paladyni dość sprawnie szerzą nauki, także pewnie szybko klasztor stanie w pełnej chwale, na jaką zasługuje. Będzie to zarówno największa siedziba wyznawóc Aesira w północnej części Imperium także na ostatnim konwencie mistrzów zakonnych zostało ustanowione by wysłać tam część obecnie posiadanych figur, symboli czy też relikwii dotyczących naszego pana. Głównie temu by nie wydawać klasztornych pieniędzy na nowe rzeźby i malowidła, a przekazać je na pomoc potrzebującym i na odpowiednie szkolenia. Tymże trafem jako mistrz naszego Zakonu postanowiłem posłać tam Róg Strażnika.

Róg Strażnika był chyba największą relikwią jaka gościła w murach Zakonu, aczkolwiek ręce Cohena dzierżyły dużo bardziej heroiczne Berło Niebios, które na nieszczęście zostało zniszczone wraz Zarr'Tahirem. Sam jednak fakt przekazania Rogu innemu klasztorowi był bardzo szczodry, biorąc pod uwagę, że mimo skromnego wyposażenia Zakon Strażników posiadał kilka całkiem zgrabnych malowideł czy ksiąg dotyczących działalności Aesira.

- Pojedziesz sam, chyba że nalegasz na towarzystwo jakiegoś z braci – kontynuował Sir Gudenh – choć większość z nich nigdy nie była dalej niżeli w Broln. Przynajmniej od czasu kiedy zostali w naszym Zakonie – dodał na szybko – Mówiąc o mieście magów, niedawno poprosiłem tamtejszych rzemieślników zaklinaczy o wykonanie specjalnej skrzyni w której Róg mógłby zostać bezpiecznie złożony i przewieziony do Roeen. Owy ładunek ma być dostarczony dzisiaj, także najpewniej ruszysz popołudniu, lub jutro z samego rana. Jakieś pytania? - zapytał na koniec rozkładając ręce. - Możliwe że przegapiłem kilka kwestii.

~*~


Woźnica z uwaga przysłuchiwał się giermkowi, acz nie komentował i nie oceniał młodego człowieka. Zapytany o drogę oznajmił:

- Godzinka może mniej. Dawno tędy nie jechałem, także możliwy jest błąd w moim osądzie odległości. Ale przed dziesiątą powinniśmy być na pewno.

Ronan przytaknął, przyjmując do wiadomości ilość pozostałego mu czasu. Poczęstowany ponownie wodą pociągnął kilka łyków i oskubał przy tym trochę własnych racji żywnościowych, jednak nie na tyle by stracić z nich cały posiłek, ot jedynie po to by oszukać żołądek, że po krótkich błaganiach doczekał się posiłku.

///l9indy nie musisz odpisywać na razie, jak nie czujesz takiej potrzeby
_________________
 
 
     
DaMi 
Techniczny Mistrz Gry
Narrator



Wiek: 37
Dołączył: 15 Sty 2007
Posty: 3361
Skąd: Toruń
Wysłany: 2010-04-08, 16:49   

Odnalezienie łaski Pana poza murami klasztoru...

Wiara Cohena nigdy nie przeżyła kryzysu. Nigdy nie zwątpił w jej sens, idee, ani cel. Nigdy się od niej nie odwrócił. Zawsze pozostał wierny swoim ideałom. A to, że od pięciu lat zwątpił całym sercem w szanse swojego odkupienia? W szansę wybaczenia swoich win? W to, iż zostanie okazana mu właśnie łaska? Cóż, nikt nie jest idealny... a już z pewnością złamany wewnętrznie, pełen wyrzutów sumienia i złości pod adresem własnych niedoskonałości paladyn.

Skinął głową, komentując jedynie tym prostym gestem pierwszą część słów sir Gudenha. Cohen słyszał już wcześniej z przelotnie wyłapywanych półsłówek rozmów pomiędzy braćmi plotki o budowie, czy też odbudowie nowego klasztoru w rejonie Roeen. Wysłanie im tak świętej relikwii uważał za mądrą i odważną decyzję, która z pewnością nada nowemu punktowi Kultu splendoru oraz powagi. Wszelako...

- Sam? - jeno słowo wyrwało się z ust paladyna, gdy sir Gudenh wyjaśnił dokładnie, czego wymaga od swojego ucznia - Mam zawieźć Róg Strażnika sam? To są dwa tygodnie drogi... nie wiem, jak to teraz wygląda, ale... *dawniej* - zaakcentował ten wyraz wyjątkowo mocno, mając pewien oczywisty czas na ma myśli - przejechanie podobnego dystansu z pewnością wiązało się z wieloma przygodami po drodze. Samotny podróżny z wozem jest wręcz idealnym celem dla wszelkiej maści rabusiów i wagabund.

Cohen westchnął. Rzadko kiedy w ciągu tych pięciu lat miał okazję do prowadzenia podobnych rozmów.

- Chciałbym, o ile możliwe, odzyskać swój miecz i tarczę, oraz otrzymać jakieś wyposażenie na drogę.

Prawdę powiedziawszy, od pięciu lat nigdy nie rozstawał się jedynie z Amuletem Aesira. Swój stary miecz z Otchłani, oraz Skrzydło Adremelecha, służące za tarczę, oddał Zakonowi na przechowanie wieki temu i nie widział ich od tamtego czasu.

- No i uważam... nie, jestem *przekonany* iż tak cenny ładunek nie powinien być eskortowany przez jedną osobę - rzekł z całą mocą, na jaką tylko był w stanie się zdobyć w obecnej chwili.

Jednocześnie, w myślach, starał się przypomnieć sobie wszystko, co w ciągu lat nauki w Zakonie słyszał na temat Rogu. (wiedza: religia)
 
 
     
Reggirt 
Techniczny Mistrz Gry
Dupotruj Talowy 2.0



Wiek: 37
Dołączył: 21 Mar 2007
Posty: 1351
Wysłany: 2010-04-09, 11:22   

Sir Gudenh podniósł zauważalnie brwi, gdy Cohen wyrwał się ze swoją odpowiedzą.
- Trakt ten nie jest tak opuszczony jak mogło by się wydawać - oznajmił spokojnie gdy paladyn podzielił się ze swoim mistrzem wszystkimi swoimi wątpliwościami – Wciąż jest używany dość często, będąc głównym połączeniem między Broln a Wielkim, czy też Księżycowym Lasem. Doszedłem do wniosku że samotny jeździec nie będzie stanowił jakiejś wielkiej niespodzianki, no może prócz tego, że posiada on na plecach skrzydło demona. Oczywiście, że dostaniesz z powrotem swój ekwipunek, oraz postaram się przygotować potrzebne wyposażenie - wtrącił sir Gudenh i wrócił słowami to wcześniejszego wątku – wysyłanie wozu byłoby bardziej narażone na ewentualne napady. Przesyłka ta nie jest takich rozmiarów by trzeba ją było afiszować wszędzie wkoło i oczyszczać teren w promieniu kilkuset metrów od niej. Dyskretne dostarczenie Rogu do Roeen jest tutaj jak najbardziej rzeczą pozytywną. Uznając relikwię za zwykły przedmiot na wyposażeniu podróżnika możemy całą misję poprowadzić sprawniej niż gdyby organizować tę wyprawę jako rytualne przekazanie Rogu Strażnika.

Cohen wciąż skupiony na Sir Gudhenie starał sobie przypomnieć wszystkie informacje jakie posiadał i kojarzył związane z ową relikwią. W dużej mierze przydała się tu wiedza pozyskana w zakonnej bibliotece, choć o samym przedmiocie paladyn słyszał już wcześniej, choć były to informacje raczej skromne.

Przedmiot ten datowany jest na rok około tysięczny obecnej ery dokładniej na czas Wielkich Orczych Najazdów. Gdy tereny Gór Mglistych nie należały jeszcze pod granice Imperium a były terenem niezależnym, właśnie z tamtych rejonów co kilka miesięcy systematycznie ludzkie ziemie nachodzili orkowie. Historia Rogu głosi, że pewnego nocy barbarzyńcy podkradli się do czterech północnych posterunków granicznych i wyrżnęli stacjonujących tam strażników nim którykolwiek zdążył zareagować i zaalarmować leżące kilkanaście kilometrów dalej na południe miasto Abival. Orkowie ruszyli by na miasto niezauważeni pod osłoną nocy i wszelakie akcje ze strony mieszkańców odbyły by się już po ogromnych stratach. W tym samym czasie niejaki młodzian imieniem Syruz pilnował stada owiec którego nie sprowadził na noc do zagrody. Pasterzowi ukazał się podobno sam duch Aesira który nakazał mu ułamać rękami prawy róg najstarszego w stadzie barana i zadąć weń alarmując Anori. Syruz mimo ogólnego zdziwienia postąpił tak jak poleciło mu bóstwo. Róg bez żadnej włożonej siły wpadł w dłoń młodzieńca mając już wyżłobiony środek i ułamane miejsce na ustnik. Pasterz zadął całym powietrzem w swoich płucach by dźwięk alarmu doszedł do murów Anori, choć niektórzy twierdzili że odgłos ten był słyszalny i w dalszych częściach Sorii. Miasto szybko zareagowało i przygotowało obronę dzięki której straty zostały zmniejszone do minimum a orkowie odparci. Sam Syruz został później dowódcą miejskiej straży , a Róg Strażnika został oddany do lokalnej świątyni Aesira.

To jak owy artefakt trafił do Zakonu pod zwierzchnictwem sir Gudenha nie było Cohenowi znane. Sam Róg również nie był specjalnie wyróżniany w siedzibie paladynów. Relikwia ta leżała do tej pory spokojnie w dolnej kaplicy która używana była przeważnie przy większych świętach, jak i procesach święceń nowych członków na rycerzy Aesira.

- Jak mówiłem póki co czekam na specjalny przedmiot który pozwoli na skuteczne przechowanie Rogu. - powiedział po chwili sir Gudenh – Także spokojnie możesz udać się jeszcze na nauki, bądź też pomodlić się przed podróżą czy przygotować w inny sposób. Gdy bracia opuszczą kaplicę poproszę Sarima by przygotował dla ciebie twój miecz i tarczę oraz wydał inne potrzebne Ci przedmioty. Od kiedy on zarządza magazynem wolę pozostawić wszytko jemu. - oznajmił wzruszając lekko ramionami i podzielił się jeszcze jednozdaniową anegdotką - Ostatnim razem skrzywił się bardzo gdy nie zapisałem w rejestrze, że wypożyczyłem dwa krótkie miecze do treningów. Cóż do własnej pracy przykłada się chyba bardziej niż brat Ariusz w kuchni. A to jest już wyczyn Cohenie, nie uważasz?
_________________
 
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Ten temat jest zablokowany bez możliwości zmiany postów lub pisania odpowiedzi
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group