Opis: [...]Wraz z ostatnią wolą swojego umierającego ojca obiecała służyć Ludwigowi Maurowi VI. Pomimo tego, że jest kobietą, wybrała wypełnienie obietnicy poprzez miecz i tarczę. Złożyła przysięgę pieczętując krwią służenie rodzinie szlacheckiej w ich armii. W krótkim czasie dzięki zapałowi i odkrytym zdolnością została przeniesiona z armii prywatnej do gwardii przybocznej. Tam zdobyła sympatię wielu. Miała uczyć się od najlepszych. Okazało się jednak, że pomimo małego doświadczenia ludzie są bardziej skłonni jej słuchać.
~S'arn. Choć jej imię wymawia się [sarn] woli, aby mówiono do niej [Szarn], bo jak sama mówi, lepiej brzmi.
Młoda i piękna kobieta średniego jak na swoją płeć wzrostu. Siłą i kondycją swojego ciała o dziwo nie odstaje na krok od gwardzistów między którymi się znajduje. Ma brązowe oczy, jasne od słońca włosy.
Jej charakter całkowicie odmienia atmosferę, która utrzymuje się między jej podwładnymi. Optymistyczna, koleżeńska, rozmowna i otwarta, gdy przesiaduje przy stołach z najbliższymi jej osobami trzymając w dłoni lampkę jedynego alkoholu, który uznaje: wina. Podczas służby jest nieznośnie pedantyczna, surowa, dokładna, potrafiąca mobilizować, fanatyczna na punkcie pani, której służy. Kolejną drażniącą w niej rzeczą może być fakt, że bez przerwy ma na sobie założoną zbroję. Jeśli w przydzielonym jej pokoju pancerz można zobaczyć odwieszony z pewnością oznacza to, że S'arn również tam jest.
// ---
Oficer oddziału Krótki opis: Funkcja wojskowa pozwalająca sprawniej wydawać rozkazy podkomendnym.
Specjalne: Wszystkie umiejętności Oficera oddziału działają maksymalnie na 45 podkomendnych.
Korzyści: Siła przebicia: Oficer został nauczony aby wydawać rozkazy tak, aby rozkaz był znakomicie słyszany nawet w samym środku bitwy. Każdy podkomendny otrzymuję w ten sposób modyfikator: okolicznościowy w formie premii +10 do testów nasłuchiwania swojego dowódcy, gdy ten wydaje mu rozkaz w różnorakiej formie.
Siła charakteru: Nie ma żadnego ale! W przypadku, gdy podkomendny świadomie sprzeciwia się wykonaniu rozkazu swojego Oficera nie będącym skazaniem na pewną śmierć, przeprowadza się test sporny charyzmy obu postaci. Dodatkowo opierający otrzymuje karę (modyfikator: morale) -5 do tego testu. Test może być przeprowadzany wielokrotnie.
Morale: Dobrze jest wiedzieć co należy robić. Każdy podkomendny otrzymuję modyfikator: morale w formie premii +2 do wszystkich testów, które prowadzą do wypełnienia, bądź wypełniania rozkazu Oficera.
// --- Radok
Opis: [...]Jest to chudy, gibki elf o błękitnych oczach. Wzrost około 175 cm, waga około 60 kg, ciemne krótkie włosy zwykle zakryte przez kaptur. Posiada bliznę na szyi, ale poza tym ma gładką skórę. Ogólnie przystojny, w podróży chodzi w płaszczu z kapturem, czasami nosi koszule. Zwykle porusza się z gracją.
Urodził się na terenie Wielkiego Lasu, ale nie w samym środku tylko raczej na obrzeżach. Pochodzi z raczej średniozamożnej rodziny lecz niczego mu nie brakowało. Lubił leśne wędrówki oraz dość szybko sprawnie opanował łuk. Jest to jego ulubiona broń, został solidnie w niej wyszkolony przez swojego ojca który był bardzo dobrym strzelcem. Jednak to płeć piękna najbardziej interesowała młodego elfa. Natura obdarzyła go urodą i niesamowitą umiejętnością uwodzenia kobiet, zdarzało się również że zapuszczał się w tereny ludzi i "zaprzyjaźniał się" z tamtejszymi paniami. Pewnego razu gdy był na wędrówce spotkał uroczą elfkę co do której poczuł coś mocniejszego niż wcześniejsze zauroczenia. Jednak niedługo dotychczasowa sielankowa sytuacja młodego elfa dobiegła końca. Gdy pewnego razu jego ukochana nieprzybyła na spotkanie, poczuł że coś złego się stało. Po powrocie dowiedział się że pewna organizacja zabiła rodzinę elfki i ją samą. Zginęli w tajemniczych okolicznościach, Radok postanowił że odwiedzi dom elfki i poszuka jakichś dowodów. Po dotarciu zauważył tylko jeden ale może ważny ślad. Był to amulet z symbolem węża, więcej śladów nie było tylko to. Radok niedługo osiągnął dojrzałość i postanowił odszukać zabójców, zamierzał najpierw poznać istotę znalezionego amuletu. Słyszał że niektórzy w lesie mają więcej niż parę oczów a ich słowa są warte złota. Tak oto z małym bagażem Radok wyruszył w przygodę która miała być jednocześnie śledztwem.
Udźwig: 6 (72)
- Aktualny: 21,7 kg
- Obciążenie: -3
CECHY
Czarowanie
Czuły słuch
Czuły wzrok
Doskonałość
Nieśmiertelność
Odnowa duchowa
Odporność na uroki
Szybkość (+3)
Ukrycie
Widzenie w ciemności
Widzenie przez liście
Więź z lasem
Znajomość kierunku
Biegłość w zbroi lekkiej
Biegłość w zbroi średniej
Spostrzeżenie śladu
Zawsze czujny
Szybkie nogi
Wady:
- Choroba lokomocyjna
- Kochaś
ZDOLNOŚCI
Uwodzenie I
Uroda
UMIEJĘTNOŚCI Biegłości:
Unik Poziom 2 - Test = k20 + Zr:18 + Poz.2 = k20 + 20
Tropienie Poziom 2 - Test = k20 + Pe:20 + Poz.2 = k20 + 22
Władanie: Broń strzelecka: Krótki łuk Poziom 5 - Test = k20 + Pe:20 + Poz.5 = k20 + 25
Władanie: Kukri Poziom 2 - Test = k20 + Zr:18 + Poz.2 = k20 + 20
Skradanie się Poziom 2 - Test = k20 + Re:16 + Poz.2 = k20 + 18
Ukrywanie się Poziom 2 - Test = k20 + 1/2 Re:8 + 1/2 Zr:9 + Poz.2 = k20 + 19
Zmysł: Słuch Poziom 1 - Test = k20 + Pe:20 + 10 + 1 = k20 + 31
Zmysł: Wzrok Poziom 1 - Test = k20 + Pe:20 + 10 + 1 = k20 + 31
Jeździectwo (3) Odporność na ból Pierwsza pomoc Rozbrajanie pułapek Tresura Umiejętność (6) Wiedza (2) Władanie: Broń biała (6) Władanie: Broń strzelecka: Łuk Współczynnik: Obrona Współczynnik: Roztropność Współczynnik: Wytrwałość Zakładanie pułapek
Bez biegłości: Rzucanie zaklęć Poziom 0 - Test = k20 + In:11 + 5 = k20 + 16 Wyzwalanie zaklęć Poziom 0 - Test = k20 + Pe:20 + 5 = k20 + 25
CZARY brak
EKWIPUNEK
(Razem: 21,7kg)
Sakiewka zwykła: Waga 0,1kg
- 1 ZM (100)
- 3 S (30)
- 4 M (4)
Opis: [...]Dalin to krasnolud w wieku 105 lat o piwnych oczach i jak na standardy swojej rasy jest dość niski, mierzy zaledwie 138 cm. Nadrabia to jednak budową, posiada imponujące mięśnie i masywną sylwetkę, waży aż 125 kg. Ciało ma pokryte niezliczoną ilością blizn i bruzd, zawdzięcza to stylowi walki berserkera. Co niezwykłe los oszczędził jego twarz. Krasnolud czerpie szczególną satysfakcje ze swojej gęstej i długiej sięgającej do pasa ciemno rudej brody. Włosy ma krótkie i gęste w tym samym kolorze co broda.. Stara się zawsze nosić zbroję im cięższą tym lepiej.
Dalin urodził się w niewielkiej krasnoludzkiej osadzie w Górach Środka Świata. Wychowany w tradycyjnych wartościach swojej rasy: lojalności wobec klanu i rodziny, kodeks honoru i wierności wobec towarzyszy. Już w młodości wykazywał się niezwykłą siłą i wytrzymałością, dlatego bez trudu został jednym z wielu wojowników klanu. W wieku 70 lat poznał piękną, jak na standardy krasnoludów, złotowłosą i niebieskooką Brandę. Krasnoludka była dość niezwykła, chyża i silna jak nie jeden chłop, a pracowała bez lęku w kopalni na najtrudniejszych odcinkach wyrywając górą ich skarby. Połączyła ich miłość tak silna i gorąca jak rzadko się zdarza pośród przedstawicieli tej rasy. Krasnoludy powiadali, że ich miłość jest trwała niczym skała. Po pięciu latach pobrali się i wyprawili huczne weselisko. Dalin przeżywał najszczęśliwsze dnie swojego życia. Małżonkowie ze względu na kolor włosów przezywali się odpowiednio: on ją "złotkiem", zaś ona go "rubinkiem". Sielanka nie trwała długo, zaledwie 20 wiosen po ślubie w kopalni zdarzył się wypadek. Potężny zawał pogrzebał wielu górników wraz z Brandą. Dalin poprowadził ekspedycję ratunkową, gdy po dwóch tygodniach reszta jego współplemieńców podała się, on pozostał sam w mrokach kopalni przesuwając z mozołem głazy. Po wielu dniach odnalazł swoją żonę niestety martwą. Wydał prawie wszystkie swoje pieniądze na pogrzeb. Pochował swoja "złotkę" w krypcie z białego marmuru. Po tym wydarzeniu stracił chęć do życia, stał się agresywny i wulgarny. Szukał ukojenia w alkoholu i szybko popadł w nałóg. Jednak nie przestał być obrońcom klanu, stawał w pierwszych szeregach walcząc z pasją, nie zwracając uwagi na obrażenia. Nabawił się wówczas wielu ran, a jego ciało pokryło się imponująca galeria blizn. Dalin mówił, że gdy zatraca się walce znów widzi Brande. To wszystko sprawiło, że nadano mu przydomek "Szalony Topór". Wiódł więc egzystencję pijanego bersekera przez dziesięć lat, aż pewien młody szlachcic postanowił wyzwać go na pojedynek. Dalin jednak odmówił obawiając się kłopotów ze strony szlachty. Młodzik nie ustąpił, popełnił niewybaczalny błąd obraził zmarłą żonę krasnoluda. Dalin słysząc to wpadł w szał i z miejsca zarąbał młodziana. Najwyższa rada klanu skazała go na banicję, pamiętając o jego smutnej historii i zasługach. Tak więc Dalin wyruszył w szeroki świat, być może będzie mu dane zmazać winne...
CECHY
Cztery żołądki
Krasnoludzki sprint
Naturalnie wytrzymały (+5)
Odporność na magię (+10)
Odporność na trucizny (+10)
Podziemny zmysł
Stabilność (+5)
Szybkość (-2)
Urodzony w zbroi
Widzenie w ciemności
Wydajne płuca
Żywotność
Biegłość w zbroi lekkiej
Biegłość w zbroi średniej
Biegłość w zbroi ciężkiej
Styl walki 1 (Berserk I)
Styl walki 2 (Berserk II)
Styl walki 3 (Berserk III)
ZDOLNOŚCI
Niestrudzony szał berserka I
Niestrudzony szał berserka II
Krwawy berserk
Kijem nie dobijesz
Silne Ramiona
Długi szał I
Talent: Władanie: Broń biała: Topór dwuręczny
UMIEJĘTNOŚCI Biegłości: τ Władanie: Broń biała: Topór oburęczny Poziom 5 - Test = k20 + Zr:8 + Poz.5 + 5 = k20 + 18
Prowokacja Poziom 1 - Test = k20 + Ch:8 + Poz.1 = k20 + 9
Zastraszanie Poziom 1 - Test = k20 + Ch:8 + Poz.1 = k20 + 9
Walka wręcz Poziom 2 - Test = k20 + Zr:8 + Poz.2 + 5 = k20 + 15
Przełamywanie strachu Poziom 3 - Test = k20 + Wo:16 + Poz.3 = k20 + 19
Współczynnik: Inicjatywa Poziom 1
Współczynnik: Wytrwałość Poziom 2
Współczynnik: Obrona Poziom 3
Jeździectwo (3) Odporność na ból Umiejętność (5) Unik Współczynnik: Życie Zwarcie
Bez biegłości:
Wycena Poziom 1 - Test = k20 + In:10 + Poz.1 = k20 + 11 Zachowanie równowagi Poziom 0 - Test = k20 + Zr:8 + 5 = k20 + 13
CZARY brak
EKWIPUNEK
(Razem: 56,3 kg)
Sakiewka żelazna: Waga 1kg (1,5kg)
- 12 ZM
- 20 SM
- 33 MM
Opis: [...]Urodzony: Flumelia (święto ognia) 1395 rok
Ervin'n jest dobrze zbudowanym pół-elfem, ma 192cm wzrostu przy 82kg wagi. Dobrze umięsniony i wysportowany.
Długie blond włosy opadające na plecy gęstą kaskadą zaczesuje je tak aby nie laciały do oczu
i nie przeszkadzały w walce. Ma ciemne oczy, szpiczaste uszy odziedziczył po matce elfce.
Wychowany w elfiej wiosce, dyskryminowany za to, że był tylko w połowie elfem. Mimo, że wychowany przez pobratymców swej matki, odziedziczył wszystkie cechy rasy ojca, oprócz elfiej twarzy - szpiczastych uszu i gładkich rysach twarzy.
ZDOLNOŚCI
Błyskawiczne dobywanie
Gorąca krew
Kijem nie dobijesz
Lizanie Ran
Magiczna niewrażliwość
Pierwsze Uderzenie
Potężny atak I
Specjalizacja w umiejętności I: Władanie: broń biała: miecz półtora ręczny
Sprawność I
Szczęście Bohaterów
Talent: Władanie: broń biała: miecz półtora ręczny
Trafienie krytyczne: Miecz półtora ręczny
Wola życia I
Wykształcenie: Lurtianie
Zawziętość
Zywotny I
Języki:
- Imperialny
UMIEJĘTNOŚCI Biegłości:
Przełamywanie strachu Poziom 3 - Test = k20 + Wo:16 + Poz.3 = k20 + 19
Unik Poziom 6 - Test = k20 + Zr:18 + Poz.6 = k20 + 24
Współczynnik: Inicjatywa Poziom 7
Współczynnik: Obrona Poziom 6
Współczynnik: Wytrwałość Poziom 3
Współczynnik: Życie Poziom 6
Zwarcie Poziom 2 - Test = k20 + Si:15 + Poz.2 + 5 = k20 + 22 τ Władanie: Broń biała: Miecz półtora ręczny Poziom 10 - Test = k20 + Zr:18 + Poz.10 + 2 + 5 = k20 + 35 Jeździectwo (3) Odporność na ból Prowokacja Rzemiosło Umiejętność (5) Walka wręcz Zastraszanie
Bez biegłości: Wiedza: Lurtianie Poziom 0 - Test = k20 + In:10 + 4 = k20 + 14
- Koszula z długim rękawem koloru ciemnozielonego, prawie wpadająca w brąz
- skórzane, czarne, wąskie spodnie
- bielizna
- skórzany pas
- Wysokie jasnobrązowe buty
- Płaszcz z kapturem: Waga: 1kg;
Broń:
(2,5 kg)
- Żałobne OstrzeTra: k20+44 // Obr: 5k10+26 Artefakt // Tra: +9 // Obr: 5k10+14 // PI: 14 // Wyt: - // Pan: - // Waga: 2,5 kg
Krwawienie // Parowanie // Rozbrojenie
- miecz trzymany jest w ręcznie wykonanej na zamówienie pochwie, wykonanej z drewna wzmacnianego metalem i skórą. Całość pozostaje barwy czerni, pasującej do koloru ostrza oraz pokryta jest finezyjnym, krasnoludzkim ornamentem. Pochwę wzbogacono o specjalnie przedłużony pasek i pół-wycięty krój, przystosowany do przewieszania przez plecy tak, by broni można było dobywać sponad barku bez zawadzania o ewentualny plecak.
Zbroja:
Komponenty i Magiczne Przedmioty:
Wyposażenie:
(22,6 kg)
- Plecak podróżny średni - Waga: 2kg - Pojemność: 12,6/25kg
Słabe błękitne światło, pod postacią kłębów puchatych ogników niby nasion jakiegoś mistycznego drzewa, popychanych nieznanego pochodzenia źródłem wiatru swobodnie płynęło w powietrzu z jednego rogu pomieszczenia w drugi. Przestronne wnętrze zdawało się nie posiadać ścian i gdyby nie poustawiane pod nimi regały przeróżnych ksiąg, nie powstawałoby w ogóle ich wyobrażenie. Zależnie od przemieszczających się kosmatych punkcików wystrój naprzemiennie przechodził z konturu w widoczną formę jeśli były w pobliżu i odwrotnie, kiedy się oddalały. Największe skupisko dryfujące pośrodku oświetlało pochylającą się nad potężnym, zasypanym pootwieranymi tomami stołem, postać. Naganne warunki do wertowania, czytania i odszukiwania poszczególnych przypisów nie stanowiły problemu komuś o elfich korzeniach. Ani nie wpływały na gorączkowy zapał z jakim ów osobnik przetrząsał wiadomości.
Dłoń zjeżdżająca z góry na dół po stronie zatrzymała się nagle. Długi palec serdeczny zastukał energicznie w werset.
- Ostatni... To jest to. Wszystko się zgadza. Bezbłędnie.
Z tyłu za plecami w pewnej odległości nerwowo zaszurały kończyny wyposażone w drobne pazurki. Stamtąd też nadciągnęło niesłyszalne pytanie.
- Chciałbym, lecz mam związane ręce w tej sprawie. Teraz twoja kolej. Wiesz co się wydarzyło, przeszukaj nisze, każdy ich zakamarek, a potem porównaj i sprowadź wybrane. Im większe podobieństwo tym lepiej.
Cztery kończyny ponownie zadrobiły w miejscu. Kolejne pytanie.
- Robisz się kapryśny jak rozbyczony ludzki gołodupiec - skwitowała znad stołu postać bez najmniejszego śladu złości, po czym westchnęła garbiąc się. - Rozumiem, że jest tam ich parę dobrych milionów, a ze zwierzętami liczba urasta do parunastu. Co nie wpływa jednak aż tak na powierzone ci zadanie, bo umiesz je rozróżniać.
Mówca obrócił się z ociąganiem, wsparł o blat. Przelatujący wolno tuż nad głową świetlany puszek zalał błękitem znużone, blade oblicze, które zaniedbywało potrzebę snu.
- Ruszaj. Czas na żarty dobiegł końca.
***
Miasteczko blisko pięciotysięczne do którego przybył różniło się od wszystkich jakie dotąd przyszło mu odwiedzić. Nie chodziło bynajmniej o architekturę, niezwykłość lokacji znajdującej się w sąsiedztwie znanego na cały świat przybytku, czy jakikolwiek godny zachwytu atut zamieszkującej je rasy. Specyfika polegała na bezustannym, upartym poszukiwaniu guza przez obywateli, nie robiących sobie nic, absolutnie nic ze straży, która miała pecha pilnować właśnie tutaj porządku. Czegoś takiego Radok jeszcze nie widział, ale jeśli po kimś można się spodziewać wszystkiego co dobre i jak i co złe, to chyba tylko po ludziach. A należało podkreślić, że ich populacja w owym miejscu miażdżyła każdą inną, spychając na skraj rzadkiego widoku.
Szczęśliwie dla niego, nie trafił tu sam. Jak całkiem słusznie podejrzewał, napytałby sobie nie lada biedy przy pierwszej nadarzającej się okazji. Towarzysz Radoka o imieniu Ersyin, leśny elf podobnież jak on, odwiedzał tę miejscowość kilka razy. Dobrze wiedział czego się spodziewać, o czym opowiadał łowcy podczas kilkudniowej podróży ścieżkami wydeptanymi pośród bujnych łąk wyżyn. Za jego też radą zeszli z najczęściej uczęszczanego traktu, by bez zbędnych komplikacji dotrzeć do celu.
Ludność ta bowiem, w trzech czwartych będąca prostym chłopstwem, z przyczyn ukrytych przed gołym okiem, dość źle znosiła obecność cudzoziemców, jak i innych ras wśród nich. Widok takowych powodował, że zachowywali się nerwowo, niespokojnie i w razie luźno spoczywającego pod ręką dowolnego narzędzia ostrego prędcy byli demonstracji jawnej agresji. Zbita, konserwatywna społeczność trzymająca się razem, swojego miasteczka, swoich wypasanych trzód, posiadłości, nie darzyła sympatią czegokolwiek z zewnątrz.
Czegóż można było tu szukać? Po cóż nawiedzać nieprzyjazną mieścinę, gdy nie jest się w niej mile widzianym? Przyczyna leżała w rozmowie sprzed tygodnia, zasłyszanej przypadkowo pod jedną z imperialnych karczm w drodze powrotnej do ojczystych lasów. Z nie byle jakim udziałem skłonności Radoka do pomagania bliźnim, która pchnęła go do dobrego uczynku, poprzedzonej niewymagającą okolicznością zarobku. Świadom, że im więcej uzbiera, tym dłużej starczy mu na prowadzenie osobistego śledztwa, nie marnował nadarzającej się okazji. Konwersujący zażarcie brat i siostra, patrząc na nich samym kątem oka, wliczali się w krąg dobrze prosperującego stanu zamożności. Co do czego łowca nie śmiał wątpić. Kiedy dialog przybierał na decybelach, a Ersyin zaprotestował, mimo próśb elfki, że w pojedynkę nigdzie się nie ruszy, Radok przejął inicjatywę. Wybrał idealny moment, jakoże dwójka jednoznacznie i już dość głośno obnosiła się opinią poszukania ochotnika.
Dowiedział się niedługo potem, że rzecz idzie o brata z trójki rodzeństwa, który wyruszył do Durterynu gdzieś u podnóży Mglistych Gór ludzkiego państwa z zamiarem założenia tam działalności handlowej i przepadła po nim wieść. Tak nagle jak nagle coś się wydarza i nie kojarzy się z niczym przyjemnym.
Elfy zwolniły kroku na kilka metrów przed wejściem - znacznej szczelinie w okalającej miasteczko chudej warstwie muru. Na widocznym zza niej skrzyżowaniu udeptanych dróg, do którego jak się patrzyło jedna wiodła wzdłuż szpaleru domostw o pobielanych ścianach, panował właściwy dla popołudnia ruch. Chowającemu się za chmurami słońcu daleko jeszcze było do zakończenia dnia.
- Jesteśmy na miejscu. - oznajmił Ersyin mierząc wzrokiem okolicę. Przy rzekomej bramie nie sposób było dojrzeć jakiegokolwiek strażnika. - Mój brat Vestis rezyduje niedaleko stąd. Przynajmniej tak było poprzednim razem. Za murem skręcimy w lewo, idąc wzdłuż dojdziemy do jego domu.
***
Bezkresna dzicz wyżyn z rysującym się coraz wyraźniej ponad nimi masywem Gór Środka Świata. Musiał się znaleźć gdzieś niedaleko Imperium, jeśli nie już na jego terenach. Istniała więc duża szansa na odnalezienie jakiejś osady, gdzie mógłby się zatrzymać, zjeść, zadbać o siebie, zarobić nieco złota. Spojrzeć na rzeczywistość z zupełnie innego punktu widzenia. Gdzie mógłby zacząć wszystko od początku. Wierzył, że się uda.
Zjeść i się napić, jakże banalna, przyziemna się ta myśl wydawała, gdy usłyszał burczenie dochodzące z brzucha. Myśl, jego własna. Tylko jego, Ervina Ichaera. Po tym wszystkim co przeszedł, wszystkim co zakończyło starcie między nim, a mrocznym rycerzem.
Miał ze sobą stosowne ku wędrówkom zaopatrzenie, wystarczające na parę dni. Na razie nie musiał się o nic martwić. W plecaku znajdowały się wszystkie potrzebne mu do przeżycia rzeczy. Od racji żywnościowych i wody lub hubki i krzesiwa po namiot czy koc. W przypadku, gdyby czegoś zabrakło może
Jeszcze nigdy idąc przed siebie, nie czuł się tak wolny. Kłosy traw zdawały się nie uginać pod nim, powietrze smakowało inaczej, lżej. Wyzwolony i rześki.
***
Alkohol. Jeden kufel, drugi, trzeci i każdy kolejny wzmagał wesołość. Podniesione tony pijackich toastów niosły się pod sufit i gdyby zapytać o zdanie wynajmujących tej nocy pokoje w gospodzie "Rudź", przenikały przez podłogę jak wskrzeszane z pola bitwy duchy i niosły się jeszcze wyżej. Gdyby. Bo nikt nie miał odwagi zejść i wyłożyć grupie krasnoludów w zaawansowanym stopniu upojenia, by zamknęły mordy i przestały się wydzierać. Nikt nie odważył się na tak ewidentnie samobójczy czyn. Słusznie. Bowiem gdy rzeka piwa i stawianych przez kogoś kolejek pływnie, zrywa wszystko dookoła. Lepiej nie stać przy brzegu próbując ją powstrzymać. A picie na czyjś koszt kończy się w dwóch przypadkach. Albo skończy się pieniądz sponsorujący dostęp do tego wspaniałego nektaru, albo upojenie przekroczy granicę możliwości i delikwent nie wciśnie w siebie ani kropelki spływając w odmęty snu.
W tej chwili bynajmniej trójka krasnoludów zasiadająca przy okrągłym, nadgryzionym już użytkowaniem stole, piła, biesiadowała i dzieliła się opowieściami najciekawszych historii jakie im się przytrafiły, wyryły w pamięci, nadawały się akurat na tę chwilę, gdy wszyscy się czymś chwalili, podkolorowując czasem niewinnie przypisywane zasługi. Dalinowi podobnie jak i reszcie kompanów do których się dosiadł, udzielał po równo procentowy nastrój.
Kiedy jednak przybliżał najskuteczniejszy sposób uciszenia elfa, czyjaś ręka szarpnęła go za kołnierz do tyłu. Zanim zdążył zaoponować, posłyszał już wyprowadzone wyjaśnienia, przeprosiny doprawione terminem: To bardzo ważne. Krasnoludy nie do końca zadowolone z uprowadzania im towarzysza do wypitki wstały, ale ten sam głos zakwestionował zaraz osobę karczmarza coby dobrze dbał o swą klientelę. Kończyło się piwo, brzęknęły na stole monety. Szybko po nim pojawiły się kolejne pełne kufle.
Tymczasem Dalin został wyprowadzony na zewnątrz w ciemność nocy oświetlanej licho kilkoma pochodniami. Postawnemu jegomościowi o ciemnordzawej splatanej wwarkocz brodzie mocno się spieszyło. Mimo plączących sie nóg próbował prowadzić w sobie znanym kierunku Dalina.
- ... Słuchaj, wiem że mogę na tobie polegać. I że tylko ty sobie z tym poradzisz najlepiej - głos zdradzał poddenerwowanie właściwe komuś komu się grunt tyłkiem zapalił. - Straciłem kontakt z ostatnim wspólnikiem i do cholery nie mogę się ruszyć stąd, gdy praca wre pełną parą, a minerał sam wyskakuje pod kilof. Ale ty... ty mógłbyś. To niedaleko. Jakby stawiali opór rozwaliłbyś kilka łbów.
Mówił dalej w słowotoku, zapominając że grubo ponad połowa tego co próbuje przekazać nie dociera do uszu wojownika.
- Ludzie i ich psia mać problemy kiedyś doprowadzą mnie do ruiny. Idziesz im na ugodę, stajesz na brodzie by się dogadać, a i tak w końcu to oni coś spierdolą.
***
Skrzypiało. Z każdej strony. Natrętnie, niemiłosiernie. Dźwięk bezlitośnie wlewał się do uszu jak ściekająca rynną deszczówka do beczki. I kołysało, a wraz z subtelnym nachyleniem w prawo lub w lewo przechylały się wszystkie bebechy w trzewiach. Był tam jeszcze miarowy chód podkutych kopyt, z rzadka parsknięcie, a nieopodal toczyła się konwersacja, której imperialne słowa były, mimo wszystko zbyt niewyraźne, by podsłuchać czego dotyczy.
Wracające stopniowo czucie w ciele, oznajmiało Rohinowi, że podłoże pod nim nie należy do stabilnych. Ból w rozchlastanym boku, upamiętniający obrót wydarzeń z Granzy, zmalał do tępego, rwącego ostrzeżenia całkowitych przeciwwskazań dla wykonywania gwałtownych ruchów. Ale żył, to nie ulegało wątpliwości. Otarł się o śmierć od broni białej, głodową, z wyczerpania i ubytku krwi. Nie zdołały go dobić. Mógł tu mówić o cudownym szczęściu. Możliwe, że w krytycznej sytuacji pomyślane życzenie, nieopacznie się spełniło. Ojciec czuwał nad swym synem i się nie godził by potomka zwyczajnie utrupiono. Albo też zaszedł jeden ze zdarzających się raz na kilka lat zbieg okoliczności, splot przypadków nakazujących jednostce myśleć, że jest kimś cholernie wyjątkowym, bo tyle razy z pozoru pokrzyżowała plan wszechświata.
Rohin nie był pewien co się stało potem, gdy pozostawił za sobą karczmę. Do Granzy przybył wiedziony niesprecyzowanym zamiarem zemsty na orkach, a przyszło mu miast tego przełknąć druzgoczącą prawdę o dalszych losach Legionów Sprawiedliwych, po śmierci swego przywódcy i upadku kapitanów. Pamiętał, że próbował pochwycić przepiórkę, że ten głupi kuropodobny ptak zdołał go przechytrzyć i zwiać. Jak również doskwierające pragnienie, nie obchodzące się z nim łagodnie. Nim wojownik stracił przytomność dotarł do jakiegoś traktu, na tym wspomnienia się kończyły.
Teraz leżał. Słaby i obolały z zamkniętymi oczami, nie dając poznać, iż się ocknął. Jednak wszechobecne skrzypienie oraz przechylanie się co rusz podłoża, nie zachęcały do pozostawania w tej pozycji. Przyprawiały o mdłości. Na domiar wszystkiego, coś nad nim jakby drgnęło. Wydało dźwięk silnie kojarzący się z trzaskiem mocnego węzła puszczającego właśnie co trzymał. Parosekundowy moment i... kaskada cebul zbombardowała Rohina. Odruchowo wzniósł ręce osłaniając głowę przed warzywami po tym jak pare zdążyło zadać cios i się taktycznie odturlać. Nie było mowy już o leżeniu i udawaniu nieprzytomnego. Zaistniały hałas przerwał rozmowę.
Śmiertelna powaga, a potem duszony śmiech i głos ledwie powstrzymujący się by nim nie wybuchnąć:
- Wszystko w porządku, panie?
***
Gwardia. I to jeszcze jaka. Żadna nie rozsławiła się tak po Civitas ze swego zamiłowania do burd, picia i ściągania szeroko pojętego znaczenia kłopotów na siebie jak i dach pod którym się zatrzymali. Żadna nie miała za przywódcę młodej szlachetnie urodzonej dziewuchy z głową po brzegi wypakowaną mało prawdopodobnymi powiastkami. A już na pewno nie było takiej co by się specjalizowała w weryfikacji prawdziwości każdej z nich. Tylko małe przyboczne wojsko Bernette mogło być do tego zdolne.
Wystarczała wzmianka o bogactwie, treści nieomylnie wskazującej na niebezpieczną, porywającą wyprawę, by bez zmiłowania zarządzić hałaśliwą mobilizację. A gdy po roku wyczerpały się fundusze mobilizacja przybierała na sile by je zgromadzić. Jeszcze dwa lata trwało jakieś picie, jakieś warunki, jakieś zaopatrywanie się, do czasu aż Bernette kategorycznie powiedziała dość. Jak mogą tropić wspaniałe skarby, skoro muszą się przejmować przyziemną kwestią finansową? Tak być nie mogło.
Słowa o powrocie spotkały się z poparciem. I choć niektórzy żywili nadzieję, że to już koniec, uśmiechająca się bezczelnie córucha Maura, miała własny diabelski plan. Prócz tego rzecz jasna o uszczupleniu zasobów pieniężnych ojca. Dał jej gwardię, więc i wyłoży na dalsze szalone pomysły.
Nie było jednak dane S'arn, poznać owego planu, bowiem niedługo po przybyciu do znajomych włości, Ludwig przydzielił jej inne zadanie. Uprzedzając, że wymagać może ostrożności; tamtejsza ludność jest trudna i nieraz sprawia problemy. W jednym z posterunków gdzie pełnią straż jego ludzie, zginął niefortunnie kapitan podczas służby, a jednostka pozbawiona dowódcy jest bezużyteczna. Polecił by S'arn udała się na północ do miasteczka Durteryn znajdującego się u podnóży Gór Środka Świata.
I tak, po dniu odpoczynku, pożegnaniu się z Bernette, otrzymawszy prowiant, wodę, pokaźny mieszek w którym podzwaniały monety i rączego gniadosza, znów była w podróży. Nudnej i dziwnie pustej, bez towarzyszącego zawsze jazgotu kompanii. Zadziwiające jak bardzo można było się do niego przyzwyczaić.
Koń szedł stępa traktem poznaczonym śladami kół. Zgodnie z tym, co powiedzieli jej napotkani kilka godzin temu podróżni, dzień ją dzieli od miejsca docelowego. Niedaleko, jeden nocleg pod gołym niebem, przy ognisku. Dookoła nie działo się nic wymagającego uwagi, żadnej żywej duszy, co sprzyjało jej koncentrowaniu się wokół wspomnień absurdalnych, zabawnych czasów ścigania nieistniejących skarbów. Może te czasy jeszcze kiedyś wrócą, może nie. Ważniejszy od nich był rozkaz, jeśli można tak określić prośbę ciapowatego Maura IV.
Ostatnio zmieniony przez Idrin 2012-09-09, 15:39, w całości zmieniany 9 razy
Dalin był rozsierdzony, przeszkodzono mu w biciu i zabawie. Już miał zaprać głos w dyskusji o uciszaniu elfów, znał świetny sposób, który przekazał mu dziadunio. Dziadek zarzekał się, że jest to najlepsza metoda uciszania elfów, wielokrotnie sprawdzona przez rzesze krasnoludów. Wiązała się z bliższym zaznajomieniem głowy elfa ze ścianą. Dziadunio opowiadał jak ratował się w ten sposób, gdy elf zaczął śpiewać. "Nigdy nie słyszałem gorszego dźwięku, uszy od tego więdły. Głos miał wysoki i piskliwy jakby ktoś ścisną mu jaja w imadle. Ble okropieństo!" - Krasnolud uśmiechnął się wspominając słowa dziadka. Poczciwy stary dziadunio. Teraz jednak zamiast radować towarzyszy ta opowiastką musiał sterczeć na dworze. Jeśli to się okaże żartem, ktoś dostanie w mordę.
- Kurwa! Ktoś ty? I czego chcesz? - Nie wytrzymał i warknął nim tamten zdołał coś powiedzieć. Potem słuchał co ma do powiedzenia. - Może i pomogę! Ale kurwa za odpowiednią opłatą. Ymp! - Pijacka czkawka spadła na niego z pełną mocą. - A tak właściwie co mam robić?! Ymp! Ymp!
Nie za bardzo dotarło do niego co miał zrobić, może to przez alkohol szumiący w uszach czy mętne tłumaczenie jegomościa. Miał kogoś znaleźć? Zajebać? Dać w mordę? W sumie każdego z zadań mógł się podjąć, byle po pijaku nie zmienić nagle celu. Pomyłka mogła go drogo kosztować.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2012-07-08, 14:14
Radok spojrzał na towarzysza i rzekł:
- Prowadź, cieszę się że wreszcie dotarliśmy do tego miasta.
Następnie ruszył za nim, elf musiał przywyknąć do przebywania w mieście, nie lubił tej szarości ale miał zadanie. Trochę dziwne i skrywające tajemnice, w stylu tych które mogą być łatwe ale mogą potem nagle okazać się ciężką przygodą. Łowca zawsze zachowywał czujność, w tych terenach szczególnie. Rozglądał się po mieście, obserwował okolice i tutejsze życie. Musiał dowiedzieć się co się stało. W sumie były to łowy, też musiał wytropić cel.
Wiek: 33 Dołączył: 05 Gru 2007 Posty: 288 Skąd: Radom
Wysłany: 2012-07-08, 17:45
- Komuś ma się kurwa stać krzywda!
Cięcie przyszło znienacka. Miecz wszedł głęboko.
- Kończ to!
Krew. Wszędzie krew.
Zemsta.
[...]
Pieprzona Granza. Pieprzone Legiony Sprawiedliwych.
Rzeź, jaka tam miała miejsce ciągle tkwiła w pamięci wojownika. Sceny przewijały się przed jego oczami tak szybko, jak to w czasie burzy błyskawice rozświetlają ziemię ukazując teren dookoła. Z tą jednak różnicą, że wszystko to, co dokonało się w Granzie przesłoniło całą przyszłość o jakiej Rohin marzył, do jakiej dążył. Stało się to pod wpływem impulsu, emocji. Pieprzonych emocji, nad którymi on nie potrafił zapanować. Nie pierwszy z resztą raz.
Zero litości, brak opanowania.
Teraz cierpiał. Dogorywał za grzechy, których dokonał. Choć momentami nadal jego sumienie prowadziło walkę i broniło się, uzasadniając jego zachowanie to wgłębi duszy wiedział, że splamił swój honor. Zawiódł przede wszystkim siebie. Egozim wypłynął tutaj na szeroką wodę, dokonał abordażu na każdym napotkanym przeciwniku i ukazał swoje prawdziwe oblicze.
- Czegoś ich zabił skurwysynu?! Za mało było Ci krwi?!
W tym momencie już nic nie miało dla niego znaczenia. Zapomniał po co przybył w te strony. Nie wiedział kim jest, co począć, a najważniejsze po co? Jedyne co odczuwał w tym momencie to jeszcze świeże rany. Zaś jedyne o czym myślał, leżąc bezsilnie na ziemi to blizny jakie po nich pozostaną. Blizny, które będą przypominać mu o tym kim się stał.
Słyszał przechodzących ludzi. Do jego uszu dochodziły słowa, nic nieznaczące zdania. Oczy już dawno zamknięte oznaczały, że za chwilę Morfeusz obejmie go swymi ramionami, kto wie czy nie po raz ostatni. Coś jednak drgnęło, jakaś iskierka zapaliła się w tunelu. Ostatni zmysł, który jeszcze w miarę funkcjonował poczuł zapach. Zapach cebuli...
Rohin, chwilę po uchronieniu się przed atakiem warzyw odwrócił się twarzą do ludzkości, do życia. A ono brutalnie przywitało ironicznym uderzeniem w twarz, zapytując czy wszystko w porządku.
Świetnie, idealnie, po prostu kurewsko miło.
- Na pewno byłoby lepiej, gdybyś pomógł mi się podnieść z ziemi - odpowiedział - po czym dodał z ironią - Panie.
I wzniósł dłoń do góry, oczekując na wsparcie.
Jegomość wlokący za sobą Dalina spuścił z tempa. Zatrzymał się uwalniając z uchwytu kaptur ciągniętego.
Nie wydawało się by tracił rezon z powodu niebezpiecznie wkurzonego osobnika, któremu bezceremonialnie przerwał popitkę. I pewnie nie poważyłby się na podobny gest z czystej głupoty lub kaprysu bądź faktu, że też był krasnoludem. Jak przystało na sytuację, byłby wściekły. Jednak zanim przysposobił się do jaśniejszych wyjaśnień, musiało mu o nich przypomnieć kilka w gniewie rzuconych kurew.
- Ktoś kto wjebał pokaźny kawał fortuny w obiecujący interes, a teraz owy interes wisi na włosku przez sparchaciałą bandę ważniaków od krzewienia wiary. Do kurwyż nędzy... - zagrzmiał, a ręce mu chodziły wokół pasa, nie mogąc się na niczym zacisnąć. – Jakbym teraz tam się znalazł... - potrząsnął gniewnie brodą. - ...Nie byłoby co zbierać.
Jakkolwiek znalazł się w karczmie, a następnie z niej wypadł, musiał się obłędnie spieszyć, by nie wziąć broni. Krzywo zapięta koszula opinająca tors, buty założone nie na te nogi co trzeba i być może nawet gacie na lewej stronie, składały się na nieco groteskowy obraz. Zarazem bogaty w upstrzone droższym kruszcem szczegóły. Na mankietach i nierówno ułożonym kołnierzu niechętnie w blasku ognia eksponowały się misterne wykończenia. Mięsiste palce uciskało kilka obręczy cennych pierścieni, w tym na środkowym, sygnet. Pod koszulą natomiast starało się skryć zgrubienie ogniwa łańcucha, okalającego krępą budowę jegomościa.
Gdy wydawałoby się wyrzucił z siebie powód zdenerwowania, chwilę obracał oczami jakby szukał czegoś w pamięci.
- Furder jestem. Naturalnie zapłacę ci szczodrze, mało tego będziesz mógł tydzień pić i biesiadować na mój koszt w ramach rekompensaty.
***
- Ucieszysz się jeszcze bardziej, gdy tylko je opuścimy - stwierdził stoicko przez ramię siląc się na uśmiech. - Bywałem w różnych miastach, ale to jest nietypowo odrzucające.
I po drugiej stronie nie uświadczyli obecności strażników. Nieco dalej jakieś dwadzieścia pięć metrów od nich dojrzeli paru ludzi odwróconych plecami: kobieta trzymająca coś w rękach przed sobą, mężczyzna z przerzuconym lnianym worem i dwójka innych nieco dalej, zamarłych w bezruchu, który przerwał im cykl wykonywanych codziennie zajęć. Nasłuchiwali czegoś, jak zahipnotyzowani. Za progiem lichej kamienicy, trwała zażarta kłótnia.
Ersyin z podejrzliwą ciekawością szybko omiótł wzrokiem mieszkańców i jak oznajmił Radokowi wedle planu, skręcił w lewo. Nie chciał strać na widoku, ale też się nie skradał. Obrał taktykę schodzenia z zasięgu wzroku.
Chyląca się nad drogą kamienica nie dotykała muru, nie miała też ogrodzenia, ani niczego co przeszkodziłoby wkroczyć na podwórko za nią.
***
Morderca, morderca... MORDERCA!
Salwę wspomnień podsumowało to ostatnie dobitne oskarżenie. Oddalając się w ciszę z budzącym dreszcz urywanym, zajadliwym chichotem. Czy to było sumienie?
Otworzywszy oczy Rohin uświadomił sobie, że leży pośrodku dna korytowatego kształtu zagłębienia wozu, jakie są rozpowszechnione wśród wiejskich gospodarstw. Spadziste ścianki zastawione były skrzyniami poustawianymi wzdłuż nich. Niektóre stały jedna na drugiej, lecz tak by nie podusiły wystających z nich różnorakich warzyw i owoców. W otoczeniu skrzynek gdy nie wystarczyło w nich miejsca, również nie brakowało worków, o podobnej zawartości.
Owa ludzkość, ogorzała na obliczach, skupiała się na nim przypatrując z uwagą znad kozła. Powożący starszy człowiek blisko czterdziestki, obrośnięty na twarzy ciemnym zarostem jak małpa i siedzący obok niego młodzik zdradzający wykapanie te same rysy, zapewne syn o zmierzwionych równie ciemnych, krótko ściętych włosach.
- Nauczyli gadać „panie” to żem o panach gada - prychnął, a potem szturchnął łokciem młodego. - Pomóż mu siąść Sammel, nim potłuką go jeszcze kapuściane łby.
Chłopak bez zwłoki ruszył na pomoc Rohinowi. Ten jako pełnoprawny żywy odbierał całym sobą zewnętrzne bodźce, w tym zapachy. Intensywna woń cebuli wypełniająca wóz atakowała nos, rozbudzając z każdym wdechem pusty niczym dziurawa kieszeń żołądek. Mózg postrzegający samo warzywo jako jadalne, nie przejmował się, że w tej formie do najsmaczniejszych nie należy. Coś jeszcze dopominało się uwagi Rohina. Odpowiedzialne za wcześniejszą utratę przytomności pragnienie, zaciskało się dusicielsko na gardle.
Sugerowała, wymyślała, kombinowała - Nie udało się. Maur nie dał się podejść i końcowo nie zmienił zdania. Po paru latach jeżdżenia nie mogła ani zostać, ani pojechać do Durteryn ze swoimi przyjaciółmi, za którymi prawie umarła z tęsknoty. Miała jeden dzień i zamiast go spędzić w swoim najlepszym gronie, aż można powiedzieć rodzinie, była podkuta, niezadowolona i zła. Na los, na pogodę, na ćwierkające ptaki, na rozkaz, na Maura i przede wszystkim na siebie. Zamiast szukać kontaktu z dawno niewidzianymi osobami, po decyzji Maura, unikała wszystkiego. Tak też minął ten jeden upragniony i długo wyczekiwany czas powrotu do domu, którego finałem było przywitanie małego ostrza, by te pomogło w upuszczeniu nadmiarowych emocji z ciała. Do poranku jednak nie było na co narzekać, gdyż jeden z przyjaciół zjawił się na całonocne intensywne odwiedziny, które nieco uśmierzyły zadany sobie ból.
Tak znalazła się znowu w drodze, tym razem sama, znów bez swych przyjaciół, na koniu. Na szczęście w swojej zbroi i sztandarem, który cały czas dumnie powiewał pod niebem. Tak to jest jak istotę stadną wywiezie się do samotni, która jest nieznośna w niekontrolowanym nadmiarze.
Liczenie drzew znudziło się, liczenie podskoków podczas konnej jazdy znudziło się, liczenie prób liczenia czegokolwiek znudziło się, liczenie czegokolwiek znudziło się, cokolwiek czegokolwiek znudziło się. Nie było do kogo się odezwać a nie była obłąkana, by mówić cały czas do siebie. Nie było z kim się po przepychać, podrażnić, po prostu nic. Jechała na skazanie. Od dnia poprzedniego humor nie za specjalnie się pojawił. Jechała ze skwaszoną miną i niezadowoleniem, oraz piekącą krechą, gdy naciągała skórę swojego boku.
Po jakimś czasie odpuściła sobie dalszą podróż. Mając kiepskie towarzystwo w formie średnio wygadanego konia, znalazła dogodne miejsce, by w końcu zrzucić się z wierzchowca, wyprostować kości i poleżeć przynajmniej godzinę na trawie patrząc się pusto w niebo.
- Zabijcie mnie... Dłużej nie wytrzymam... - Rzuciła w kierunku nieba w eter.
Zamykając oczy okazało się, że umysł był jeszcze w stanie funkcjonować. Był zdolny nawet do tego, by ułożyć krótki, nieszczegółowy plan tego, co ma zamiar zrobić u celu.
Zbadać powód i okoliczności śmierci byłego kapitana straży.
Znaleźć osobę odpowiednią, by kontynuować jego obowiązki.
Nie miała zamiaru koczować tam wieczność. Chciała wracać jeszcze przed dotarciem na miejsce.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-07-10, 11:32
Przyjemność samotnej wędrówki, której już tak dawno nie uświadczył, wymalowała na jego twarzy lekki uśmiech. Bardziej lekkie wykrzywienie warg, świadczące o dobrym samopoczuciu bohatera. Mogąc przemierzać nieznane mu tereny, mając tylko siebie i żałobne ostrze za towarzysza. Ostrze. Tak, to była jedna z rzeczy która jednocześnie poprawiała i pogarszała mu humor. Miecz żył własnym życiem, kiedy tylko chciał, często nie pozwalał Ervinowi na wybór drogi, ponieważ sam wtedy wylatywał z pochwy i leciał w przeciwnym kierunku? Dobrze mu radził, czy bawił się z nim? Całe szczęście, od kilku już dni miecz grzecznie leżał na swoim miejscu. Szedł w stronę, w którą mu pasowało, gdzie będzie można wyssać komuś dusze. Dosłownie. Żądza zabijania, która ujawniała się w mieczu mogła niedługo dać o sobie znać. W końcu minęło już parę dni od kiedy miecz pożywił się świeżą duszą. Twarz półelfa zmieniła się w wyniku rozmyślań na temat miecza. Zabijanie z powodu kaprysów miecza nie należało do najprzyjemniejszych. Inną sprawą było to, że Ervin miał gdzieś, czy osoba którą zabijał była czemukolwiek winna. O ile za zabicie jej nie poniesie żadnych konsekwencji.
Ranek, popołudnie, wieczór? Nie wiedział dokładnie jaka jest pora dnia, nie zwracał na to uwagi? Może i tak. Bądź co bądź, krajobraz wokół niego zmienił się. Nie był już na leśnych terenach otaczających jezioro Erx. Wokół niego wznosiły się góry i pagórki, wzniesienia charakterystyczne dla bardziej cywilizowanej części imperium, wychodzącej już z jej pustynnych kresów. To znaczy, że miecz prowadził go dobrze. Wracał w znane mu strony. Jakie zmiany zaszły w imperium pod jego nieobecność? Nie był w stanie stwierdzić, jak długo pozostawał w zaświatach, ile czasu minęło, zanim jego ciało i dusza powróciły do sorii.
Jebać te filozoficzne frazesy. Liczyło się to co teraz. Głosy w jego głowie zamilkły na zawsze, uwięzione w zimnej stali żałobnego ostrza. Teraz był sam, a w jego umyśle wybrzmiewała czarna jak stal jego nowej broni cisza.
Słońce ogrzewało jego twarz, gdy schodził ze wzniesienia, kierując się w kierunku, w którym, wydawało mu się, będzie imperium. Podchodzenie pod wielkie góry środka świata było dla niego równoznaczne z samobójstwem, długim i zimnym na dodatek. Nie lubił zimna. Odnalezienie jakiegoś miasta było dla niego priorytetem. Uzyskanie wieści ze świata, usłyszenie w końcu języka imperialnego, jedynego jaki znał.
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2012-07-10, 15:08
- Jeszcze jakby to było jakieś znaczące ludzkie miasto to można by wytrzymać ale coś czuję że tutaj biedota rządzi. A wieśniacy uważają że jesteśmy pomiotami demonów, ktoś innej rasy niż człowiek jest uważany za zło. Mam nadzieję że nie będziemy musieli zbytnio się z nimi integrować. Robimy to co należy i trzymamy się z dala od ludu.
Radok mówił do towarzysza po elficku, przynajmniej mieli tą przewagę że nikt ich nie rozumiał. Szedł w stronę celu zdecydowanym krokiem, chciał jak najszybciej dotrzeć do celu i zacząć śledztwo. Łowca rozglądał się po okolicy, zawsze zachowywał czujność a to miejsce nie zachęcało do spokoju i braku kontroli. W sumie to nigdzie nie można się czuć bezpieczne, po prostu są miejsce takie jak to i są miejsce takie jak własny dom.
- Ymp! Kurwa, a co się religia wtrążala to twoich interesów? Ymp!
Czkawka nie odpuszczała, tylko solidny kufel piwa mógł ją pokonać, niestety w tym momencie nie był pod ręką. Dalin zezował na rozmówce. Wojownik nie orientował się w trendach wiary. Nie znał religii zabraniającej kopania i robienia interesów. No może druidzi, ale oni przykuwali się do drzew, a nie do skał. Po śmierci Brandy nie uznawał, żadnego bóstwa. Pozwolili jej odejść, nie są godni wiary. Jedyny bóg jakiego berserker uznawał to Brimmigar. Patronowi hulanki i pijaństwa nader często oddawał część, po przez swoje pijackie orgie. Zleceniodawca wyglądał na osobę majętną, choć kontrastowało to ostro ze sposobem w jaki się ubrał. Wyglądał jakby ubrał się po ciemku. Obietnica pieniędzy i oferta picia ile tylko zapragnie, sprawiła, że Dalin wytężył uwagę. Wyciągnął rekę.
- Ymp! Dalin jestem! Ymp! Nie którzy zwą mnie "szalony topór"! Ymp! Ymp! Kurwa mać przeklęta cz..Ymp..wka. Ymp! Zgoda przegonie tych pieprzonych religijnych świrów! Ymp! Ymp! Prowadź! Ymp!
Czkawka nie zamierzała ustępować wręcz się nasilała.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
- Szlachta, która zachłysnęła się luksusami bywa bardziej nieznośna niż brudne, cuchnące chłopstwo chwytające za widły i pochodnie w trywialnym akcie niezrozumienia. Wydaje się, że nie chodzi tu o to, czyj głos się liczy u władzy, nie jestem pewien czy ci ludzie wiedzą co słowo władza oznacza - odparł Ersyin.
Czujnie kroczyli przez miasto na tyłach budynków nie uświadczając najmniejszego zainteresowania z jego strony. Jakby tam gdzie trwała kłótnia ważyły się losy wymagające publiczności dziesiątek par oczu.
Zaś intensywnie taksowana przez Radoka okolica nie zdradzała bytu nikogo, kto by pluł sobie w brodę za nieznajomość elfickiego języka. Żadnego gapia czy kogokolwiek wsłuchującego się w melodyjną mowę ostrouchych.
Wbrew pozorom jak na przeważającą populację chłopów elfy nie brnęły przez pokłady smrodu i gnoju. Choć od budynków oglądanych ze strony podwórka odpadały płaty wierzchniej warstwy budulca, względnie panował porządek. Minęli studnię, kilka beczek znajdujących się w zakamarkach między domostwami, wątłą przybudówkę pod której daszkiem gromadzono drewno do rąbania, gdzieś mignął i pieniek.
- W tej części pobudowali się ci bardziej majętni - wyjaśnił uprzedzając mogące się pojawić pytanie. Po czym zadumał się nie przestając bacznie przyglądać każdemu zakamarkowi, każdej powierzchni ściany jakby coś zaraz miało zeń wyskoczyć i z drwiącym uśmieszkiem trzasnąć go w twarz - I tutaj też na co dzień kręci się wielu strażników.
***
Trawa była miękka, zauważalnie gęstsza od tych w głębi Imperium. Źdźbła grube. I co mogła stwierdzić S’arn soczyście atrakcyjne dla roślinożernych zwierząt. Puszczony samopas wierzchowiec to potwierdzał, oddając się z chęcią prozaicznej czynności pożywiania, gdy tylko z niego zsiadła.
Napięte od jazdy konnej mięśnie rozluźniały się z każdym poczynionym krokiem. Nie były przyzwyczajone do dłuższej aktywności tego typu, zważając na środek transportu jakim z powodzeniem poruszała się Gwardia - powóz. Unosił ich latami, wraz z dobytkiem i wszystkim co mogło się przydać. Zdarzało się, że trochę nim rzucało przy dużych prędkościach, czasem podskakiwał na wertepach lub grzązł w piachu albo błocie, ale był wygodny. W porównaniu do końskiego grzbietu był niczym podniebny dywan.
Całkowitą ulgę odczuła, gdy położyła się na ziemi na bujnych zielonych kłosach i utkwiła wzrok w przestworze nieba. Łagodne podmuchy wiatru gładziły pocieszająco po twarzy, zmieniały delikatnie uczesanie S’arn na fryzurę swojego wymysłu im częściej dręczyła ją nieobecność drugiego głosu.
Skołotany umysł wołający o pomstę w eter za niesprawiedliwe rozdzielenie z przyjaciółmi, za samotność, na złość milczącego konia, brak istoty do której można by się odezwać, prócz powierzchownego planu rozprawienia się z rozkazem, zataczał również nieregularne, chaotyczne kręgi wokół osoby Maura IV.
Zmienił się. Kiedyś wystarczyło tupnąć jak to robiła Bernette by zmienił zdanie, lub co znaczącym odchrząknięciem podkreślić, że jego decyzja nie spotka się z aprobatą. Przejmował się, nie potrafił kłamać, nie potrafił odmawiać, nie potrafił bronić swojego zdania a gdy się zająknął niewiele brakowało by pomylić go z pierdołą. Nic dziwnego, że wśród kobiet cieszył się opinią ciepłej kluchy. A teraz? Ktoś podczas absencji kompanii, wzbogacił jego wachlarz przeczeń, ucząc jak się nimi należy posługiwać. Ktoś sprawił, że mimo łamiącego się głosu i spuszczonego wzroku mamrotał: nie..., nie mogę..., niestety ale..., przykro mi lecz... Pomimo wieku Maur IV wymienił się na lepszy model.
***
- A to jest właśnie pytanie za odpowiedź na które, cały dobytek bym oddał! - zamachnął rękami Furder. - Kurwie syny. Wcześniej ich nie interesowało za czym wokół miasta dłubiem. Mówię ci, ani widu ich ani słychu. A raptem gdy wyleźli to nie przyrównując jak zawartość szamba spod włazu na światło dzienne.
Szli ramię w ramię. Furder klepnął przyjaźnie Dalina szerokim łapskiem w plecy, zanosząc się szczerym śmiechem. Gestem tym, spróbował przegonić jakoś uporczywą czkawkę.
- Wiedziałem, że się do tego nadajesz. Już piętro wyżej słysząc coś powiadał nie miałem wątpliwości.
***
Ciepły, suchy wiatr rozbijał się frontalnie o schodzącego zboczem Ervina. Mimo jego obaw o panującym w pobliżu gór chłodzie i potwornej śmierci przez zamarznięcie, docierające podmuchy powietrza nabierały tam prędkości. Staczały się ze szczytów jak lawina, która musi nabrać odpowiedniego tempa by dolecieć aż do pustynnych krańców Morterry. Jednym słowem - kawał drogi.
Górujące na niebie słońce wskazywałoby na południe. Promienie słoneczne wraz z ciepłym frontem kontrastowały silnie z pozostawionymi hen za sobą lasami jeziora Erx, które pojęcie chłodu i zimna spotęgowały w umyśle bohatera.
Do tego ten miecz. Nie pozostawiał ani na moment pół elfowi dowolności wyboru kierunku. Musiało być jak on chciał. Po jego myśli. Albo zaraz przeistaczał podróżowanie w żmudną serię skłonów i kucnięć mających na celu ponowne umieszczanie go na miejscu.
Jednak o ile Ervin nieszczególnie wiedział gdzie znajduje się najbliższe miasto, o tyle jego ponury kompan nie potrzebował ku temu żadnych map. Wiedziony własną wolą nakierowywał właściciela na odpowiedni szlak. Z takim przewodnikiem nie dało się zabłądzić na dobre.
Gdziekolwiek zmierzał, będą tam żywe dusze. A więc będzie też cywilizacja. Wieści. Język imperialny jako główny i najczęściej używany na ziemiach ludzkich. Ten sam cel. Obopólna korzyść, przynajmniej do czasu aż ktoś nie będzie musiał zginąć sycąc głód Żałobnego Ostrza.
Zszedł z jednego wzniesienia tylko po to by wspinać się na następne. Widok z jego szczytu był już czymś więcej niż naładowanymi zieleniami krajobrazami. Kilka górek dalej stopniowo rysowały się pierwsze ciemne kształty dachów.
Dalin szedł obok swojego nowego kompana lekko się zataczając. Mimo najlepszych chęci, klepniecie w plecy nie przegoniło czkawki. Z każdym krokiem stawała się co raz silniejsza, co bardzo irytowało rudego krasnoluda. Postanowił dowiedzieć się jak najwięcej nim dotrą do celu, tak więc zaczął wypytywać mocodawcę, w czym jednak usilnie przeszkadzała czkawka.
- Ymp! Mamy trochę czasu...Ymp!...nim dotrzemy do...Ymp!...celu. To opowiadaj co za...Ymp!....interes mam obronić. Jaki to cenny...Ymp! Ymp! Kurwa! Ymp! kruszec wydobywasz? A ta cała sekta...Ymp!...to jakie bóstwo wychwala? Jakie to hasła....Ymp!...na twoją nie korzyść....Ymp!...wznosi. Ymp! YMp! YMP! Kurwa mać! Ymp! Masz coś do picia, bo mnie zaraz sz...Ymp!..la...Ymp!...g...Ymp! Ymp! Ymp!
Wojownik nie zdołał dokończyć zdania, gdyż atak czkawki nie zamierzał odpuścić. Dalin czuł, że jak tak dalej pójdzie to ze złości wyjdzie z siebie i stanie obok.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2012-07-13, 20:11
- Obawiam się że spotkanie ze stróżami prawa wcale może nie być lepsze od spotkania z wieśniakami. Kto wie co im przyjdzie do łba a jeszcze mogą działać w imieniu prawa. No i mają lepszy ekwipunek haha. Dobra, idźmy trochę szybciej. Jakoś nie mam ochoty na podziwianie widoków...
Radok dalej prowadził rozmowę po elficku i szedł za towarzyszem. Chciał wreszcie dotrzeć na miejsce, nie podobało mu się to miasto. Zresztą wszystkie ludzkie miasta były paskudne. Elf nie wiedział w sumie po cholerę chodzi po tym mieście. Już wolałby ruszyć do swojej ojczyzny i tam coś zrobić. Wyruszył na te tereny nie wiadomo po co i ciągle na nich jest nie wiadomo po co. Dlaczego rozwiązuje jakieś zagadki jak sam ma nierozwiązaną zagadkę. Ale młody łowca taki był, pomagał w potrzebie i liczył że los go wspomoże dzięki temu we własnych problemach. Niektórzy mówili na to karma, elf po prostu robił to co uważał za słuszne. Nie był zbyt mocno przywiązany do prawa, szczególnie do tych praw które według niego były złe.
Miał własną moralność, czasami za miast grzywny by walnął w łeb a czasami oszczędził by bandytę i zastanowił się nad jego losem. Bo tak samo ktoś może być wykreowany na dobrego a być ohydnym potworem jak ktoś może być bandytą który ma pokłady dobroci w sobie. Ci ludzie mogli być przykładnymi obywatelami ale niestety podchodzili z niechęcią do innych ras. Bo to było potrzebne do przetrwania? Gdyby jego ludu nie uczyć od maleńkości że drowy są złe i powinno się ich unikać, to mogło być o wiele więcej nieszczęść. W sumie tutejsze zwyczaje były nawet trochę do tego podobne. Tak więc już nie przejmował się ludem i chciał po prostu wykonać swoją misję.
Rozwalenie się w zieleni na przysłowiowego "Szczupaka" było całkiem miłym doświadczeniem. Przyjemne poziome ciążenie i oddanie połowy wagi pancerza sprawiło, że poczuła się zauważalnie milej a wraz ze swobodniejszym oddechem była w stanie odpocząć.
Tak przeleżała umowną godzinę, od czasu do czasu podnosząc wzrok, by zamiast na niebo popatrzeć na lekko wbity w ziemię, powiewający na wietrze, sztandar.
- No to czas na obiad. - Rzuciła wzdychając
Powstała ciężko i rozejrzała się po zielonej okolicy. Zebrała swoje graty, chwyciła sztandar i podreptała bliżej drzew, by wszystko zostawić. Ściągnęła rękawicę, złożyła dwa palce przy ustach, nadęła się i zagwizdała z siłą, by wierzchowiec łaskawie zawrócił ze swoim posiłkiem. Przywiązując go obeszła niewielką okolicę zbierając wszystko, co mogło się palić, usypując pokaźną kupę nieopodal swoich rzeczy.
Maur się zmienił. Ciekawym było kto taki ma na niego wpływ. Gdyby mogłą choć trochę dłużej zostać...
- Nienawidzę rozpalać ognisk... - Powiedziała pod nosem z kwaśną miną, klęcząc obok niewielkiego jednoosobowego paleniska.
Zadanie z dwoma kamyczkami nie należało w brew pozorom do trudnych, jednak precyzyjne operacje, jak pocieranie niewielkich przedmiotów i ochrona upadającej iskry w ciężkich płytowych rękawicach potrafiło być uparte.
Po dłuższym czasie w końcu mogła na spokojnie przygotować ciepły posiłek. Siedziała gapiąc się tępo w języki ognia z czasem czując się bardziej przybita.
Po tylu latach bycia u boku Bernette, po paru latach wcześniejszej służby Maur dał tylko jeden dzień, po czym znów gdzieś wysłał... To tak jakby zostać na kopach wyrzuconym ze swojego domu. Zgadzało by się jeśli przydzieleni do Bernette byli skazańcami. Nie były to żadne wakacje, ani dowcip tylko odsunięcie na bok. Zdaje się, że została odsunięta ponownie. Gdzie zawiniła pani Oficer, która sprawnie wywiązywała się ze swoich zadań, a nawet z nawiązką?
- Co za cholera - wyburczał Furder, sięgając za koszulę, gdy wysiłki przegonienia czkawki spełzły na niczym. Nieduży, mieszczący się w dłoni przedmiot zalśnił matowo. Krasnolud z namaszczeniem odkorkował go i pociągnął symbolicznie łyk. A potem przeszedł z rąk do rąk, wręczony Dalinowi. - Masz. Zapij to miodem jak klepnięcie nie pomogło.
- Jak mówiłem interes mojego życia - rozmówca ożywił się. - Gra się toczy już nie o jakiś tam surowiec, który po przetopieniu i odpowiedniej obróbce przybierze użytkową formę, lecz o kruszec całkiem nowy, nieznany. Nazwaliśmy go eonium. Z naszych analiz wynika, że twardością nie dorównuje mu żaden z dotychczas używanych metali. Ponadto zdradza magiczne właściwości. Długo i uważnie szacowaliśmy warunki, podobnież planowaliśmy ekspedycję. Mieścina nieopodal, w której ludzie na widok ponad dziesiątki krasnoluda srali po gaciach i uciekali w panice na drugi skraj, a strażnicy spinali się jakby zaraz mieli zostać dupą na pal nabici, nie sprzyjała wysłaniu tam większej grupy.
Furderowi udzielał się ten sam słowotok jakim zalewał Dalina jeszcze zanim się przedstawił. Z drobną różnicą. Tamtemu nie dało się zarzucić spójności i konstruktywności przekazu.
- O tych co nagle wypełźli gdzieś zza zabudowań ze swoją wiarą, wiemy niewiele - kontynuował. - Pojawili się tam na krótko przed nami. I zajmowali się w ciszy tymi tam obrządkami co trzeba, ludność pouczali, chaty od złego po okolicy święcili. W paradę sobie nie właziliśmy, bo co nam do nich? W ostatnim jednak doniesieniu pojawiły się wzmianki, że ta banda zuchwale pod nasz obóz podchodziła i pogróżki czyniła. Jakież bóstwo im przyświeca, nie wiem. Nie znam żadnego, które patronuje przeszkadzaniu za wszelką cenę przy tak poważnej pracy. Acz od tamtej chwili nie mogę się skontaktować z żadnym z piątki wspólników.
***
Dużych odległości pokonywać nie musiała. Zielone pasma rozlewające się po obu stronach traktu poznaczone były małymi, rozrzuconymi skupiskami pojedynczych, strzelistych drzewek. Najbliższe ku któremu się S'arn skierowała, zebrawszy swoje rzeczy, w tym i sztandar, dzieliła odległość dwudziestu pięciu metrów. Tę samą odległość posłusznie przebył wierzchowiec, gdy ściągnęła go gwizdem.
Uwiązany chwilę później do wysmuklonej jodły, przyglądał się biernie wysiłkom zbierania opału. Opadłych gałązek było tyle co koń napłakał, a soczysta trawa nie należała do nazbyt łatwopalnych materiałów. Aby ogień za szybko się nie wypalił z tego co zgromadziła na miejscu, będzie musiała ogołocić mieczem drzewka z gałęzi, albo oblecieć ich porozrzucane bliższe i dalsze kupki, zbierając co z nich poopadało.
Na razie jednak nie myślała o tym. Najpierw posiłek. Odgarnęła usypaną iglastą ściółkę, wyrwała z korzeniami kilkanaście cebulek trawy i dobierając się do gołej ziemi, przygotowywała miejsce pod ognisko. Ścięła trzy, stabilniejsze nisko rosnące gałązki, pobliskiego iglaka, które ociosała na wzór widełek. Następnie wbiła w ziemię naprzeciwko siebie tak, aby trzecią gałązkę ułożyć w wyżłobieniach i przewiesić przezeń menażkę.
W jukach, prócz menażki, miała wszystko co umożliwiałoby przy odrobinie chęci przyrządzenie pożywnej mięsnej zupy.
- Nienawidzę rozpalać ognisk... - Powiedziała pod nosem z kwaśną miną, klęcząc obok niewielkiego jednoosobowego paleniska.
Z punktu widzenia każdego kto stałby obok, znacznie łatwiej byłoby wykrzesać iskrę, zdjąwszy, zupełnie niewskazane przy robótkach ręcznych sztywne, płytowe rękawice. Żmudne, mozolne pocieranie w nich kamykiem o kamyk często kończyło się ucieczką jednego z nich przez palce. Iskra gasła lub przeskakiwała nie tam gdzie trzeba, zmuszając do dołożenia nieco większych pokładów koncentracji i czasu. S'arn mimo to, zawzięcie próbowała dalej. Trud nie poszedł na marne, kiedy w końcu od podpałki poszła smużka dymu i zaraz pierwsze płomyki nieśmiało migały między otworami ułożonego chrustu.
Znów wróciła do rozmyślań. Do dręczących, powracających myśli zacieśniających się wolno wokół gorzkiego wniosku, że gdzieś musiała zawinić. Konkluzja w której ona miałaby zawinić była zarazem niedopuszczalna jak i łatwa do przyjęcia. Jak prosto mogła siebie za to ukarać. Zajęta myślami nie usłyszała od razu narastającego beczenia właściwego zwierzętom gospodarczym, takim jak kozy lub barany. Uwiązany gniady prychnął o ton żywiej, nastawił uszu. Jeszcze niewidoczne stadko, zmierzało nieomylnie w kierunku bohaterki.
***
- Myślałem, że wszyscy stróżowie prawa działają tylko w imieniu prawa. Może być inaczej? - zaciekawił się elf, widać nigdy nie zdarzyło się by narobili mu większych incydentów.
Rozmawiając w ojczystym języku, przyspieszyli znacznie kroku. Prawdopodobnie nie tylko Radokowi nie chciało się podziwiać widoków. Echo wrzawy dochodzącej z głębi miasta odbijało się coraz wyraźniej, coraz bliżej mijanych budynków. Jeszcze kilka metrów, a uda się rozróżnić słowa.
I wtedy za plecami elfów rozległ się znienacka brzdęk czystego żelastwa. Obrócili się jednocześnie. Towarzysz Radoka, schował dłoń w wycięciu skórzanej zbroi, przebiegającym pionowo po żebrach. Łowca był pewien, że zamknęła się ona na uchwycie jednego z noży do rzucania. Ersyin nie nosił łuku, nic czym, wydawałoby się mógł sięgnąć na odległość. Był wygodnicki. Jak powiadał, łuk przez dwa odstające szpikulce krępowałby mu ruchy. Radok sam też instynktownie wzniósł rękę ku drzewcowi broni. A potem zamarli, próbując namierzyć drgnięcie, poruszenie, źródło hałasu. Ostatnie nie przysporzyło im problemów, aczkolwiek reszta pozostawała bez zmian. Niemal. U podstaw cembrowiny studni leżało wywrócone, metalowe wiadro. I wciąż nikogo dookoła. Nawet wiatru.
Ostatnio zmieniony przez Ikku 2012-07-19, 03:27, w całości zmieniany 1 raz
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-07-19, 00:05
Skierował swoje kroki w stronę zauważonych w dali domów. Jego nogi same przyspieszyły, jakby reagując na nagłe szybsze uderzenia serca. Denerwował się? Stresował? Szybkie zakupy w pierwszym napotkanym mieście to nie to samo, co chęć wejścia do miasta z założeniem, by rozmawiać z ludźmi, znaleźć sposób by zarobić trochę pieniędzy. Trzeba jakoś żyć.
Przeżyć.
Wczoraj był więźniem, dziś szedł z potężną bronią u boku w stronę miasta. Jako wolny człowiek. Metaforyczny szybki upływ czasu nie miał tu znaczenia. Minęło pięć dni, czy dziesięć, teraz nie wiedział. Szybko wciągał powietrze przez nos i wypuszczał ustami. Zaraz padnie przez hiperwentylację.
Przystanął chwilę, by rozmasować powieki i odetchnąć, uspokajając się.
Trudno mu było, nie mając z kim porozmawiać. Jego umysł był na niego zamknięty, nie chcąc się do niego odezwać choćby słowem. Musiał się chyba do tego przyzwyczaić.
To co, idziemy?
Cisza. I tylko wiatr, huczący w uszach i targający jego rozpuszczone włosy. Zaniedbał się, nie miał ani jednego dnia na poważniejsze dojście do siebie. Miał jeszcze trochę pieniędzy, znajdzie jakąś karczmę, kupi wielki dzban piwa i spije się, jak dawno tego nie czynił. Rano wstanie z wielkim bólem głowy, obleje się wiadrem zimnej wody, ogoli się, uczesze, zaplecie wojskowe warkocze, tak, by włosy nie wpadały na oczy. Pamiętał to, jak przez mgłę, z czasów, kiedy jeszcze służył w wojsku, na granicy wielkich elfickich lasów z puszczą wiecznej nocy. Elficka twarz niestety nie chciała zachować takowej fizjonomii i wypuszczała z siebie twardy rudo-blond zarost. Może nie w takiej gęstości jak u pełnokrwistych ludzkich mężczyzn, ale na pewno taki, który wymagał pielęgnacji lub golenia. Brody nie miał zamiaru zapuszczać, zwłaszcza rudej, więc pozostało mu jedno wyjście.
Miasto.
Mieścina, wioska, wieś, osada?
Na razie widział tylko dachy.
Jego cel.
Ruszył jakby szybszym krokiem, zmierzając w stronę cywilizacji.
Miała przecież pod sobą gromadę ludzi, których pilnowała. Codziennie pilnowała, by byli wypoczęci, by wstawali przed służbą, by byli ubrani czysto i odpowiednio, by starannie i z lojalnością wykonywali swoje zadania, by codziennie ćwiczyli, by mieli wszystkiego pod dostatkiem.
- To już lepiej zostać kucharką! Póki wszystkim smakuje to pozbywać się nie będą chcieli. - Przyburknęła pod nosem wyciągając ze szpargałów składniki na swoją kolację.
Pucować posadzki, wieszać firany, szorować podłogi, karmić świnie, zapalać świece i lampy, prać, suszyć, zbierać. Wszystko jest potrzebne.
Ale nie prowadzić sztandar. Pewnie! Niech wojsko biega z kolorach tęczy, albo niech biegają bez hełmów przegrupowani zgodnie z kolorem włosów. Tak na pewno każdy ich rozpozna i będzie widział z daleka. Przecież nie przypadkowo król przywdziewa zdobione szaty, musi przecież być widać jaką pełni funkcję. Ale nie! Wojsko ma wyglądać jak zbieranina wypłochów z lasu bez żadnych oznaczeń.
Szykując po łebkach posiłek, marudząc pod nosem i w głowie, dopiero po dłuższym czasie doszły ją zwierzęce odgłosy.
"O tak, nawet zaganiacz jest niezbędny!" Rzucała niezadowolona.
Stadko tylko przez chwilę zwróciło jej uwagę. Pochylała się to tu to tam, nad tym i nad tamtym, zajmując się właściwie narzekaniem niż kolacją a co dopiero jakimś stadem beczącego czegoś jakiegoś kogoś.
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2012-07-24, 20:29
"No to się zaczyna".
Radok przesunął rękę na rękojeść swej broni przy pasie by w razie czego móc się szybko obronić. Elf dziwił się swojemu towarzyszowi który wybrał jakieś noże do rzucania. Jeśli w zamkniętej zabudowie, umiał by obronić się nożem do rzucania będąc zaskoczonym to musiał mieć duże umiejętności. Łowca wiedział że szybka broń do walki w bliskim kontakcie jest tutaj najlepsza. Dlatego tez mimo tego że był mniej wyszkolony w walce kukri niż łukiem to wybrał właśnie tą broń. Zresztą póki co nie wyciągał żadnej broni, sytuacja była po prostu dziwna ale nie należy od razu przechodzić do walki. Należy się dokładnie rozejrzeć, opanować i w razie braku groźnych oznak ruszyć po prostu dalej. Chciał dotrzeć do tego cholernego celu i wreszcie się czegoś dowiedzieć. Poobserwował więc okolice i po chwili zerknął na przewodnika i powiedział do niego po elficku:
- Dobra, nie stójmy tu jak głazy i ruszajmy.
Radok zmierzył drugiego elfa wzrokiem wyrażającym coś w stylu "ruszaj albo sam Cię tam przeniosę" a następnie czekał na jego reakcje. W międzyczasie obserwował okolicę i próbował udawać że nie jest zaalarmowany.
Dalin z wdzięcznością przyjął miód, miał nadzieję że solidnym łykiem pokona upartą czkawkę. Nie zastanawiając się zbyt długo przechylił zawartość podanego mu przedmiotu. Przez chwile trwała cisza, ośmielony tym krasnolud rzekł:
- Chyba się uda...YMP! - Czkawka przystąpiła do ostatniego rozpaczliwego kontrataku. Wojownik nie zamierzał tego tak zostawić, zadał czkawce ostateczny cios. Pił miód jednym haustem aż brakło mu tchu. Milczał i czekał. Przez dłuższy czas nic się nie działo. Krasnolud uznał w końcu czkawkę za pokonaną. - Ach nareszcie zwycięstwo! O czym to mówiliśmy? - Zastanawiał się przez chwile, ponieważ całą swoją uwagę skupił na walce ze czkawką. - Magiczny metal, hm? O takich rzeczach lepiej nie wspominać na głos. Zawsze się znajdzie ktoś chciwy i pazerny, gotów odebrać wszystko na co zapracował uczciwy krasnolud. Uwierz mi wiem coś o tym! - Twarz rudzielca na moment spochmurniała. - Lepiej zachować dyskrecję. Od razu powinieneś wynająć zbrojną ochronę. Może to tylko ciemny nietolerancyjny motłoch? Taki co rzuci kamieniem w krasnoluda jak tylko go zobaczy. Nienawiść i głupota nie znają granic. - Spojrzał uważnie na swojego rozmówce. - Albo zwyczajni oszuści, którzy chcą położyć łapę na twoim cennym metalu? Prędzej czy później dowiemy się wszystkiego!
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Blisko godzina drogi w linii prostej, postawiła Ervina u przedsionka cywilizacji. Pod stopami czuł rytmicznie przeskakującą wysokość geograficzną. Wielkość i prawdopodobna liczebność miejscowości unaczniały się w miarę pokonywanej odległości. Wyrastające jedno za drugim kanty dachów, świadczyły o bardzo rozrośniętej, niejednolitej konstrukcyjnie wiosce, lub o miasteczku, któremu pół elf wyszedł na spotkanie.
Zaniedbany, zapuszczony nie czuł się z tym dobrze. Taki wizerunek nie sprzyjał rozmowom i mógł zaważyć o tym jak zostanie jego posiadacz odebrany. Lecz okazja nigdy nie pyta o pozwolenie. Nadarza się, zaskakuje. Czasem wręcz złośliwie odpowiadając na przelotne pragnienia. Podsuwała Ervinowi pierwszą od dawna sposobność rozmowy. Upragnionej, wyczekiwanej możliwości odezwania się do kogoś.
W dwu i pół metrowym odstępie wątłego pionu muru majaczyły sylwetki strażników. Obie obleczone w metalowe napierśniki, trzymające piki, strzegły przystępu do środka. Jedna z nich kręciła się niecierpliwie w te i z powrotem.
Strażnicy jak to strażnicy z racji pełnionych obowiązków, należało się spodziewać, że zechcą pobieżnie wypytać, wywiedzieć się kogo wpuszczają. Bądź na czyje wpuszczenie nie zezwolą i pogonią precz, w gorszym wypadku. Ervinem zainteresują się prawie na pewno, zatrzymają go nim pozwolą przejść dalej. Mieli prawo. Niezbyt się różnił od podróżnego, który znacznie zboczył z ustalonej trasy, ominął wszystkie możliwe miasta docierając diabli wiedzą gdzie. Tutaj, którego nazwy nawet nie znał. Nie był stąd, co niechybnie wymiana zdań szybko wykaże. Ale czy to ma znaczenie? Nie on jeden przemierzał Sorię, nie tylko on mógł stracić orientację, nie mając pojęcia dokąd zawita.
***
Wszystkie nieistotne zajęcia jakie nie przyszłyby S’arn do głowy sprowadzały się do tego, że każda choćby najmniej znacząca, najbardziej nędzna funkcja była o potęgę nieskończoności pożyteczniejsza od stanowiska sztandarowej. Niesprawiedliwość, nie docenienie jej zasług i wykopanie hen daleko samą na jakieś zadupie pogłębiało podły nastrój. S’arn znała swoje miejsce, powołanie. Dbanie o stan oddziału, było całym jej życiem. Jak to możliwe, że to przeoczono. Sprawa mogła wydawać się prosta jak szorowanie podłóg lub karmienie świń. Ale podkomendni nie byli ani tym ani tym. Pozostawieni bez opieki byli gorsi od nieszczęścia.
W takt narzekań napełniła menażkę wodą z bukłaka, umieściła w niej niedbale kilka pasków suszonego mięsa i pokroiła warzywa w sposób jaki szanujący się kucharz nazwałby barbarzyństwem, obieraniem w kwadraty, marnotrawstwem w biały dzień. Płytowe rękawice znacznie utrudniały przygotowanie składników jak należy, podobnie jak wcześniej przeszkadzały rozpalać ognisko. Jednak przy ogromie niezadowolenia dla S’arn nie miało to większego znaczenia.
Wierzchowiec znów dał o sobie znać parsknięciem, a nadciągające stadko wbiegło w obozowisko wywołując niemały harmider. Spłoszyło się wpadając na nieoczekiwanego gościa i obóz, którego ich owcze móżdżki nigdy tu nie zarejestrowały. Byleby zmienić kierunek, odbić na bok, znaleźć się jak najdalej od S’arn, zwierzęta tratowały leżące na ziemi, nieuprzątnięte pozostałości przygotowywanego posiłku. Biegły na ślepo, niejednokrotnie wpadając na siebie. W beczącym kłębowisku runa przemykał zwinnie jak igła w rękach krawca biało-czarny grzbiet owczarka, aż proszący się by uwolnić kolejną sarkastyczną uwagę, że i pies pasterski jest potrzebny.
Niebawem na widoku pojawił się zaganiacz. Zniszczony upływem czasu, brodaty dziad, który chyba w kwestii ubioru korzystał z porad u strachów na wróble. Był chudy, wynędzniały nie wiedzieć czy przez wiek czy z innego powodu. Lniane, wyświechtane odzienie wisiało na nim jak suszące się pranie na sznurkach. Podpierał się grubą, sękatą laską.
S’arn łatwo mogła zauważyć, że jest niemniej zdezorientowany jej osobą tutaj od stadka swoich owiec. Otworzył usta by coś powiedzieć. Nie zdołał wydobyć żadnego głosu, a gdy dostrzegł sztandar jego oblicze zmieniło się, spochmurniało. Psucie posiłku i zakłócanie spokoju członkom wyższych sfer zawsze kończyło się nieprzyjemnymi konsekwencjami.
***
Cokolwiek się zaczęło, zacząć miało, zamierzało, nagle się rozmyśliło. Wycofało w ostatnim momencie, pierzchło jak inwestor, który zwietrzył zamach na jego kapitał, pozostawiając przewrażliwionym elfim zmysłom bezczelnie leżące na widoku, kpiące sobie z ich poczynań wiadro. A może w ogóle nic nie miało się stać.
Ersyin miał inne zdanie, inną taktykę co do wyboru odpowiedniej teraz broni. Podczas gdy Radok trzymał dłoń blisko rękojeści kukri w celu szybkiego obronienia się w razie ataku, jego towarzysz obrał bardziej drastyczną metodę. W obrębie zabudowy było dość miejsca na rzut. Przed elfami i za elfami pole widzenia luźno przesłaniały przedmioty użytku codziennego. Jednak by coś mogło im zagrozić musiałoby się wychylić zza przeszkody. Skupiony, stężały wyraz twarzy Ersyina tego nie mówił tego dosłownie, ale jasne było, że zanim doszłoby do starcia wręcz, przy celnym rzucie jakiś pechowiec miał dużą szansę by paść jak kłoda, nie zdążywszy nawet pisnąć.
Po lewej od Radoka milczała ciemna, niewzruszona uliczka. Blask popołudnia kładł się w widocznym na drugim końcu odcinku jakiegoś większego deptaka. Choć nic w zakamarku niepokojącego nie dostrzegał, im bardziej się przyglądał tym bardziej wydawał się on mętnieć. W niewytłumaczalny, subiektywny sposób alejka była jakaś dziwna.
- Głupie wiadro... – Ersyin burknął pod nosem intonując epitet nisko w elfickiej mowie jak obelgę.
Na słowa Radoka wyswobodził rękę i skinął głową by ruszyć dalej. Wiadomość przekazana spojrzeniem dopięła swego:
- Jakieś sześćdziesiąt metrów jeszcze, widzę stąd zarys dachu. Podbiegnijmy. Sam chcę wiedzieć co się dzieje.
Choć on też się rozglądał, łowca nie usłyszał od niego nic na temat zaułku.
***
Ostateczne zwycięstwo nad czkawką przyprawiło Furdera o promienny uśmiech.
- Nikt z ekipy nie puścił pary z ust. Jestem tego pewien. Zaś załogę z którą tutaj pracuję i jestem uziemiony znam bardzo dobrze. Nie pierwszy raz współpracujemy. Myślałem nad wynajęciem zbrojnych, tak. Ale wtedy nici z jakiejkolwiek dyskrecji. Strażnicy miejscy pchaliby mi nos w interes, niepotrzebna uwaga zwaliłaby jeszcze kogoś na kark.
Rozmówca Dalina westchnął ciężko pod naporem jego spojrzenia.
- Oby to był tylko ciemny, nietolerancyjny motłoch.
Zakręcili w prawo. Wkroczyli na plac w odgrodzonym kompleksie połączonych ze sobą paru siedzib. Panowała krzątanina jak w ruchliwy targowy dzień. Gdy Furder już nabierał powietrza by ryknąć i zaprowadzić porządek, zbliżył się jeden z zabieganych krasnoludów:
- Dwukołówka przygotowana, kuce zaprzęgnięte. Pozostaje jeszcze załadować kilka niezbędnych rzeczy - poinformował.
Od centrum podwórza dał się słyszeć łoskot. Jakaś dwójka sturlała z podestu pękatą beczkę znacznie większą od nich. W ich towarzystwie można było znaleźć i kilku co nieśli skóry, materiały którymi można było wysłać niewygodne deski, niezbyt wypchane worki.
- Nie szalejcie. Wóz ma swój udźwig, jak go przeciążycie to nie dość, że będzie się wlókł dniami, ale i rozlecieć może w drodze. A i jeszcze coś Barut. Skoro tu jesteś leć do Rudzi, przynieś ekwipunek wojownika. Nie z samym toporem się świat przemierza. Prawda? - spojrzał na Dalina szukając w nim potwierdzenia.
- Strażników? Wziąłbyś paru najemnych wojów do roboty! O nic nie pytają, tylko rozkazów słuchają, byle tylko zapłatę otrzymali. Nie brak wśród nas krasnoludów chętnych na takie wyprawy! Ot choćby ja!
Odparł idąc za Furderem. Spokojnie obserwował krzątaninę na placu. Przygotowania do podróży szły pełną parą, przygotowano nawet skóry, by podróżnym było wygonie i aby zminimalizować ryzyko wpicia się drzazgi. Wielgachna beczka wydawała się wręcz rzucać wyzwanie rudzielcowi do próby sił. Cóż miało okazać się silniejsze mięśnie krasnoluda czy grawitacja. Nim jednak wojownik zdołał coś przedsięwziąć padło pytanie, na które szybko odpowiedział:
- W podróż rzeczywiście warto wziąć cosik więcej niźli tylko topór. - Odparł, drapiąc się pogłowie trochę zakłopotany tym, że podpity zapomniał zabrać swoich rzeczy. - Jednakże z dobrym toporem jedynie wojownik wszak również sobie poradzi. Z narzędziem pracy szybko dorobi się potrzebnych mu sprzętów. Hah! Dobra, biegnij po ten plecak. - Po czym zwrócił się ogólnie do całego świata. - Pomóc wam coś? Trochę wysiłku fizycznemu nikomu nie zaszkodzi! Ja muszę rozprostować kości!
Dalin miał ochotę trochę się spocić. Wojownik był niezwykle krzepki nawet jak na krasnoluda i uwielbiał to okazywać przy okazji komuś pomagając. Ciężka praca fizyczna pozwalała zachować formę, a także skutecznie odganiała natrętne myśli, których miał sporo po śmierci Brandy. Wysiłek był prawie tak dobry w tym jak alkohol i walka.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2012-08-05, 01:34
Wioska z pewnością nie należała do tych malutkich, w których żyje pare rodzin na krzyż, utrzymywanych z dwóch pól po dwóch stronach drogi i przejezdnym kupcom. Bynajmniej. Gdyby miasto nie miało większej ilości przyjezdnych, conajmniej jednej większej karczmy, czy też budynków publicznych, nie wystawiano by straży. Nie robiono by bramy, która miałaby pilnować przed niechcianymi obcymi. W mały wioskach sądy zapadają dzięki ostrzu kosy, topora, albo wodnemu oddechowi, z wielkim kamieniem przywiązanym do kostki. Nie istniało coś takiego jak straż, nie było potrzeby.
Wniosek ten pozwolił mu obrać jakieś konkretniejsze stanowisko w stosunku do tego, w jaki sposób się tu znalazł, w jaką stronę się kieruje, oraz jakim typem człowieka jest. Jak każdy strażnik, wypatrywać będą oznak charakterystycznych dla przestępców, pośpiech, nerwowe spojrzenia wokół, agresja, albo wręcz przeciwnie, zbytnia pewność siebie. Musiał być zwykły. Na siłę zwykły, nie wybijający się poza normę.
W tej jednej rzeczy mógł mu przeszkadzać fakt noszenia ze sobą broni takiej jak ostrze końca dni, ale miał nadzieję, że jakoś wyminie wzmiankę na jego temat jakąś krótką uwagą. Zresztą, dopóki klinga pozostanie zasłonięta, sama rękojeść nie zdradzała zbyt wiele na temat samego oręża. Wędrowcy często podróżowali z bronią.
Inną możliwością, do której, miał nadzieję nie dojdzie, jest zarekwirowanie broni przez strażników, ale w takim wypadku zwyczajnie zrezygnowałby z usług mieściny, na rzecz wspaniałego szlaku i wdychania imperialnego powietrza.
Pomijając myśli, skupił się na czynach. A dokładniej - szedł. W stronę strażników, zwykłym charakterystycznym dla niego krokiem, nie wysilał się na sztuczną naturalność. Był zmęczony podróżom, co zresztą było po nim widać, lekko pociągał nogami, a na twarzy widać było brud i kurz, a zarost wyznaczył się wokół jego ust i na linii szczęki, tworząc lekko ciemne baczki, prawie nie łączące się z rzadką bródką. Jego elficka krew nie pozwalała mu hodować zarostu. Jednak była to tylko domieszka, więc musiał golić co jakiś czas szczecinę. Abstrahując jednak od fizjonomii półelfickiej, zbliżał się do strażników.
Wiek: 34 Dołączył: 02 Sty 2011 Posty: 834 Skąd: Nowe
Wysłany: 2012-08-06, 15:20
Radok ruszył za towarzyszem dalej będąc czujnym, ta mieścina nie napawała bezpieczeństwem. Cel stawał się również azylem i jakiś wytchnieniem, elf będzie mógł wreszcie jakoś się zorganizować. Trzeba umiejętnie wszystko rozplanować i wykonać a następnie uciekać z tego miasteczka...
Za jakie grzechy musiał się zmagać z tą całą ludzką rzeczywistością? Jego towarzysz był przynajmniej ostoją elfickiej kultury i tego co lubił Radok. Elf nie zwykł często i mocno pić ale chciał teraz wypić jakiejś dobre ELFICKIE wino i zapomnieć że jest w tych smętnych ponurych murach. Już więcej kunsztu mają te dziwne krasnoludy,przynajmniej jakoś ładnie formują kamień. A drewniane konstrukcje to już pożalcie się bogowie, tak bezcześcić naturę...
- Hej! - Poderwała głos w zaskoczeniu - Heej! Wynocha! - Wstała na nogi i zaczęła energicznie wyganiać nieproszonych gości - Zjeżdżajcie stąd!
Z zaganiacza nici, z kucharki nici. Można już wykreślać z listy.
- Raaaaaaaaaghh...! - Zaryczała w niezadowoleniu - Noż szlag by to! - Krzyczała stojąc na środku pobojowiska i zaciskając pięści.
Najodpowiedniejszym zachowaniem byłaby oceniła na szybko, co ma być ratowane w pierwszej kolejności, ale zamiast tego stała wkurzona i kumulowała tę złość, by za chwilę wybuchnąć.
- TY! - Zwróciła się do jedynego człowieka w polu widzenia - Zabieraj-te-swoje-stado-szarańczy-i - Wzięła głębszy oddech - I UCIEKAJ, PÓKIM MIŁAAA~!!! - Wydarła się wysokim jędzowatym krzykiem - A jeśli tego NIE ZROBISZ, to DO-PADNĘ CIĘ i UDUSZĘ gołymi RĘKOMAAA~!!! - Pruła się wyciągając zaciskające się w powietrzu palce - ZJEŻDŻAJ STĄĄDD~!!!
I tak też wybuchła, trzęsąc się cała w nerwach, mając dość wszystkiego, z pustym żołądkiem i bez przygotowanego żadnego posiłku. Blisko siebie miała tylko jedną małą furtkę - wykrzyczeć się - Co generalnie ani nie zmieni jej sytuacji, ani nie poprawi samopoczucia. No, może nie tak jak coś ostrego w dłoni.
Toczące walkę z okrągłym obiektem krasnoludy, zamachały w stronę Dalina, dając do zrozumienia, że pomoc jak najbardziej byłaby widziana. Rudzielec mógł zaobserwować w międzyczasie jak zepchnięta beczka nabiera przypadkiem rozpędu i zatrzymanie jej, żeby czegoś lub kogoś nie rozjechała, nadwyręża siły przeciętnie krzepkich tragarzy.
- A mówiłem, żeby tak wielkiej nie taszczyć. Mniejszą trza było... ! – podniósł głos Furder, ale widząc zapał wojownika, wstrzymał się z protestem.
Zamiast tego ruszył za nim, a potem przeszedł na przód, jako pomocnik nadzorujący kierunek pchania beczki. Też widział co się dzieje, gdy nikt nie idzie z przodu i nie uprzedza kiedy nieprzemyślany wysiłek może skończyć się katastrofą. Tyle litrów piwa nie chodziło piechotą, ani samoistnie się nie turlało od byle kogo do byle kogo.
Dalin się nie pomylił. Dębowa beka swoje ważyła i bez wysiłku fizycznego oraz strug potu przemieszczenie jej by się nie obyło. Oporna praca dwóch z pomocą wojownika, przebiegała nieporównywalnie sprawniej, beczka miarowo toczyła się po gruncie, bez sensacji wyrywania się na wolność. Wyzwanie, któremu sprostałoby pięciu, podołali oni – tylko we trzech. Kiedy beczka została przetransportowana w pobliże załadowanego, wysłanego skórami wozu, świadome tego dwa krasnoludy, sprawiedliwie zgrzane tak samo jak i bohater, wyszczerzyły się zadowolone, dziękując za pomoc silnemu jak byk Dalinowi.
Jedyne co dzieliło od wyruszenia w drogę, był załadunek i powrót wysłanego po ekwipunek krasnoluda. Dalin mógł złapać oddech, albo jakby jeszcze nie miał dość, upożytecznić energię w pomocy przy sfinalizowaniu załadunku.
***
- Stać! Kto idzie?
Głos śmiesznie niepasujący do służbowej powagi i stanowczości jakie powinny słowa zawierać, natychmiast uderzył po uszach. Zbyt piskliwy, cienki jak na męską gammę, ale zdecydowanie nie kobiecy. Należał do strażnika nieco niższego od Ervina, opancerzonego dosłownie od stóp do głów, w tym głowa jak i twarz nie eksponowały się pod nakryciem hełmu.
- Jeśli jesteś kolejnym petentem chcącym się zaciągnąć do straży to niestety, ale się spóźniłeś z kretesem. Rekrutacja została zamknięta... – dodał drugi, dla kontrastu luźno traktujący pojęcie osłaniania głowy. Nosił się z twarzą zaledwie dwudziestolatka, bez hełmu - ten spoczywał pod murem i samotnie nagrzewał.
Ów drugi poczuł się w obowiązku ratowania sytuacji. Zerknął na kolegę, nakazując spojrzeniem by zajął się lepiej staniem, a rozmawianie zostawił komuś nie tyle bardziej kompetentnemu, co z nieośmieszającą barwą głosu. I sam zadał praktycznie te same pytania:
- Skąd i po co? Nie wyglądasz na wieśniaka, a jako podróżny... Niewielu podróżnych wędruje tą okolicą w pojedynkę.
Nie silił się na sztywną, piskliwą oficjalność jaką zaserwował pierwszy z gwardzistów. Lekko traktował rozkaz, jakby był obrazą w której zamiast do kąta postawiono go pod miejski mur, by stał i prażył się na słońcu cały dzień. Narzucone polecenie aczkolwiek nie odbijało się w postaci słownego wyżywania na nieznajomych. Spływało po niewymuszanej neutralności jaka musiała się zakorzenić w usposobieniu tego człowieka.
***
Dotarli do celu, do azylu o którym myślał Radok. Budynek zamieszkały przez Vestisa nie dawał się pomylić z żadnym innym znajdującym się w tej części miasta. Estetycznie zarośnięty, dla pnących się gęsto roślin, wyglądających jak te z rodzimych lasów, stanowił doskonałą trzypiętrową podporę. Podporę przykrytą po sam dach, za wyjątkiem okien i drzwi. Plecionka z zieleniny, szczelnie przykrywająca konstrukcję nie zdołała jeszcze tam zapanować, a przycinana regularnie, nie potrafiła utrudnić oknom funkcjonalności lub wedrzeć się do środka. Podobnie rzecz się miała z drzwiami pod którymi właśnie się zatrzymały elfy. Solidne i wytrzymałe, bardziej widziałyby się u fasady budynku, ale mimo to ktoś postawił je na tyłach.
[...]Zmysł: Wzrok: Test = k20(9) + 31 = 40 | ST = 35
Słusznie zachowywana przez Radoka czujność, się opłaciła. Kątem oka dostrzegł nieopodal ruch. Pionowy, długi cień podobnie jak poprzednio zignorowany zaułek, zafalował. Następnie odkleił się od ściany sąsiedniego budynku i spadł drapieżnie, bezpieczny od słońca. Zaraz spomiędzy nieistotnych konturów rzeczy na codzień przewalających się w zacienionych miejskich zakamarkach, powstał owal głowy i barków. Jednolicie cienisty, jakby był tekturową makietą pomalowaną na czarno. Jednak makiety nie mają oczu, temu czemuś też ich brakowało, a wrażenie, że przygląda się stamtąd elfom było nie do odparcia.
- Nie chcemy was tu...
- Wynocha...
- WON!
Echo jakie słyszeli z oddali wybrało nietuzinkowy moment by się ponownie odezwać, wezbrało obudzone na nowo z silniejszym przekonaniem i oburzeniem, wyraźniejszym teraz niźli słowa, demonstrowało gdzieś komuś zbiorową opinię, świadectwo wylewającego się poza czarkę niezadowolenia. Bezbłędnie dochodziło z kierunku na którego drodze zmaterializowała się ta cienista istota.
***
Pod zwrzeszczanym dzagydą rozjechały się nogi. Z jednej strony chciał natychmiast uciekać przed tą straszliwą kobietą, która straszliwie go skrzywdzi jak się zaraz stąd nie ulotni, z drugiej nie mógł tak po prostu zostawić owiec. Utknął w pół szpagacie, wybałuszając oczy jak ryba wyrzucona na brzeg. Dopiero upływie kilku sekund zamachnął pospiesznie swoją pastuszą bronią, postrachem zwierząt gospodarczych, poszczuł stadko nieartykułowanymi dźwiękami brzmiącymi pomiędzy „Kssss” i „Kszzz” i jakby na trochę się jeszcze zawahał. Ryzykować bieg przez pobojowisko, czy lepiej obiec dookoła poza zasięgiem oczu z których lada moment posypią się pioruny?
Żywa eksplozja wyrzucająca od serca banalne w zrozumieniu „zjeżdżaj stąd” przyczyniła się do decyzji człeczyny. Obrócił się na pięcie i chyżo z młodzieńczym zapałem jakiego sam by się po sobie nie spodziewał, ekspresowo wycofał. Tyle go było widać.
Jedynie psi zaganiacz pozostał na posterunku bardziej sumiennie wykonując swoją pracę. Pozbierał tę rozbieganą, zdezorientowaną bandę parzystokopytnych z obozowiska, zbił w ciasną grupę i pogonił dalej.
S’arn, wściekła jak sto diabłów, niebawem pozostała sama pośrodku pobojowiska, po którym przewalały się szczątki kolacji i tego rodzaju drobnego ekwipunku przydatnego do przygotowywania jej. Zwierzaki nie oszczędziły nawet ogniska. Nie zadeptały go co prawda w naturalnym strachu przed ogniem, ale kłębiąc się dookoła nakurzyły, przysypały piachem. Z paleniska słabo dymiło, nie było widać płomieni, których wykrzesanie w płytowych rękawicach sprawiło niemały trud.
Toczenie beczki nie było zadaniem zbyt skomplikowanym, każdy głupi zdołałby tego dokonać, jednak wymagało nie małych nakładów sił. Po raz kolejny praca zespołowa się opłaciła, uparta beczka skrywający cenny ładunek trafiła na swoje miejsce gotowa do załadunku. Zadowolony z siebie i wspólnego sukcesu Dalin wyprostował się i otarł pot z czoła. Odsapnął chwile i uśmiechnął się pod wąsem. Tego było mu potrzeba, jednak robota nie była jeszcze skończona, nie mógł spocząć na laurach. Posłał beczce wrogie spojrzenie, takie jakie posyła się adwersarzom w trakcie pojedynku. Beczka zdawała się wręcz kpić z siły wojownika, leżąc sobie bezczynnie na boku. Krasnolud postanowił ją najpierw postawić do pionu, a gdy kto uczynił przysiadł i objął ją rękami. Po czym napiął wszystkie mięśnie i z głośnym okrzykiem próbował zadołować ją na wóz.
- Argh! Hop na górę!
Jeśli mu się udało, tym prostym czynem na pewno przekona Furdera o swojej przydatności.
_________________ "Nie ma sprawiedliwości, jesteśmy tylko my!"
"Gdzie jest twój bóg paladynko?"
Eric "Ellesar" Wald
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum