-Tak, oczywiście zgadzam się. -odpowiedział Siv'ar. -Z tego co mówicie, jak najbardziej w moim interesie jest pozbycie się tych ludzi. Inaczej będą przez cały czas deptać mi po ogonie, niezależnie od tego gdzie pójdę. Przyznam, że nie mam pojęcia komu aż tak się naprzykrzyłem że chciało mu się wysyłać kogokolwiek za mną. Jestem zwykłym kieszonkowcem, okradłem co najwyżej nieostrożnych przechodniów i stargany z żarciem, nie krasnoludzki skarbiec czy coś w tym rodzaju.
Jor spojrzał w środek stołu, ponownie szukając w myślach sytuacji która mogłaby być źródłem całego tego prześladowania. Częścią sztuki unikania problemów jest nie ponawianie swoich błędów, o ile nie są rzecz jasna konieczne. Szczurołak nie miał zamiaru przestać kraść, nawet jeśli oznaczało to ryzyko zostania złapanym. W tej sytuacji złodziej nie miał jednak pojęcia co takiego zrobił aby zasłużyć sobie na aż taką uwagę z czyjejś strony. "Nie wykradałem artefaktów od szalonych magów, nie podwinąłem sakiewki króla bandytów, nie zabiłem nikomu dzieciaka, więc co? Kto był aż taki wkurzony o ukradzionego ziemniaka że wysłał za mną łowców?"
Były mieszkaniec Dury wyrwał się w końcu z zamyślenia i spojrzał na rozmówców.
-A nawet jeśli nie dotyczyło by mnie to bezpośrednio -kontynuował wypowiedź. - to i tak mam u was dług wdzięczności. Gdyby nie wy bym już nie żył. Wole pomóc w kradzieży niż nie oddychać, więc możecie na mnie liczyć.
Siv'ar ściągnął łopatki i wyprostował się na krześle.
-Zaraz po odpoczynku, oczywiście. Rozumiecie pewnie, że po długiej podróży i nie do końca miłym powitaniu sen by mi się przydał.
- No i proszę! - uśmiechnął się Jor. - Prawdziwie honorowy złodziej! Inny to by czym prędzej szukał sposobu, by się wywinąć, a ty...
- I zdechłby prędzej czy później - skwitował sucho Pan Kwiatuszek. - Bo raczej jedna śmierć jednego najemnika wiele nie zmieni. I dziesięć śmierci dziesięciu najemników gówno pomoże.
- Tak jest, tak jest! - podekscytował się Kiełek. - Wszystkie te zrządzenia losu, tajemne chęci mordów, wszystko to złączyło się w jedno, krzyżując nasze drogi przeznaczenia! Teraz wspólnie musimy zmierzyć się z przeciwnościami, ze wspólnym wrogiem! Razem jesteśmy słabi, ale w stadzie nasza siła!
Reszta szczurów nie podzielała rozbuchanego entuzjazmu najbardziej ruchliwego kompana. Ale nie byli też zasępieni i smutni - po prostu, mimo lekkiego podekscytowania, które nawet już Siv'arowi mogło się udzielać, zachowywali kamienną twarz i spokój ducha. Czyli dokładnie tak, jak należy się zachowywać przy dokonywaniu skoku pokaźniejszego niźli kradzież kilku warzyw z targowiska.
- Zaraz po odpoczynku, oczywiście - zgodził się Jor. - Jutro omówimy sobie wszystko dokładnie, a gdy tylko zapadnie wieczór, ruszymy na... łowy. Tak, myślę, że to dobre słowo. Nikogo wszak zabijać nie zamierzamy, to nie jest nasz cel.
- Niemniej jak ktoś wejdzie nam w paradę - Pan Kwiatuszek obnażył pożółkłe zęby w zdeformowanej grotesce uśmiechu - to nie będziemy się przed tym jakoś wzbraniać.
- Tak, tak! - Kiełek niemal podskoczył na krześle. - Och tak, już widzę, już widzę! Te wykrzywione w bólu twarze, te skręcone karki, złamane kości, dziurawe szyje tryskające czerwienią, tak, co to będzie za wieczór! Pełen piękna, pełen sztuki! Istnej sztuki śmierci! Im więcej, tym lepiej! Och tak! Im więcej, tym lepiej!
- Ale póki co ograniczymy się do planu A - uspokoił go Jor. - A potem to się już zobaczy. Siv'arze, masz jeszcze jakieś pytania? Jak nie, to zaraz udamy się spać. Jutro sporo pracy przed nami.
-Nie, już żadnych pytań z mojej strony. Możemy śmiało iść spać. -odpowiedział Siv'ar.
Co prawda szarak chciał wiedzieć coś więcej o mieście, ale biorąc pod uwagę fakt, iż obecnie jego rasa nie jest tam mile widziana, wypytywanie nie miało większego sensu. W końcu i tak nie miał czasu na spacery po ulicach Dorien. Ma robotę do wykonania, jasne cele: załatwienie by nie latali za nim łowcy nagród i spłacenie długu u barwnej trójki złodziei. Zapewnienie sobie dalszej, bez problemowej egzystencji to nie łatwa robota.
Pora była już późna. Po przeprowadzonej rozmowie czterech szczurów postanowiło udać się spać. Nikt nie miał nic więcej do powiedzenia, może prócz Jora, który wyznaczył Siv'arowi jego miejsce, gdzie może się położyć - osobny, mały pokój, służący prawdopodobnie kiedyś za schowek na różnego rodzaju sprzęty, które gdzieś trzeba było upchać, gdy się z nich nie korzystało. Miotły, szczotki, wiadra, pustawe półki z widocznymi nań okruchami jedzenia. Nie zapewniono mu jednak żadnego siennika, a jedynie stary i wytarty koc, który musiał do rana wystarczyć. I wystarczył. Wychowany w trudnych warunkach jor nie miał kłopotu z zapewnieniem sobie wystarczającego komfortu, czy zaśnięciem. A zasnął błyskawicznie szybko, trzymając pod głową swój dobytek.
* * *
Gdy zbudził się, pozostałe szczury były już na nogach. Przynajmniej niektóre z nich, gdyż słyszał, jak przebierają kończynami zza zamkniętych drzwi, jedynych w pokoju, w którym spał, wychodzących do pomieszczenia ze stołem. Słyszał też stukot jakichś narzędzi, może naczyń. I ciche rozmowy, których treść pozostała dla niego niezrozumiała, ale po strzępach słów mógł się domyślić, że były to najnormalniejsze poranne pogaduchy, a nie spiskowanie na jego życie. Prawdopodobnie.
Pokoik był ciasny nawet jak dla szczura - większą część pomieszczenia zajmowały ogołocone półki oraz rzucone bezwładnie sprzęty gospodarstwa domowego, a także masa innych, kompletnych śmieci, które jednak z jakiegoś powodu przetrzymuje się w domu, bo a nuż się przydadzą. Z pokoju wychodziły tylko jedne drzwi, okien natomiast żadnych nie było, przez co wewnątrz panował półmrok, rozgarniany po części przez łunę słońca przeciskającą się przez szparę w drzwiach.
Siv'ar przeciągnął się leniwe na ziemi. Nie miał powodu do pośpiechu, to też postanowił poświęcić trochę czasu na wstawanie. Dla powolnego wybudzenia, rozglądał się po jego nowej "sypialni". Pomieszczenie było małe i panował tu bałagan, ale to złodziejowi nie przeszkadzało. Ważne że miał czym się nakryć, było sucho i stosunkowo ciepło. "Zupełnie jak w domu." pomyślał, a na jego pysku pojawił się ironiczny uśmieszek.
Po dłuższej chwili leżenia szarak w końcu zabrał się do podnoszenia cielska. Zrzucił z siebie koc, usiadł na ziemi i przetarł parokrotnie oczy. Z chęcią przyzwyczaił by już wzrok do światła, gdyby tylko jakaś przyzwoita ilość wpadała do pomieszczenia. Wstał na nogi, przeciągnął się ostatni raz, po czym zabrał z ziemi plecak, zarzucił na jedno ramię i podreptał w stronę drzwi by je otworzyć.
Siv'ar wygramolił się spod koca, wstał, zebrał wszystkie swoje manatki i wyszedł z pokoju. Gdy tylko otworzył drzwi, fala światła uderzyła w jego przyzwyczajone do ciemności oczy. Gdy zdołał już przywyknąć do jasności, ujrzał, jak dwójka szczurów, Jor i Pan Kwiatuszek pracują wśród kuchennych utensyliów. Ogień trzaskał w piecyku, na którym właśnie wystawiona została stara, czarna od sadzy patelnia. Ciśnięte gdzieś na bok skorupy po jajkach wyraźnie dawały znać o tym, co znajduje się za pokaźnym Panem Kwiatuszkiem, który odwrócony plecami do Siv'ara całkowicie zdawał się być pochłonięty gotowaniem.
Szczur zwany Jorem wykładał za to talerze na stół - wyczyszczony po poprzedniej nocy błyszczał w promieniach słońca, które wlatywały przez otwarte okno.
- O, dzień dobry - rzekł Jor, odnotowując pojawienie się Siv'ara. - Wstałeś akurat na śniadanie.
Zapach skwierczących na ogniu jajek zdołał już się roznieść po całej izbie. Bardzo miły na nosa zapach, warto nadmienić.
-Dzień dobry Jorze, Panie Kwiatuszku. -Siv'ar odpowiedział na powitanie.- Właśnie czuję, pachnie niesamowicie.
Nie widząc potrzeby noszenia plecaka, szczurołak postawił go przy drzwiach z których właśnie wyszedł, po czym stanął przy stole. Nie chciał siadać kiedy pozostali przygotowywali posiłek, wydawało mu się to nie uprzejme a tym samym ryzykowne. Wspólne jadanie może nie było czymś często praktykowanym w rodzinie Siv'ara, ale wiedział że nie odpowiednie zachowanie przy stole mogło obrazić gospodarza. W domu kończyło się to uderzeniem w tył głowy, ewentualnie łyżką po łapach, ewentualnie pięścią w pysk. Nowo poznani osobnicy nie zdawali się mieć krótkiego temperamentu, ale przyzwyczajenie do przyjmowania bezpiecznie uprzejmego nastawienia było zbyt silne w szaraku.
-A gdzie Kiełek? -Zapytał Siv'ar, po części by po prostu zacząć rozmowę, a po części z czystej ciekawości. Jor o niezwykle wylewnych wypowiedziach zdawał się posiadać dość żywy charakter. Gdyby złodziej z Dury miał zgadywać kto w tym domu wstaje najwcześniej, stawiałby na Kiełka.
- A witaj, witaj - mruknął Pan Kwiatuszek jak zwykle swoim poważnym, niskim głosem. Niskim nawet jak na typowego szczura. Ba, basem bliskim ludzkiego basu, a to już wyczyn niemały. Szczur obrócił się i skinął głową, po czym wrócił do gotowania.
Jor, gdy tylko odłożył ostatni sztuciec na swoje miejsce, spojrzał raz jeszcze na Siv'ara. Ruchem łapy zachęcił go do zajęcia miejsca przy stole, samemu siadając naprzeciwko, na tym samym miejscu, co dnia poprzedniego. Położył się wygodnie, jedną łapę zarzucił na oparcie, a drugą położył na stole. Pomajtał frywolnie nogami.
- Kiełek powinien być lada chwila - oparł, spoglądając przez ramię na Pana Kwiatuszka. - No? Ile jeszcze będziesz nas męczył?
- Cierpliwości - mruknął Pan Kwiatuszek. - Kulinaria to sztuka nie gorsza od sztuki malarstwa czy rzeźbiarstwa. Myślisz, że tylko oni dobrze prosperują ze swojego rzemiosła? A nadworni kucharze, obsługujący setki, tysiące gości? Czy mamy im ujmować?
Jor nie dał się przekonać.
- Tylko że obraz czy wazę można wykraść i sprzedać, a taki, powiedzmy, suflet, to co z nim zrobisz? Zjesz i tyle.
- Ale co to za posiłek! - rozmarzył się Pan Kwiatuszek. - Pamiętasz jak łupiliśmy ten dom pewnego srebrnego elfa? Czego to on w spiżarni nie miał!
- Ach, pamiętam aż nadto - zaśmiał się Jor, ceremonialnie masując swój brzuch. - A Kiełek to dopiero się nażarł!
- Bo tym trzeba się delektować, a nie wpychać w gardło, jak u tucznika jakiegoś. Wiesz, Siv'arze, Kiełka tośmy musieli niemalże turlać do wyjścia...
Wtem klapka zewnętrza zaklekotała, a oczom szczurów okazał się brakujący jegomość. Kiełek rozejrzał się swoim wiecznie szyderczo-wyłupiastym wzrokiem, jakby to oczami miał wypatrzyć, cóż to o nim rozmawiają. W dłoni ściskał dorodną, wiszącą nieruchomo głową w dół kurę.
- A cóż to za pogaduchy? - zaskrzeczał. - o mnie? O mnie, żywiciela waszego, który w pocie czoła o, takie sztuki zdobywa, ryzykując przy tym własnym, skromnym życiem? Oj, bo się pogniewamy. Pogniewamy!
- Faktycznie, zacna kura - skomentował Pan Kwiatuszek, nakładając każdemu porcję i siadając do stołu. - Chodź jeść, bo stygnie.
Jajecznica pachniała znakomicie. Doprawiona było wieloma apetycznymi dodatkami, jak cebulą, czosnkiem, no i rzecz jasna solą. Gdzieniegdzie nawet dało się dostrzec strzępy jakiegoś mięsa, może nawet szynki. Słowem: nie było źle.
-Jak jedzenie wpada w łapy to napychanie nim żołądka po brzegi nie jest złą rzeczą. Na delektowanie się potrzeba czasu i odpowiedniego miejsca, zupełnie jak teraz. - Mówiąc to, Siv'ar rozłożył ręce, pokazując cały stół.
-No to smacznego. -Powiedział z uśmiechem, poprawił się na krześle i zabrał się do zjadania swojej porcji.
Siv'ar nie śpieszył się z jedzeniem, delektując się każdym wkładanym do pyska kęsem. Jora zastanawiało czy zaczną nie długo swoje zadanie. "Większe kradzieże lepiej wykonywać nocą, więc będziemy musieli poczekać, chociaż z drugiej strony kto wie. Ta trójka zna na pewno to miasto jak własną kieszeń. Nie ma jednak co od razu o tym zaczynać rozmowy, dzień się dopiero zaczął i trzeba skupić ruch szczęk na jajecznicy nie gadaniu."
Jajecznica nie tylko pachniała znakomicie, ale i jej smak w niczym zapachowi nie ustępował. Była dokładnie taka, jaka powinna być - dobrze wysmażona, z dodatkami. A przede wszystkim było to po prostu zwykłe, porządne śniadanie, którego Siv'ar ostatnimi czasy nie miał okazji doświadczyć.
Siv'ar spojrzał przez okno. Intensywność padającego światła sugerowało, że tej nocy pospał sobie odrobinę dłużej, niż powinien. Daleko było od świtu, a bliżej południa. Nic dziwnego; poprzedniego wieczoru wydarzyło się wystarczająco wiele rzeczy, by mieć powody do zasiedzenia się. Zresztą nigdzie się nie spieszyli, prawda? Złodziej wszak pracuje nocą.
- Siv'arze - przerwał ciszę Jor, w momencie, gdy wszyscy skończyli swoje porcje. - Opowiedz coś o swoich zdolnościach. Co potrafisz, nie licząc jarzynowego kieszonkostwa? Umiesz otwierać zamki? Znasz się na akrobatyce, cichym poruszaniu? Walce? Znasz język imperialny...?
- Och, tak, walce! - ożywił się Kiełek. - Bo gdy przyjdzie co do czego, to ni złote słowa, ni piękne lica nie uratują cię przed ostrym jak brzytwa mieczem, toporem katowskim, miażdżącym młotem, zimnymi kuszy bełtami! Nic a nic! Ni to przed żelazem, ni to przed magią się nie schowasz, gdy zajdą, otoczą, wezmą kupą! Skradać się można! Ukrywać się warto! Ale prędzej czy później nie będzie gdzie się ukryć, nie będzie gdzie uciec! Tylko sztylet w łapie może cię tedy ocalić!
-Może to i prawda co mówisz, -Siv'ar zwrócił się do Kiełka- ale osobiście wolę się trzymać z dala od kłopotów. Zwłaszcza tych wymachujących bronią. No, może nie tyle co z dala od nich, co za ich plecami, nie w zasięgu ich wzroku. Nie wyćwiczyłem w sobie uczucia radości z upuszczenia komuś krwi.
Złodziej czuł się trochę nie komfortowo w tej rozmowie. Jego "zdolnościami" było siedzenie cicho, ucieczka i kieszonkowstwo, cechy uznawane przez wszystkich za raczej tchórzowski styl bycia. Jedynymi cechami pokazującymi odwagę rabusia było zabijanie i o ile Siv'ar nie miał nic przeciwko ubiciu kogoś, to na pewno nie czerpał z tego radości tak jak Kiełek i wielu innych. Przełknął ostatnie, zalegające w pysku resztki jajecznicy i po wytarciu łapą pyska kontynuował wypowiedź.
-Nie oznacza to oczywiście że całkowicie nie wiem jak tego dokonać. Odpowiadając dokładnie na twoje pytanie, Jorze, potrafię posługiwać się trochę sztyletem i nożami do rzucania. Zdolnościami otwierania zamków i bardziej akrobatycznych wywijasów też niby mogę się pochwalić, chociaż nie jestem w nich mistrzem. Szczerze mówiąc, łażenie tak by nikt mnie nie zauważył i opróżnianie kieszeni to moje główne atuty i styl działania. A i nie, nie znam innych języków poza własnym.
Jor pomilczał chwilę przed wyprowadzeniem swojej odpowiedzi. Nikt nie wtrącił się w międzyczasie. Nawet rozmowny Kiełek w nienaturalnym dla niego spokoju po prostu siedział i wpatrywał się w Siv'ara. A Pan Kwiatuszek wstał, zgarnął naczynia i wyniósł je do kuchennego aneksu.
- Czyli kraść w taki sposób, by pozostawać niewidocznym - odrzekł w końcu Jor. - W porządku. To nawet dobrze. Bo i cała akcja nie będzie trudna, mimo że planujemy się włamać do jednej z ważniejszych osobistości w mieście. No, może "jednej z ważniejszych" to wielkie uproszczenie, bo jak na największe miasto w Sorii przystało, równie wiele będzie tam zamieszkiwać osób uważanych za znamienitych. Tak czy inaczej, to nie będzie włam do zwykłego kramu warzywnego, a kraść będziemy coś ważniejszego, niż cebulę i groch.
- A i rozmawiać z nikim nie planujemy! - nie wytrzymał Kiełek. - Bo co to za radość, wdać się w rozmowę z kimś, kogo się okrada? Tylko po to, by zdradzić mu swoje motywy zaraz przed zasztyletowaniem? Toż to takie żałosne i bez polotu! Prawdziwy złodziej trzyma się mroku, atakuje znienacka, nim ktokolwiek się rozezna! Tak jest, wtedy dopiero życie potrafi zasmakować! Zobaczysz, Siv'ar, zobaczysz! Zobaczysz, że prędzej czy później upuszczanie krwi wejdzie ci w krew... hihihi! A wtedy to trudno o lepsze doznanie, trudno!
- Dobrze więc - kontynuował Jor. - Przejdźmy do sedna. Włamujemy się do rezydencji pewnego srebrnego elfa. Wtedy, kiedy nie będzie go w posiadłości, a straż będzie wyjątkowo wyjałowiona. To on właśnie wysłał za nami swoich ludzi. Ale wystarczy, że ukradniemy mu pewien przedmiot, a przestanie być zagrożeniem. W swoim pokoju trzyma pewną ozdobną szkatułkę. To właśnie na nią polujemy, nic innego.
Pan Kwiatuszek, gdy tylko skończył myć naczynia, powrócił do stołu. I odezwał się.
- Co prawda, będzie mieć tam wyjątkowo wiele cennych drobiazgów, które tylko czekają na to, aby się nimi poczęstować, zabrać do domu, przetopić i odsprzedać. Niektóre arcydzieła warte dziesiątki tysięcy sztuk złota, inne liche, tanie wypełniacze miejsca. Ale pamiętaj, Siv'ar, by nie dać się rozkojarzyć. Najważniejsza jest ta szkatuła, wszystko inne schodzi na dalszy plan, nawet jeśli gwarantowałoby luksus życia po kres dni.
- Dokładnie tak - skwitował Jor. - Bo tak to prędzej czy później i tak nas odnajdzie i dopadnie, możesz mi wierzyć. Tacy jak oni nie odpuszczają. Zwłaszcza długowieczne elfy, które zrobią wszystko, by tylko nie żyć we wstydzie po resztki swoich dni.
-Dla mojego własnego dobra, Kiełku, mam nadzieję że się mylisz. Jeżeli podrzynanie gardeł stanie się dla mnie codziennością, to znaczyć to będzie że wpadłem w o wiele większe kłopoty niżbym tego sobie życzył.
Siv'ar oparł się rękoma o stół, czując że szykuje się trochę dłuższa rozmowa i uznając to za wygodniejszą pozycję.
-A co do tej szkatuły, -zwrócił się do Jora- to wiemy gdzie dokładnie się ona znajduje czy będziemy musieli obszukać cały dom tego srebrnego długoucha? Bo jeśli będziemy biegać od piwnicy po strych w poszukiwaniu skrytek to nie wiem czy to znajdziemy, nawet gdyby strażnicy spali.
- Och, co prędzej oni w kłopoty wpadli, nie ty! - zaśmiał się Kiełek. - Kłopoty ma podrzynany, a nie podrzynacz! Coś o tym wiem, coś wiem!
Jor spojrzał na Siv'ara w sposób dezaprobujący. Przekręcił się na krześle tak, że jego ramię zawisło na oparciu, a on sam wyłożył się nie gorzej, niż rozmówca.
- Tak jak przed chwilą powiedziałem - rzekł spokojnie i powoli - szkatuła znajduje się w osobistym pokoju elfa. I nie będziemy musieli przeczesywać wszystkich pięter; zrobi to dla nas najbardziej drogocenna wartość na świecie: informacja. A tych mamy wystarczająco, by zapewnić sobie bezpieczny i profesjonalny rabunek.
- O zmroku ruszymy dachem - kontynuował. - Wejdziemy wygaszonym kominem, do którego akurat wszyscy, prócz Pana Kwiatuszka, zmieścimy się bez problemu.
Pan Kwiatuszek prychnął cicho. Faktycznie, budową ciała górował nad standardowym, chuderlawym i gibkim jorem. Zamiast zwinności miał siłę, zamiast wygimnastykowanego jak u węża ciała - umięśnione, zgrubiałe cielsko. Oczywiście cielsko w kontekście szczurzym, bo dla każdego zwykłego człowieka Pan Kwiatuszek dalej będzie po prostu "tym paskudnym, śmierdzącym szczurem", bez podziału na rozmiar, wiek czy płeć. Nic dziwnego; mało który człowiek, elf czy krasnolud utrzymuje przyjazne koneksje z ogoniastymi. Wręcz przeciwnie, stara się zachowywać jak największy dystans do jorów, których wyjątkowo intensywnie i nie bez kozery uważano za złodziei i morderców.
- Trafimy do kuchni, gdzie powinniśmy napotkać jedną czy dwie kucharki - mówił dalej Jor. - Jeśli nas przyuważą, to Kiełek zrobi już swoje.
- Oj, zrobi, zrobi! - zaskrzeczał Kiełek. - A oby zauważyli, oby się wystraszyli i uciekli w panice! Tym większa zabawa, tym większa przyjemność!
- Potem wyjdziemy z kuchni, przejdziemy się korytarzem, wejdziemy po schodach na górę, weźmiemy drugie drzwi, wejdziemy w korytarz, przejdziemy się kawałek, wejdziemy w największe i najbardziej błyszczące drzwi i ot, jesteśmy na miejscu. Jeśli wszystko pójdzie z planem, to nim się strażnicy zorientują, że ktoś nawiedził rezydencję, my już dawno będziemy daleko od niej.
-No cóż, plan brzmi dosyć prosto, o ile oczywiście wszystko pójdzie zgodnie z nim. Na pewno tak nie będzie jeśli damy kucharkom uciec w panice, żeby krzyczały na całe gardła.
Siv'ar spojrzał na Kiełka. Powinien się pewnie cieszyć, że jest w jego grupie ktoś taki kto wyjątkowo lubuje się w podrzynaniu gardeł i wywoływaniu strachu, skoro on sam nie jest w tym dobry. Jednak rozgadany kompan zdawał się mu nie bezpiecznie nie przewidywalny.
-Już lepiej im je poderżnąć. -dokończył, starając się by jego głos brzmiał normalnie, nie zdradzając rosnących w nim nerwów.
Bowiem jor zaczął odczuwać strach i nie pewność względem całego przedsięwzięcia, zwłaszcza na myśl o możliwości bycia złapanym. "Jeśli ktoś przyłapie cię na ulicy" - rozmyślał - "to można uciec, ale w czyimś domu? Nawet nie znam rozmieszczenia pokoi. Jeden zły skręt i trafie do pokoju na miotły zamiast na zewnatrz." Cała ta akcja coraz mniej podobała się szczurołakowi. Wiedział że była konieczna, w końcu musiał spłacić dług i pozbyć się łowców, ale nie miał w zwyczaju włamywać się do rezydencji kogoś, kto ma na swych usługach osobistych strażników. Ulice były dostatecznie zaludnione ludźmi, więc kieszonkowstwo było o wiele atrakcyjniejsze niż kradzieże rzeczy z czyjegoś miejsca zamieszkania. Przynajmniej dla niego.
"Ba, my nawet nie idziemy tam kraść monet i błyskotek, tylko tą szkatułkę. No nic, załatwimy to szybko i będę miał tą całą sprawę z głowy. Na tej myśli się skup."
Siv'ar przetarł oczy jedną łapą i starał się nie myśleć już o swojej sytuacji, poświęcając całą uwagę na rozmowie.
-A jaka jest nasza droga wyjścia? Z powrotem przez komin?
- Bez obaw - zapewnił Jor. - Jakoś tak... Intuicja podpowiada mi, że wszystko pójdzie zgodnie z planem.
Kiełek wybuchnął śmiechem, ale tym razem wyjątkowo niczego nie skomentował.
- Nie przejmuj się - rzekł Jor, tak jakby czytał Siv'arowi w myślach. - Wiem, że masz wątpliwości, ale wiedz, że i my swoje życia sobie cenimy i na darmo oddawać ich nie zamierzamy. Nasz plan jest doskonały. Ale potrzebujemy czwartej osoby, potrzebujemy ciebie, by plan ten zadziałał.
Pan Kwiatuszek stłumił beknięcie dłonią. Następnie skierował swe kroki ku przyniesionej kurze, bezceremonialnie rzucił nią o blat kuchennego aneksu i począł ją skubać. Wyjątkowo spokojnie i nawet nienaturalnie zręcznie i delikatnie, jak na takiego rosłego szczurołaka.
- Oczywiście że nie - odpowiedział Jor na zadane mu pytanie. - Komin jest długi i za długo by nam zeszło wspinanie się w nim, nawet z liną. Wyjdziemy przez balkon z elfiego pokoju. Pan Kwiatuszek w trakcie naszego myszkowania ma za zadanie zagwarantować nam bezpieczną drogę ucieczki. A i z tym trudno nie będzie, nie dzisiaj.
-Chciałbym mieć taki pewny pogląd na ten plan jak wy.
Siv'ar spojrzał w bok, gdzieś na ścianę. Gdzie patrzył nie było ważne, potrzebował po prostu zarzucić na coś oko by ukoić nerwy. Naprawdę chciałby żeby zapewnienia Jora mu wystarczyły, ale dla złodziejaszka wciąż było to pchanie się na siłę w kłopoty. To oczywiste że wchodząc do groty zamieszkałej przez niedźwiedzia, osobnik powinien się spodziewać brutalnej śmierci, niezależnie od tego czy misiek jest w pełni obudzony czy śpi mocnym snem zimowym. Palce nie spokojnego Siv'ara zaczęły stukać po blacie, wygrywając jakiś nie spójny rytm.
-No nic, muszę zaufać twojej intuicji. -Powiedział spoglądając z powrotem na rozmówców.- Pozostawię swoje wątpliwości dla siebie. Będę się martwić i marudzić w czasie kiedy natrafimy na jakiś problem.
Szczurołak oparł się plecami o oparcie krzesła i położył łapy na kolanach, zauważając że jego palce wybijają już jakąś irytującą kakofonię dźwięków.
-A co do tego czasu? Mamy czekać czy może chcecie bym pomógł w jakiś przygotowaniach?
Ściana była goła i szara od kurzu. Trudno było o cokolwiek godnego uwagi, o coś, na czym można było zawiesić wzrok. Myśli, coraz to mroczniejsze, przechodziły przez głowę Siv'ara. Misja, jaką mieli do wykonania, wydawała się mieć wiele niedociągnięć, a przesadna pewność siebie Jora również budziła niepokój.
- Zaufaj - rzekł Jor. - Ach, ale co mi po słowach? Udowodnię ci, że nie ma się czym przejmować.
Kiełek zaraz po usłyszeniu tych słów wyskoczył w powietrze i ponownie zaśmiał się.
- Och, ależ tak, tak! Nasz wielki sekret! Mój wielki sekret... Twój wielki sekret! Skoroś niewierzący, to uwierzyć musisz! O, tak! To jedyne wyjście, jedyne!
- Przypomnij sobie wczorajszy wieczór - mówił dalej Jor. - Nie zdziwiło cię to, że akurat wtedy, gdy potrzebowałeś pomocy, myśmy w sukurs przyszli, ratując cię od niechybnej śmierci?
- Och, tak! - nie wytrzymał Kiełek. - Tak to stało, bośmy wszystko zawczasu wiedzieli! Każde posunięcie, każdy ruch, słowo każde! Jak to było? Jorowie mają swoją godność, prawa? Tak żeś rzekł wtedy! Co do słówka, wszystkośmy wiedzieli, nim to się stało! On - wskazał na Jora - przyszłość widzi, wiedzącym jest, z nim nie ma czegoś takiego jak strach!
Wskazany odchrząknął.
- Poczekamy do zmroku, czyli jeszcze zaledwie kilka godzin. Wszystko mamy już przygotowane. Ale gdy będziemy na miejscu, miej się na baczności ze swoimi bombami. W zamkniętych pomieszczeniach efekt jest zbliżony do wymachiwania halabardą... Jeśli wiesz, co mam na myśli.
-Tak, oczywiście. Bomby to mój plan ostateczny, w razie gdybym miał przed sobą ścianę ludzi a za sobą ścianę budynku. -Siv'ar odpowiedział powoli, niepewnym głosem.
Trochę uderzyła w niego przekazana mu informacja. Siedzący przed nim szarak, mianujący się Jorem, najzwyklejszą nazwą jego rasy, widział niby przyszłość. Złodziej słyszał w swoim życiu wiele rzeczy, w końcu na takim odludziu jakim była Dura każda ciekawsza informacja ze świata była dla wszystkich tygodniowym tematem do rozmów. Nie spodziewał się jednak usłyszeć że ktokolwiek jest w stanie widzieć przyszłość, a tym bardziej że tym kimś jest pospolity szczurołak. Kiełek zacytował jego krzyki idealnie, wiedzieli nawet że ma bomby, chociaż Siv'ar nie był pewien czy to dzięki zdolnością Jora czy po prostu trójka zdążyła mu zajrzeć do plecaka kiedy spał. Mogli też po prostu kłamać, ale jor nie marudził. Ta informacja rzeczywiście go uspokoiła.
-Przepraszam, zwykle nie wypytuje innych ale aż muszę się upewnić że dobrze usłyszałem. Ty widzisz przyszłość? -złodziejaszek zwrócił się do Jora, wypowiadając każde słowo w pytaniu wyjątkowo wyraźnie i oddzielając je krótkimi przerwami.
Jor zwany Jorem spojrzał na Siv'ara tak, jak patrzy się na chorych umysłowo. Ale tylko przez ułamek sekundy, gdyż zaraz potem znów przybrał wytonowaną, oszczędną w mimice postawę.
- Oczywiście - rzekł najnormalniej w świecie takim tonem, jakby pytanie dotyczyło tego, czy zjadłby talerz zupy rybnej, a nie tego, czy posiada jakieś zdolności paranormalne. - Widzę przyszłość i wiem przeto, że skok ten powiedzie się nam pełni. Panie Kwiatuszku - obrócił się do oddalonego szczura - jak kura?
- Bardzo dobra - odparł lapidarnie pytany, skrupulatnie skubiąc przyszły posiłek.
- Jeszcze jakieś pytania, Siv'arze? - spytał Jor. I uśmiechnął się.
-Nie, ani jednego pytania więcej. -odpowiedział Siv'ar Jorowi, zeskakując równocześnie z krzesła.
Złodziej miał dość informacji. Najpierw dowiedział się że z niewiadomych mu powodów jest ścigany przez bandę łowców głów na zlecenie jakiegoś elfa, następnie został mu przedstawiony obowiązkowy plan włamania się do rezydencji wcześniej wspomnianego długoucha, a teraz jeden z trójki jorów okazuje się posiadaczem niezwykłych mocy. Siv'ar nie mógł zdecydować czy to Dziura była tak nudnym miejscem czy to reszta świata jest tak dziwaczna.
Szczurołak podszedł pod ścianę do wcześniej zostawionego tam plecaka i zaczął w nim grzebać. Nie miał ochoty siedzieć na zadku do czasu wyjścia, więc równie dobrze mógł ułożyć swoje rzeczy, upewniając się że bomby leżą w łatwo dostępnych częściach, a narzędzia do otwierania zamków są mniej więcej schludnie ułożone.
Ostatnia doba przyniosła szczurołakowi więcej emocji i tajemnic, niż normalnie doświadczał przez dobry miesiąc w swojej rodzinnej wiosce. Abo i dłużej, zakładając, że jedyne ekscytujące wydarzenia miały miejsce właśnie poza nią, gdy wybierano się do miasta. Tak więc może nawet nie miesiąc, a rok. Zależało to też od tego, jak bardzo "ekscytujący" był fakt, że Jor miał zdolności prekognicji, że ktoś nagle, zdawałoby się bez powodu ścigał Siv'ara, oraz że on sam został wplątany w niecodzienną akcję rabunku na jakimś potężnym elfie. Albo po prostu bogatym, o co w tym mieście nie było trudno. Prawie tak samo łatwo jak stać się biednym. Bądź martwym.
Przedmioty zawarte w plecaku zdołały się nieco wymieszać i poprzestawiać, toteż Siv'ar mógł znaleźć sobie zajęcie na najbliższe pięć minut. Bomby ustawił tak, by jak najłatwiejszy i najszybszy był do nich dostęp, a narzędzia ustawił blisko wierzchu, by i z nimi kłopotów nie było, gdyby doszło do napiętej sytuacji, gdzie każdy ułamek sekundy będzie mieć na znaczeniu.
Gdy skończył i powstał, nawet nie zauważył, że zaraz za nim stał Jor. Siv'ar nie wiedział dokładnie, kiedy ten skończył rozmawiać przy stole, a zaczął w ciszy przyglądać się poczynaniom szczura. Może nawet akurat w tym momencie do niego się zbliżył, bez żadnego zamiaru infiltracji podręcznego ekwipażu Siv'ara? Tak czy inaczej, na pewno nie stał bez powodu, gdyż rzekł:
- Mamy jeszcze trochę czasu, nim nadejdzie wieczór. Jeśli chcesz, możesz wyjść na zewnątrz i wrócić na obiad. Intuicja podpowiada mi, że nikt nie powinien ci tym razem naprzykrzać po drodze.
Szczurołak nieco się wystraszył na widok stojącego za nim kompana, odruchowo przyciskając do siebie plecak. Opanował się jednak szybko, wysłuchując co Jor ma do powiedzenia.
-No cóż, zajęcie dobre jak każde inne. Ostatnio nie zdążyłem się rozejrzeć za bardzo po okolicy. -rzekł Siv'ar zakładając plecak.- I hej, sprawdzę przy okazji wtedy trafność twojej "intuicji".
Uśmiech zawitał na pysku jora, i trwał na nim dopóki nie doszedł do wyjścia użytego ostatnio przez trójkę gospodarzy. Wyszedł przez wąskie przejście, upewnił się że skrzynki dobrze je zasłaniają po czym cicho westchnął. Nie groziło mu w środku żadne niebezpieczeństwo, ale mimo tego odczuł ulgę wychodząc na świeże powietrze. Natłok zdarzeń wciąż utrzymywał złodzieja w nerwach, chociaż pod tym względem czuł się już lepiej niż wcześniej. "Jeśli tak wyglądało wejście na tereny tego miasta, to nie wierze że kradzież szkatuły odbędzie się normalnie."
-jor myślał wychodząc przed dom.
Udał się w przeciwnym kierunku od tego w którym tu dotarł. Nie miał ochoty wracać na tereny gdzie złowiono go jak rybę. Idąc powolnym krokiem uważał by nie zgubić przypadkiem drogi. Ostatnie czego mu było trzeba to spóźnienie się na włamanie. Za to pierwszą rzeczą jakiej było mu trzeba to ułożenie myśli, a spacer zdawał się być idealną na to metodą.
Jor zdawał się nie zauważyć nagłego spazmu zaskoczonego Siv'ara. Zamiast tego najnormalniej przytaknął mu, nie dodając już nic więcej od siebie, jedynie odprowadzając go wzrokiem. Szczur przecisnął się przez przejście i przysłonił je tak, jak zamierzał. Okolica za dnia różniła się diametralnie: gdy wyszedł na jedną z bardziej istotnych komunikacyjnie ulic dostrzegł wielu ludzi goniących za swoimi sprawami, a nie po prostu uciekając przed deszczem, tak jak czynili to poprzedniego wieczoru. Pogoda była rześka, jak na pogodę po burzy przystało. Woda lęgła się w kałużach i spływała leniwym potokiem w tylko sobie znaną stronę. Szarawe chmury na niebie należały do mniejszości; większa część nieba pozostawała pusta, z delikatnymi naznaczeniami cienkich, krystalicznie białych strzępów chmur.
Ludzie zwracali na niego uwagę, to zauważył już od razu. Kurczowo przyciskali do siebie swoje torby, pilnowali swych pociech albo sprawdzali, czy dalej mają mieszek na swoim miejscu. Czynili to jednak skrycie, ale nie wystarczająco, by czujny oczy Siv'ara tego nie dostrzegły. Nikt jednak nie zastąpił mu drogi, nie napadł, nie oskarżył o kradzież czy morderstwo. A że szedł w stronę przeciwną od miejsca, gdzie powinni byli już znaleźć jego martwego napastnika, to tym bardziej nikła szansa, że ktoś zdoła powiązać go z zamordowanym.
Szedł gdzieś na wschód, okrążając miasto, nieprzerwanie wędrując przez pierścień niskich, biednych zabudowań wokół niego, poza dającym iluzję bezpieczeństwa i dobrobytu wysokim i niemożliwym do zdobycia murem. Mur miasta przerastał wszystkie mury, które miał okazję widzieć. I to w sposób znaczny, zarówno wysokością, jakością, jak i grubością, wszystko to zdawało się mówić każdemu, kto choćby ośmielił się je sforsować, że tym sposobem nigdy mu się nie uda przedrzeć do środka. Narzucało to oczywiście też pytanie, jak z kolei oni sami mieli się tam dostać. Mury były zbyt gładkie do wspinaczki, a i tak od czasu do czasu Siv'ar dostrzegał jakiegoś strażnika, który czujnie je patrolował. No, może nie czujnie. Ale na pewno czynił to tak, by przynajmniej wyglądać na czujnego.
Okolica nie zmieniała się zbytnio; wciąż były to te same biedne chaty w różnorakich aranżacjach, z tymi samymi biednymi ludźmi wokół. Czasami trafiło się na jakieś skupisko kramów, czasami na mały sklepik, który wyglądał na siedlisko jakiegoś lokalnego lichwiarza czy kogokolwiek, kto żeruje na cudzym nieszczęściu. Ktoś tam handlował rybami, kto inny owocami, był też jakiś kowal, zdobna gospoda, słowem - wszystko i nic.
Siv'ar cieszył się ze swojej małej wycieczki wzdłuż murów miasta. Spacery zawsze działały na niego kojąco, chociaż dopiero teraz zauważył jak bardzo brakowało mu odgłosu fal Wszechmorza. Jor mógł tylko zgadywać ile czasu spędził w młodości na chodzenie wzdłuż brzegu i gapienie się w bezkres wody. Na szczęście miasto oferowało mu nowe rzeczy którymi mógł cieszyć zmysły. Widok przechodniów, starających się dyskretnie upewnić o bezpieczeństwie swoich monet z jakiegoś powodu bawił złodzieja.
Również tutejsze miejsca i ich architektura, przyciągały oko Siv'ara. Szczególnie interesujący był mur, którego sposób ominięcia istotnie zastanawiał szczurołaka.
"Nie wygląda na to żeby gdziekolwiek mur tracił na swej kondycji, więc niema mowy o wspinaczce czy też ciasnym przejściu. Wątpię też że ta trójka ma jakieś umowy z tutejszymi strażnikami. Może więc jakieś podziemne przejście? Cholera, skoro Jor potrafi niby przewidzieć przyszłość, to może Pan Kwiatuszek przechodzi przez ściany?"
Na ostatnią myśl krótki śmiech wydobył się z pyska szaraka. Siv'ar kontynuował swój spacer, spoglądając co chwila na niebo, by zauważyć czy przypadkiem nie zaczyna się ściemniać.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum