- Ależ w żadnym wypadku mi to nie przeszkadza - odparł elf, nie odwracając wzroku od Ervina. - Jak widzisz toleruję kompanię krasnoluda. Wybacz słowną niezręczność.
- Pół roku temu nas tu jeszcze nie było, niestety - stwierdził wąsaty człowiek.
- Ja wiem! - zakrzyknął młodzieniaszek. - Ja mogę popytać... w... no, miejscach. Mówisz, że to jor był? Wszyscy wiemy czym parają się szczuroludzie, a ja znam... no, miejsca.
- Jeżeli zaś jakaś informacja znana jest ludzkości i tajemnicą czyjąś wielką nie pozostaje - odparł zaś na wyznanie bezradności pół-elfa krasnolud - to w Bibliotece magów znajdziesz ją. Bez pomocy może ci to zająć lata, z pomocą miesiące a może i tygodnie. Zależy jak dużo woluminów traktuje o tym, czego szukasz. Niestety nie wszystkie księgi zawierają prawdę...
- Ale nie trzeba ich za to od razu palić! - wtrącił się ten łysy ze starszych ludzi.
- Kłamstwa nie mają miejsca na papierze! - zakrzyknął siwobrody karzeł i z wrażenia popił piwa. - Wracając do tematu; sam posiadam dość rozległą wiedzę na różne tematy. Może będę wiedział coś o tym, czego szukasz?
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2014-01-07, 13:35
Wytrzymał wzrok elfa, zmieniając punkt skupienia dopiero gdy odezwał się wąsacz. Wzmiankę o tolerowaniu krasnoluda puścił mimo uszu.
Nie był optymistycznie nastawiony do poszukiwań w... no... miejscach. Złodzieje pamiętają coś, dopóki mają w tym jakiś zysk. Może Isk miał z nimi na pieńku i jeszcze będzie musiał zabić paru jorów, ludzi, czy innych mieszańców parających się brudnym zajęciem.
- Najpierw wolałbym znaleźć swojego przyjaciela, zanim będę pytać o interesujący mnie temat. Nie wiem jak daleko zaszły jego poszukiwania i na jakie zagrożenia się przez to skazał - szybko odpowiedział na słowa krasnala - Nie sądzę, byś posiadał informacje na temat prastarych artefaktów zła. - Z krzywym uśmiechem wypowiedział ostatnie słowa.
- A czy w tych... no... miejscach wiedzą coś o pewnym magu, podobno niegdyś znanym w tech stronach. Owianym raczej złą sławą. Nekromantą, który dosyć mocno związał się z historią tego miasta. - Uniósł brwi pytając o osobę, którą połowa magów w tym mieście najchętniej poczęstowałaby kulą ognia. - Czy wiedzą może gdzie podział się Quelin? - Ciekawiła go reakcja siedzących ludzi na to imię.
- Jeżeli twój przyjaciel zaginął, szukając informacji, należałoby z pewnością dowiedzieć się, czy nie był w Bilbiotece - stwierdził krasnolud. - Najprostszy trop. Podobnie jak... miejsca. Jeśli zaś chodzi o artefakty zła... cóż, czasem odnalazło się przeklęty nóż, dawno nie działającą różdżkę większego nekromanty... żyje się już te parę lat w biznesie szukania fantów, he, he.
Wbrew oczekiwaniom Ervina, na dźwięk imienia nekromanty, przez którego większość Broln popadło w ruinę nikt nie zerwał się z miejsca, nie krzyknął, nie zrobił się czerwony, cokolwiek. Raczej wszystkie oczy siedzących wokół stołu wlepiły się w niego. Niczym rozbójników węszących dobry skok.
- Quelin i artefakty zła powiadasz - mruknął srebrny elf. - Cóż, ciekawa to mieszanka. Ale o Quelinie wiele się nie dowiesz, obawiam się, nawet w Bibliotece. Gdyby magowie wiedzieli, czy też żyje i gdzie się teraz znajduje, sami zapewne złożyliby potężną drużynę, by pozbyć się go raz na zawsze. Zachowanie twarzy, publiczne relacje, takie sprawy. Natomiast jeżeli, i to mówię "jeżeli", Quelin przeżył i uciekł z Broln z pomocą kogoś z... miejsc... to z pewnością ci ludzie są martwi, albo niezdolni do powiedzenia czegokolwiek. Tak sugeruje logika. A na pewno nie będą się tym chwalić.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2014-01-07, 13:58
- Udamy się zatem, jeśli pozwolicie, w te miejsca - "Kto nie ryzykuje..." - Chyba, że wolisz iść tam sam, oczywiście, rozumiem.
Wzmianka na temat połączenia artefaktu zła z Quelinem była iście trafna. Srebrny elf oszczędzał słowa, ale jak coś powiedział, to z sensem.
Nikt nie zareagował na imię nekromanty. Spodziewał się bardziej wybuchowego temperamentu mieszkańców tego miasta. Chyba, że w tej karczmie żadnego mieszkańca nie znajdzie.
- Rozumowanie Twoje jest bardzo logiczne - odparł cicho, na słowa elfa - W jakich porach jest otwarta biblioteka i w jaki sposób można dowiedzieć się, czy był tam mój przyjaciel?
Następnego dnia uda się do biblioteki, rozpytać o Iska.
Nie tak sobie wyobrażał te całe "Przygody".
- Mogę... mogę cię tam zaprowadzić - stwierdził chłopak, marszcząc czoło w zastanowieniu. - Ale nie teraz, na pewno nie teraz. Jutro? W takie... miejsca... nie jest uprzejmie zapraszać kogoś bez uprzedzenia i... zgody.
Na pytania o bibliotece odpowiedział zaś krasnolud, widocznie zawsze chętny do udzielania informacji. I ogólnie gadatliwy.
- Do Biblioteki można dostać się o każdej porze i zostać tam tak długo, jak się chce. W nocy można tylko czasem wystać się długo pod bramą i na niej pięść zetrzeć, bo i odźwierny spać chodzi. Ale wpuścić musi. Zaś i o przyjaciela odźwiernego najlepiej spytać, a to i dobrze jest z prezentem dla niego przyjść, ku odświeżeniu pamięci. Albo ogólnej życzliwości. Na niego to działa świetnie. Oczywiście prezent winien być roztworem alkoholu o odpowiedniej mocy. Bimber najlepiej.
Tak, zdecydowanie, gdy przygody opowiada się i snuje bajania o herosach, nigdy nie wspomina się, by ten wpierw szukał w starych tekstach, gdzieżby forteca lisza czy dawne kawerny smoka znajdować się mogły. Nie, w legendach herosi zawsze potykali się o skarby, nie musieli ich sobie wypracować, a do kryjówki złego nekromanty szli po trupach mrocznych akolitów, zwykle rozłożonych w odpowiednich interwałach przez całą drogę, tak, żeby heros przypadkiem się nie zgubił.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2014-01-10, 13:59
Ervin wiedział już co będzie musiał zrobić. Poszukiwania rozpocznie następnego dnia rano.
Pierwszym miejscem, do jakiego się uda będzie sklep w którym kupi flaszkę dla odźwiernego. W bibliotece wykorzysta sztukę czytania, którą, w przeciwności do innych miast imperium, posiada zapewne większość ludzi, którzy tu mieszkają. Tajemne księgi traktujące o magii, potworach, dziewicach i smokach. Kto był większym potworem? Dziewica, czy smok?
Isku, po co pchałeś swój szczurzy nos w nie swoje sprawy?
Cóż takiego zrobił, że zaginął? Jak daleko zaszedł w poszukiwaniach prawdy o mieczu? Do czego skłonił go Cornelius?
Ciekawe, czy w tych mrocznych zapomnianych przez praworządnych mieszkańców miejscach będzie mógł się dowiedzieć czegoś więcej?
- A co was, waszmościowie, sprowadza do miasta magów, jeśli można spytać? - Zwrócił się do srebrnego elfa, dbając jednocześnie, by zwracać uwagę na inne osoby siedzące przy stole. Powoli, jego kufel się opróżniał. - Wspominałeś coś o bibliotece...
Ervin wiedział już wystarczająco o tym, gdzie powinien szukać. Pora zmienić temat.
- Przybyliśmy tu, by odszukać informacje na temat pewnej zaginionej twierdzy pewnego maga - odparł srebrny elf. - Przed wybraniem się na wyprawę wypadałoby wiedzieć, czy lubował się on może w magicznych pułapkach, albo w sztucznie ożywionych strażnikach... albo jakiejkolwiek innej magii, która mogłaby okazać się dla nas zgubna.
- Ale wyrzucili nas - dodał ten ze starszych ludzi, który posiadał włosy - bowiem nasz karłowaty przyjaciel znalazł w którejś z książek informację, którą uznał za haniebne przeinaczenie i postanowił ją spalić.
- I nawet bimbrem przekupić się odźwierny nie dał! - zakrzyknął krasnolud. - Jacyś magowie ponoć dali mu surowy zakaz, i to, mówi, pod karą wyrzucenia z pracy. Ale, cholera, bimber zabrał!
- Toteż czekamy - dokończył srebrny elf - aż czcigodni bibliotekarze raczą nas ponownie wpuścić.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2014-01-12, 18:08
Ervin zaciekawił się powodem przybycia grupy do Broln.
"...pewnej zaginionej twierdzy pewnego maga"
Ciekaw był, jak wiele ma to wspólnego ze zniszczeniem Broln, czy może samym Quelinem? Możliwe w ogóle, ale warto sprawdzić, może będzie mógł wykorzystać to do własnych celów?
- Wielką przysługę wyświadczacie mi, pomagając w poszukiwania mego przyjaciela. - Powiedział, patrząc na każdego po kolei. - Pozwólcie więc, że i ja wam pomogę. Gdy będę jutro w bibliotece mogę rzucić okiem na parę ksiąg - Oparł się wygodnie na krześle. Zamilkł, pozwalając mężczyznom zastanowić się nad propozycją.
Rozejrzał się po sali, oceniając, na ile zmieniła się sytuacja przy stole dwóch kobiet, co robią rahowie, albo czy pół-orkowie zaczęli już napierdalać kogoś w towarzystwie umięśnionych krasnali.
Po zbadaniu sytuacji panującej na sali Ervin znów spojrzał na towarzyszących mu mężczyzn.
- A tak swoją drogą, cóż za przeinaczenie spowodowało całą tę awanturę? - Spytał z krzywym uśmiechem, patrząc się na krasnoluda.
- O, nie, nie. - Krasnolud pomachał grubym paluchem przed sobą. - Poszukiwanie skarbów to biznes w którym nie wyjawia się żadnych sekretów. Żadnych.
- Gdybyśmy powiedzieli ci, których ksiąg szukać, jaką mielibyśmy pewność, że sam nie zbierzesz drużyny, by przeszukać tę twierdzę? - dodał srebrny elf.
- Jaką mamy zresztą pewność, że drużyna ta nie czeka tuż za progiem? - dodał ten łysy z ludzi, choć widocznie żartobliwie.
Cała wymiana zdań nie spodobała się wyraźnie pół-orkowi. Ale widocznie polegał całkiem na myśleniu swoich kompanów, bo dalej nic prócz marudzenia nie uczynił, by przekonać innych do swoich racji.
Słysząc zaś kolejne pytanie krasnolud nagle zapłonął gniewem i zrobił się czerwony na twarzy.
- Imaginuj sobie, że ci paskudni, bezczelni skurwy... - zaczął, ale natychmiast przerwał, gdy brodaty człowiek chlusnął mu w twarz jego własnym piwem. Po tym widocznie opamiętał się.
- Nie wspominaj tego lepiej - rzekł, śmiejąc się, drugi ze starszych ludzi.
Na sali zaś zmieniło się niewiele. Banda najemników bawiła się w najlepsze, zalewając pały coraz to podlejszym samogonem. Dwójka kobiet pozbyła się jakoś amanta, aczkolwiek czy odbyło się to ze szwankiem dla jego fizjonomii, czy też może odszedł dobrowolnie, Ervin nie mógł ocenić. Ładniejsza z kobiet wyglądała na dość znudzoną wszystkim wokół, druga zaś widocznie uważała, że sposób zabawy najemników jest całkiem dobry, i również pijąc mocne, ohydne napitki zaczepiała ich co jakiś czas. Ci jednak nie wyglądali na szczególnie nią zainteresowanych. Jeszcze. Jaszczuroludzie gdzieś się zmyli.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2014-01-17, 10:51
Uniósł zdziwiony brwi. Mimo zaskoczenia, Ervin zapisał w myślach słowa krasnoluda. Czegoś takiego Cornelius go nie nauczył. Dobrze, że Pół elf nie wypaplał wszystkiego o żałobnym ostrzu, Quelinie i poszukiwaniach Iska na wejściu.
Kolejna zasada poszukiwacza przygód.
- Dobrze, nie nalegam - westchnął cicho z rozbawieniem na myśl o kompanii, czekającej za rogiem, po to tylko, by przejąć misję poszukiwania jakiegoś prastarego reliktu wartego wiele srebrniaków i złotych monet. - Chciałem się tylko odwdzięczyć za waszą pomoc. - Szybko zmienił temat - Da się wyżyć z poszukiwania skarbów?
Fajna to fucha, zwiedzić cały świat w towarzystwie przyjaciół, szukając drogocennych rzeczy.
Być może Kornelius nie uczył go o takich sprawach, bowiem czynił z niego poszukiwacza przygód, a nie profesjonalnego poszukiwacza skarbów. Była w tym drobna różnica, której nie sposób było nie zauważyć. Oczywiście, kompania, z którą przebywał Ervin z pewnością była również złożona z znakomitych podróżników, nie gorszych w potyczce i w opałach, ale dalej nie było to tym samym.
- Owszem - odpowiedział krasnolud. - Łatwo też poznać, kiedy zaczynasz być dobrym w tej robocie, i łatwo poznać, kiedy całkiem do tego drygu nie masz. To pierwsze, gdy problemem staje się znalezienie kupca, a nie skarbu. To drugie, gdy musisz zmienić zawód, by nie zdechnąć z głodu.
- Większość początkujących łowców skarbów kończy na tym drugim - wtrącił srebrny elf. - O ile po prostu nie zdycha z głodu.
- Tak to jest, że dopóki nie jesteś w tym dobry, to nie zarobisz, a dopóki nie masz pieniędzy, nie masz czasu nabyć doświadczenia - dodał jeszcze krasnolud tonem wielkiego znawcy.
Tymczasem piwo Ervina skończyło się już. Również żołądek powoli zaczynał przypominać o swoim istnieniu. I o byciu pustym w środku.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2014-01-18, 19:15
Różnica pomiędzy poszukiwaczem przygód a poszukiwaczem skarbów zaciera się, gdy zwróci się uwagę na jeden fakt.
Skarby brzmią jak naprawdę zajebista przygoda!
Piwo się skończyło, pora coś zjeść, nie wspominając o odpoczynku po podróży.
Zamówił miskę strawy, starając się nie zastanawiać, w jaki sposób zarobi pieniądze. Mimo konta w banku, które zgromadziło całkiem pokaźną sumkę, te monety też kiedyś się skończą.
- Jeśli nie możecie mówić o tym, czego aktualnie poszukujecie, to może opowiecie jakąś ciekawą historię o tym, co znaleźliście kiedyś? - Nie dość, że trzeba było w jakiś sposób podtrzymywać rozmowę, to szczerze był ciekaw tego, co należało do dokonań tej kompanii. Może kiedyś będzie mu dane skompletować taką drużynę i wyruszyć na poszukiwanie starożytnego skarbu?
- Opowieść?! - zakrzyknął stary krasnolud i zaraz jego twarz się rozjaśniła. - Oj, historię wygłosiłbym ci taką, jakiej nigdy nie zapomnisz! Jeno w gardle sucho nieco, szkoda tak przez brak dobrego nawilżenia głos sobie zniszczyć!
Ervin doskonale zrozumiał, czego dotyczyła ta aluzja. Ironia sytuacji nie omieszkała go uderzyć, bowiem dopiero przed chwilą pół-elf zastanawiał się nad stanem swoich funduszy. Bohater jednak, ku swojemu zdumieniu, zobaczył zaraz przed krasnoludem dwa pełne kufle, z jeszcze dobrze wystającą nad krawędź pianą. Krasnolud odezwał się bowiem tak głośno, że usłyszały go co najmniej trzy sąsiednie stoliki. A barman miał całkowitą rację. Dobrą opowieścią można było sobie w karczmie wiele zarobić. Że krasnolud jeszcze nawet nie zaczął opowiadać? Cóż, to była dopiero zaliczka.
- A więc opowieść moja dziać się będzie, gdy jeszcze Emett włosy posiadał - tu krasnolud wskazał na łysego człowieka - a Fredrich ledwo co do Imperium trafił, gołowąs jeszcze, przed inkwizycją Siegvaardzką uciekający. Co on w Górach Środka przeżył, to sam opowiadać mógłby dwa dni, tylko kiepski z niego bajarz, toteż może lepiej nie. Glargh był tak samo brzydki jak jest teraz, a zimowy długouch jeszcze z nami nie wędrował. Ba, samego Fredricha na milę przed badanym przez nas dworem spotkalimy, a że magika nam brak było, a jego to za magię ci Siegvaardzcy popaprańcy ganiali, tośmy go przygarnęli.
- A gdzieście w ogóle szli? - zapytał ktoś ze stolika obok, pewnie jeden z tych, co postawił przed krasnoludem kufel piwa.
- Było to jeszcze za czasów Królestw Ludzi, kiedy to jaśnie panujący nam Imperator dopiero wojska i przymierza zbierał. W królestwie, którego nazwy teraz nikt nie pamięta, a w wojnie stolicę z ziemią zrównano, dotarły do nas wieści, że jakoby w dworze rodziny szlacheckiej znacznej a znanej zaraza wielka jakaś wybuchła i całą rodzinę wraz z czeladzią położyła. Aleśmy spotkali jednego jaszczuroczłeka, co też łasy na świecidełka był, a na większość chorób ludziom szkodliwych mówił, że jest odporny. Ten to stwierdził, że zarazy się nie boi, i co lepszego z dworku zebrać można, to zbierze. Czy odporny był, czy nie, wystarczy, że miał ze sobą złote kielichy noszące symbol rodziny, to wiarę daliśmy, że w dworku był. Toteż czemu mieliśmy nie uwierzyć mu, że za parę srebrniaków sprzeda nam wieści, które pozwolą i nam bezpiecznie przejść przez dworek i nabrać skarbów. Nie byłaby to kradzież, bo choć rodzina bogata i prominenta, to mała i w ziemi gnijąca.
Tu krasnolud przerwał opowieść, by wychylić do dna jeden z kufli.
- Okazało się więc, że to nie zaraza rodzinę wybiła. Część służby bowiem Rah znalazł zdrową, w lesie koczującą, która to bała się władzom pokazać i prawdę powiedzieć. Opowiadali o złych duchach, demonach, że w jednego z dziedziców wstąpiło coś, rozszarpał ojca, brata, matkę i siostrę z dachu na złamanie karku rzucił. Najpierw siostrę rzucił, znaczy, bo potem zabrał się za resztę. Pół służby wybił, reszta uciec zdołała. Rah nie uwierzył im oczywiście, bo kto to o takim czymś słyszał...
- Ja słyszałem! - wtrącił się ktoś z rosnącej publiki. Krasnolud wykorzystał ten moment na wypicie drugiego piwa i jak nie ryknął "NIE PRZERYWAĆ!!!", tak piwo zaraz pojawiło się przed nim za sprawą osobnika, co wcześniej się odezwał.
- No... - mruknął krasnolud i zaraz podjął opowieść. - Jaczuroczłek bez lęku dotarł do dworku, zebrał co ciekawsze rzeczy z parteru i wszedł na piętro. Wtedy też zwątpił w swoją pewność, bo na ścianach i podłodze korytarza rozmazane były wnętrzności ludzkie. Dalej bał się Rah wchodzić, pobiegł co sił do stolicy, by znalezione fanty odsprzedać i nas spotkał. Jako, że nam potwory ni zjawy nie straszne podjęliśmy się wyczyszczenia reszty dworku, piwniczek w szczególności, bo przecież tam najlepsze wina, miody, piwa i spirytusy najszlachetniejsze, bo w końcu u szlachty. Po drodze magika zebraliśmy, jako to myśleliśmy, że na magii się znać będzie i ze zjawami ewentualnie pomoże.
W tym czasie postawione wcześniej piwo zdążyło zniknąć, tak jak i kolejne, magicznie postawione przed krasnoludem.
- Dotarliśmy na miejsce, to pierw poszukaliśmy służby w lesie. Obóz faktycznie po nich został, ale nigdzie ich szukać. Dworek opuszczony wyglądał, dwa charty martwe na dziedzińcu, jakby je ktoś wypuścił z klatek na łowy a potem napuścił na siebie, tak zagryzione. Wiarę już dawno daliśmy Rahowi, więc się psom nie dziwiliśmy. W stajniach koni nie było, a to już nas zdziwiło. Bo gdyby choć trupy, to normalne. A tak, śladu nie było. Nic to, pewnie służba na swój stan nie zważywszy na koniach uciekła, dlatego jej się udało, tak ustaliliśmy. Zabrać ze sobą potem z obozu musieli. A szkoda, bo konie zawsze w cenie. No to do dworku wchodzimy, a na parterze widać wszak ślady rabunku, i generalny nieporządek - historia jaszczuroludzia zgadza się. Nic to więc, przed piwniczką iść na piętro trzeba, by zjawy czy potwora się przed ładowaniem beczek na wóz pozbyć. Na piętro wchodzimy i faktycznie - ściany we krwi już dawno zaschniętej, jakieś jelita, jakieś móżdżki. Śmierdziało strasznie, ale też już nie tak bardzo, jakby świeże było. Pokazujemy naszemu magikowi, a on mówi, że potwór na pewno to jakiś zrobić musiał. Ledwo na nogach stał, porzygał się zresztą zaraz, to już więcej nie pytaliśmy. Nie zdążyliśmy dwu pokoi przeszukać, jak z końca korytarza z wrzaskiem nieludzkim włochate jakieś bydle w strojach poszarpanych, ale niechybnie szlacheckich wyskoczyło. No to co, Glargh jak nie przyskoczył, jak toporzyskiem zaklętym nie sieknął, jak na pół stworzenia nie przeciął - koniec walki. Zaraz gratulujemy sobie dobrej roboty, zabieramy rzeczy z pokoi cenne, aż w końcu wchodzimy do miejsca, skąd potwór wyskoczył. A tam co?
Tu krasnolud przerwę strategiczną zrobił i kolejne piwo wypił.
- A tam rodzina szlachecka - odpowiedział na własne pytanie. - Widzi matrona zakrwawiony topór, od razu w szloch. Młoda szlachcianka biała się zrobiła i zemdlała. Stary właściciel dworu z otwartymi szeroko oczyma bluźnić zaczął, nie wiadomo na co. Okazało się, że na własną głupotę.
- Jak się udało nam wywiedzieć, słysząc o bliskim pochodzie wojsk przyszłego imperatora, chcieli szybko do niego przyłączyć się, a by wcześniej poboru podatku na wojnę uniknąć udać śmierć i wielkie niebezpieczeństwo na dworze wymyślić, by nikt nie skonfiskował dóbr. Potem wyskoczyć przed najeźdźcą mieli, wszelkim plotkom kłam zadać i wyjść na tym dobrze. Zaraza dla stolicy miała być, potwór dla służby (ściany kozimi flakami wysmarowali), której pewnie by nikt nie uwierzył. Nie wzięli biedacy pod uwagę poszukiwaczy skarbów, bo dla nas żadna to różnica, czy właściciel martwy od tysiąca lat czy od miesiąca, póki dziedzica żadnego fortuny nie ma.
- I coście zrobili?
- Jak to co? Wiary by nam w stolicy o przekrętach rodziny tej nie dali, a i wysłannik króla na miejscu wcześniej był, w bezpiecznej odległości przed domniemaną "zarazą", który potwierdził, że dwór wymarły i pusty. Tedy myśmy winy ich zgłosić nie mogli, więc zostawiliśmy co było ich i do stolicy wróciliśmy. Fortuna się do nas jednak uśmiechnęła, bo pochód przyszłego Imperatora w inną stronę został skierowany, oszustwo na jaw wyszło, a że zgłosiliśmy się za zapłatą dziesiątej części skonfiskowanego majątku jako ważni świadkowie, to wyszliśmy na tym dobrze. A szlachetki zawisły, i mnie tam ich nie szkoda.
Ervin na końcu opowieści zauważył dopiero, że stoi przed nim misa gęstej zupy gulaszowej, teraz już w połowie wystygła.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2014-01-18, 21:52
- Zacna to historia, zacna. - odpowiedział Ervin, kiwając z uznaniem głową. Jeśli była to prawda, poszukiwacze skarbu mają już naprawdę duże doświadczenie, skoro parali się tą robotą już w czasach przemian politycznych. Rozmyślając nad historią opowiedzianą przez Krasnala pochłonął zupę, która przed nim stanęła i zdążyła już prawie wystygnąć.
- Może i ja opowiedziałbym jakąś historię, nie ma ona jednak tak pozytywnego zakończenia jak Twoja, krasnoludzie. - omiótł wzrokiem twarze towarzyszy, szukając jakiegokolwiek zainteresowania. - Nie mam również tak dużego doświadczenia w opowiadaniu o swoich przygodach.
Odstawił z brzdękiem talerz na stół i nie przejmując się, czy słucha go jedna osoba, sam krasnolud, czy też pół sali, odwdzięczył się szczerością za szczerość.
- Dobre siedem wiosen wstecz, gdy nękane wojną z drowami ziemie moich elfickich pobratymców opuściłem, natknąłem się na ziemie nękane przez morowe powietrze. - zrobił krótką, budującą napięcie - Jako osoba wychowana w elfickich lasach, gdzie zarazy nie są tak częste, nie zdawałem sobie sprawy z tego jakie niebezpieczeństwo z sobą to niesie. - kolejna przerwa, poświęcona na rozejrzenie się po sali, czy ktoś go jednak słucha.
Sięgnął w tym czasie pamięcią do czasu, gdy przemierzał ulice Wahnsinn.
- Wejść do miasta musiałem, po drodze dostałem pewnego rodzaju zadanie, aby odebrać jednemu z tamtejszych kapłanów pewien magiczny amulet. Nie spodziewałem się jednak, że kapłan już dłuższy czas leży martwy wśród tysiąca trupów.
Podniósł wzrok, unosząc pięść do ust. Kaszlnął lekko, jakby pokazują, że zaschło mu w gardle.
Ciekaw był, czy jego historia w ogóle zainteresowała kogokolwiek.
- Doświadczenie w każdej dziedzinie kiedyś trzeba w końcu nabrać - odparł krasnolud na słowa Ervina. Dalej już tylko uprzejmie słuchał, jak to należało do osoby przy tym samym stole.
Krasnolud zgromadził sobie całkiem sporą grupę słuchaczy, która dość mocno rozbawiona była idiotycznym pomysłem szlacheckiej rodziny. Teraz, jednak, nie zdążywszy się jeszcze rozejść, gdy usłyszała słowo "drowami", zaciekawiła się kolejną opowieścią. Gdy doszły do tego historie o elfich lasach, zarazach i magicznych amuletach, jedno piwo, pojawiło się przed Ervinem.
Pojawiło się jakby z wahaniem, jakby niepewnie, czy będzie warte opowieści. Pojawiło się jednak tak samo niespodziewanie, jak pojawiały się piwa przed krasnoludem. Być może ktoś spoza publiki był w stanie dostrzec któż był fundatorem, z pewnością karczmarz wiedział, od kogo wziął pieniądze. Ale fundowanie piwa opowiadającym w karczmie rządziło się swoimi prawami. Gdy ktoś czuł, że to jego kolej, a wiedział to instynktownie, piwo pojawiało się za jego kosztem przed opowiadającym, a sam fundujący o tym nie pamiętał. Dziwne to prawo omijało często wcześniejszych bajarzy, jako tych, którym należało się darmowe piwo, a nie stawianie piwa. Omijało też zwykle tych, którzy pieniędzy w ogóle nie mieli, ale gdyby ktoś udawał zbyt biednego, sumienie kłuć go będzie długo, może nawet latami. Niektórzy sądzą, że jest w tym szczypta magii. Niektórzy, że wręcz bardzo dużo.
Ale który zwyczaj pozbawiony jest tej tajemniczej części?
Ważne było jednak, że choć brakowało Ervinowi do krasnoluda, zgromadzeni z chęcią go słuchali.
- Któż to kazał odbierać amulet kapłanowi? - zapytał jeden.
- Czy siłą? - zapytał drugi.
Ale opowieść karczemna rządziła się swoimi prawami, więc Ervin opowiadać mógł jak chciał, nie zważając na zadawane pytania.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2014-01-18, 23:00
- Może wam wydać się to conajmniej dziwne - łyk piwa - bądź zastanawiające conajmniej. Jednak osobą, która wysłała mnie po ów amulet... Była mrocznym elfem. - Przerwa była najdłuższa z tych, które wystąpiły podczas jego opowieści - Tak było. Wzięty w niewolę obiecałem wykonanie tego zadania, by odzyskać wolność. Bogowie jedynie wiedzą, cóż kierowało drowem, gdy mnie wypuszczał.
- Nie spodziewałem się niczego, gdy przechodziłem przez bramy miasta, nie chronione przez żadnych strażników. Dopiero, gdy opustoszałe ulice pokazały, że coś jest nie tak, poczułem na karku dreszcz niepokoju. Po paru kolejnych chwilach spędzonych w martwym mieście napotkałem na swojej drodze ciało zjadane przez wielkie, czarne ptaszysko. - Mówiąc to rozglądał się po zgromadzonych wypatrując ich reakcji, by wiedzieć, jakie wydarzenia akcentować, a jakie pomijać. - Przejdę jednak do momentu, gdy swoje stopy postawiłem w miejskiej świątyni. Wieża, w której dzwony biją, wzywając wiernych mieściła by w sobie dwudziestu rosłych mężczyzn, jeden stojący na ramionach drugiego. Wrota szerokie, jakby tych samych dwudziestu chłopa stanęło ramię w ramię. Jednak to co skrywały za sobą te odrzwia przerosło me najśmielsze oczekiwania.
- Gdy kroki skierowały mnie do nawy głównej oczom mym ukazały się sterty usypane z ciał. - Byłoby idealne, gdyby w tym momencie zapadła na sali zupełna cisza. - Nie wiem, jakie opary się z tych ciał wydobywały, jednak od momentu, w którym wszedłem do świątyni, granice między jawą a snem są zatarte. Kapłana nie było wśród tych trupów. One jednak postanowiły dręczyć mój umysł. Wydawało mi się, że truchło małego dziecka chce bawić się ze mną w chowanego, zakładając się ze mną, że jeśli wygram, pokaże mi, gdzie leży ciało kapłana, który ma na szyi magiczny amulet.
Uśmiechnął się krzywo na to wspomnienie.
- Pech chciał, że odnalezienie amuletu sprowadziło mnie do pozycji, gdzie z otwartej szafy wypadł na mnie ów kapłan. - Kolejna pauza z krzywym uśmiechem - Co prawda, miał amulet na szyi. Ale również miecz skierowany prosto we mnie. - rozsupłał troczki koszuli, pokazując bliznę na prawym ramieniu, pod obojczykiem. - Chyba wyobrażacie sobie moje zdziwienie, gdy martwy kapłan ukarał mnie za moją ciekawość?
Gdy Ervin powiedział o tym, że zleceniodawcą był mroczny elf, wielu ludzi zmieniło swój wyraz twarzy na niemal czystej nienawiści. Jak to, pomagać drowowi? Czarnemu psu? Nawet srebrny elf zdawał się zmienić na twarzy. Gdy jednak powiedział o tym, iż był w niewoli drowa, zmiana była wręcz w całkiem drugą stronę. Wiele słyszało się o męce niewoli u czarnych elfów. Spoglądając po sali Ervin mógł zobaczyć, że wśród słuchających znajduje się również kobieta, która za towarzyszkę miała żeński odpowiednik północnego barbarzyńcy. Mógł też zobaczyć, jak twarz zbladła jej na słowa o drowiej niewoli. Później jednak zobaczyła, że i pół-elf ją widzi, więc zwróciła swą uwagę w drugą stronę - ku swej mocno zmęczonej już towarzyszce.
Ervin z satysfakcją mógł stwierdzić, że jego opowieść nie wywierała gorszego wrażenia, niż ta krasnoluda. I to mimo tego, że o zarazie wpierw powiedział, niż napięcie pustym miastem budować. I to pomimo tego, że tak szybko do znalezienia kapłana przeszedł. Jego historia, choć może w ciekawości konkurować mogłaby na równi z krasnoludzią, to była bardziej przejmująca, bo i dotyczyła tragedii, drowów i prawdziwej zarazy, nie tylko zabawnej historii jak to szlachta srała wyżej, niż siedziała.
Również blizna na ciele Ervina zmieniła nieco nastawienie słuchających. Wiadomo, opowieści są opowieściami, póki ciekawymi i zajmującymi, to na piwo zarabiają. Ale jakkolwiek prawdziwej historii by bajarz nie opowiadał, dalej zwany będzie bajarzem i dalej większość dowierzać mu nie będzie. W ten sposób bohater przekonał choć paru, którzy nie potrafili skojarzyć faktu, że blizna powstać mogła w każdy sposób.
Ervin dostrzegł też inne spojrzenia. Mianowicie na kufel piwa, który wciąż stał pełny. Widocznie parę już osób czuło, ze nadeszła ich pora postawienia przed bajarzem kufla. Ale jak tego dokonać, gdy bajarz piwa nie dokończył?
Pytanie bohatera spotkało się z generalnym potakiwaniem i pomrukiwaniem. Ktoś jednak, czując, że historia ma skierować się na zupełnie inne tory, zapytał nieproszony:
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2014-01-18, 23:34
- Dobre to jest pytanie, przyjacielu. Długo jeszcze po tym, jak opuściłem to miasto, skóra z mego ciała odchodziła, a i wymioty targały mną dobre pare dni jeszcze. Jednak mój organizm okazał się silniejszy. Może morowe powietrze potrzebowało więcej czasu, by dostać się głębiej w moje trzewia. - Wzruszył ramionami - Tego nie wiem. Może po prostu dobrze się konserwuję? - Mówiąc to wypił piwo, stojące przed nim. Miał nadzieję, że nie odbije się to na zdolnościach wypowiadania się pół elfa.
- Wracając jednak do mojej historii. Gdym trafiony został mieczem w ramię, myślałem że już pomnie. Zgarnąłem tylko amulet rozrywając łańcuch, na którym wisiał i doczołgałem się do ołtarza, myśląc, że w tych ostatnich chwilach bóg ludzi zlituje się nade mną. Może i zlitował się. Kolejna niewiadoma, która otacza tę podróż. Myślałem, że gdy zasnę, śmierć mnie zabierze. I miałem takie nadzieje. - Piwo? Pił dalej - Jednak otaczające mnie ciała nie pozwoliły mi na to. Mój oszalały wtedy umysł ożywił ich wszystkich, karząc okrążyć mnie. W szaleńczym pędzie rozpaliłem pochodnię i rzuciłem w pierwszego zbliżającego się w moją stronę trupa. Gdy wróciła do mnie świadomość, połowa świątyni w płomieniach stała. Szaleńcze siły we mnie wstąpiły, gdym uciekał przed płonącą hordą trupów... A to wszystko działo się zapewne w moim umyśle, nie potrafię uwierzyć bowiem, że prawdziwa horda płonących ciał goniła za jednym pół elfem przez miasto Wahnsinn. Przez wewnętrzne mury musiałem przedostać się, wspinając się po nich i skacząc na pobliskie chaty. Straszne to było przeżycie, straszne.
Zapadła cisza. Skończył swoją opowieść nieco z mniejszym polotem niż ją zaczął.
- Wykupiłem jednak swą wolność - Odparł po paru chwilach, w których pił piwo - A mieczem swym przebiłem serce drowa, który zniewolił mnie i zabił mego przyjaciela.
Faktycznie, Ervin zakończył opowieść na nieco słabszym poziomie, choć opowieść zdecydowanie wstrząsnęła ludźmi wokół.
Najlepszy jednak efekt miało to, co dodał Ervin po chwili. Słysząc o śmierci drowa krasnolud krzyknął głośno "Ha!" a reszta słuchających podjęła wesoły okrzyk.
Piwo, ku zdumieniu pół-elfa, praktycznie wcale nie wpłynęło na niego. Czuł się nieco lżejszy, ale czy był to efekt alkoholu, czy to wystąpienia publicznego, tego nie wiedział.
Musiało jednak paść pytanie, które było ewidentną kontynuacją dla ostatniej wypowiedzi bohatera. Pytanie niewygodne, na które odpowiedzieć należało umiejętnie.
- Jakżeś pokonał owego drowa? Kim on w ogóle był? Godnym przeciwnikiem?
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2014-01-19, 00:14
- Drow potrzebował amuletów do otwarcia portalu do wymiaru pełnego artefaktów. Wykorzystałem jego nieuwagę. Nie jest to może honorowe, jednak dostał to, na co zasłużył - Odpowiedział, mając nadzieje, że było to wystarczająco zgrabnie podane. - Nie jest to jednak opowieść na dzisiaj. Amulet zniknął, a portal został zamknięty. Niestety. - Jeśli stało przed nim jeszcze piwo, wypił je. Uśmiechnął się do zebranych. - Dziękuję za ten napitek, nie spodziewałem się, że ta historia spotka się aż z tak przychylnym odbiorem. Jak na mój "pierwszy raz" poszło chyba nawet nieźle. -
Co będzie dalej? Ciekaw był, na jaki tor przejdzie rozmowa po tym, jak każdy z słuchających zajmie się sobą. Czy kompania, z którą siedział przy stole powie mu coś więcej? Nie liczył na to.
Zerknął w stronę kobiety. Jak wyglądała, ile mogła mieć lat, jakim parała się zajęciem? Nie liczył na nic.
[...]Trzecie piwo
k20 + 3 + 20 = 17 + 23 = 40 - 1 punkt upicia się
Ervin dopił ostatnie piwo wśród ogólnego pomruku aprobaty. Ludziom opowieść widocznie podobała się, choć raczej Ervin nie usłyszał, by ktoś nazwał ją "najlepszą jaką słyszał". Cóż, daleko mu było jeszcze do wprawionego bajarza. Krasnolud jednak kiwał z uznaniem, choć bohater nie mógł stwierdzić, czy z powodu opowieści, czy jej treści.
Kobiety, której przyglądać zaczął się Ervin, nazwać młodą dziewczyną nazwać nie można było. Młodą kobietą już jak najbardziej. Wygląd jej względem opisanego wcześniej nie zmienił się w zasadzie, choć teraz na jej twarz zdecydowanie wstąpiło już zmęczenie i senność. W karczmie nie było okien, przez które widać byłoby zbyt wiele ze świata zewnętrznego - szkło było kiepskiej jakości, mało klarowne. Widać jednak było, że resztki światła słonecznego na tę dobę opuściły Sorię ostatecznie. Jak dawno temu? Bohater nawet nie zauważył.
Kompania najemników zaś podchmieliła się już znacznie. Widać, że zaczynali się do czegoś zbierać, rozglądali się uważnie po sali. Ostatecznie dwaj z nich zaczęli wyciągać swoje instrumenta.
Krótką piszczałkę (czy też flet) i małą lirę.
Od razu zaczęli grać unisono mało skomplikowaną choć przyjemną melodię. Zgrani byli tak, że wiadomym od razu było, że nie grają ze sobą pierwszy raz. Po tej krótkiej przygrywce uderzyli w bardziej rzewną nutę. Niespodziewanie kolejny z najemników zaczął pieśń. Wkrótce paru kolejnych podjęło za nim. Nie były to śpiewy głośne, muzyka też nie, dość donośne jednak, że słychać było je w całej izbie.
I dlaczegóż wciąż źle? Niby wszystko dobrze \\Oryginalnie "OK"
I to niebo błękitne, jak zwykle
I ta woda, ten las, to powietrze i czas
Tylko on - nie powrócił po bitwie
Dziś na próżno bym chciał wiedzieć, kto rację miał
W naszych sporach tak zażarcie głupich
Mnie zaczęło być brak jego, ot, akurat,
Kiedy on już z tej bitwy nie wrócił
Nieraz milczał jak grób, albo darł ten swój dziób
A gdy śpiewał - fałszował okrutnie
On mi spać nie chciał dać, zawsze był pierwszym z nas
Ale wczoraj nie wrócił po bitwie \\Słowa Włodzimierz Wysocki, tłum. z rosyjskiego Paweł Orkisz
Tu śpiewający zrobili przerwę, dając wybrzmieć lepiej muzyce. Lira grała niskie tony, dając tło dla powolnej, spokojnej melodii fletu. Większość tych, którzy słuchali wcześniej opowieści krasnoluda oraz tej Ervina oddaliła się teraz by posłuchać najemników. Śpiewu bowiem i muzyki nie powstydziłby się żaden wędrowny bard.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2014-01-20, 23:02
- Nawet nieźle poszło - wyszczerzył zęby w krzywym uśmiechu. Słowa swe kierował do krasnoluda - A teraz chyba już czas na spoczynek, jutro dużo pracy przede mną.
W tym momencie grupa najemników zaczęła grać i śpiewać, umilkł więc na chwilę, by posłuchać.
Na początku nie oczekiwał zbyt wiele po osobach wyglądających tak jak oni. Na pewno nie tego, że będą tak uzdolnieni muzycznie.
Siedział w ciszy i skupieniu, jakby zaprzeczając temu co przed chwilą powiedział.
Mógł jeszcze rozmawiać z grupą poszukiwaczy przygód, dowiadując się o kolejnych ciekawych skarbach i przygodach. Wydawałby kolejne srebrne monety na kolejne piwa, upijając się coraz bardziej. Ale czy tego właściwie potrzebował?
Jego dawny instynkt samotnika odezwał się w nim, dając znać, że najlepiej czułby się za zamkniętymi drzwiami, poza zasięgiem wzroku wszystkich otaczających go teraz ludzi.
Krasnolud kiwnął tylko głową na słowa Ervina i sam począł przysłuchiwać się grze najemników.
Ervin udał się więc na spoczynek. Gdy przechodził przez salę i wspinał się po schodach odprowadzała go druga część pieśni:
To, że pusto ci tak, to normalne, to fakt
Zrozumiałem i wiem: dwóch nas było
Dla mnie tak, jakby wiatr się ogniskiem zachłysnął
On już z bitwy nie wróci... i tyle
Właśnie wiosna wśród drzew jak z niewoli się rwie,
Pomyliłem się, gdym przez ramię mu rzucił:
Stary, stój, zapalimy... - a tu obok milczenie
Przecież on, przecież wczoraj nie wrócił
Ci, co padli przed nami, nie zostawią nas samych
Oni staną na warcie gdy trzeba
Niebo w las się zanurza, las przegląda się w chmurach,
Drzewa wtedy wędrują do nieba
Nam i na jednym wale nigdy ciasno nie było \\W oryginale "Nam i w jednym okopie..."
Czasem równo się dzieliliśmy
Teraz wszystko sam mam, tylko tak mi się zda
Że to ja nie wróciłem z tej bitwy
Ranek przywitał go odgłosami gwaru miejskiego zza ściany. Ervin czuł się dobrze jak nigdy, wypoczęty i gotów do dalszych zmagań.
Wiek: 31 Dołączył: 25 Sie 2007 Posty: 1100 Skąd: Łódź
Wysłany: 2014-01-24, 19:15
Od bardzo dawna nie było Ervinowi dane wypocząć w wygodnym łóżku, otoczony czterema ścianami. Przyjemność była podwójna, gdy spać kładł się po paru piwach i z pełnym żołądkiem. Po takim odpoczynku był w stanie myśleć o dalszych działaniach.
Na śniadanie zjadł jedną z porcji podróżnych, które mu pozostały. Zaoszczędzi chociaż srebrniaka, którego będzie mógł przeznaczyć na kolejny dzień spędzony w karczmie.
Plecak wypakował, pozostawiając w nim tylko najpotrzebniejsze rzeczy, do których zaliczały się: pochodnie, racje żywnościowe, hubka i krzesiwo, dziennik. Resztę rzeczy zostawił w pokoju, razem z mieczem. W razie potrzeby, miecz w mgnieniu oka znajdzie się przy nim, gotowy do rozlewu krwi. A nieuzbrojony będzie przyciągał mniejszą uwagę. Nie miał zresztą zamiaru wdawać się w jakąkolwiek walkę.
Wychodząc z karczmy, zapłacił z góry za kolejny dzień pobytu w pokoju i wyszedł do miasta, mając zamiar chwilę w nim zabawić.
Wychodząc z pokoju Ervin świetnie wiedział, że Ostrzu nie podoba się bezczynne leżenie w pokoju. Nie, nie wiedział tego z powodu znajomości natury magicznego oręża. Nie czuł tego też jakoś na granicy świadomości, nie dostawał subtelnych wiadomości. Ostrzu nie podobało się zostawanie teraz, w tej chwili w pokoju, chciałoby zostać zabrane. Ervin to wiedział, po prostu w jego głowie była ta wiadomość.
W sali głównej karczmy znajdowało się jeszcze paru niedobitków, choć bardziej zapewne pasowałoby do nich dosłowne określenie, nie potoczne. Wyglądali bowiem dokładnie, jak beznadziejnie ranni po bitwie - nieprzytomni, zarzygani i zaszczani. Brakowało tylko krwi, choć nie wokół wszystkich. Wśród nich nie było żadnych znajomych bohatera. Mimo to Ervin znalazł dla siebie całkiem dobrze ogarnięty stolik, przygotowany zapewne wśród pobojowiska właśnie dla wstających już gości.
Ulice przywitały go gwarem i tłumem różnorodnych ludzi, płynącym w obie strony ulicy, przy której stała karczma. Długo by opowiadać, cóż to za osobników widział, przed sobą Ervin. Nikt jednak nie przykuł jego uwagi.
Sklepy w mieście były otwarte, z pewnością tak samo jak wszelkie cechy i miejsca oferujące różnorakie usługi. Broln na pewno było miejscem, gdzie Ervin mógł dobrze przygotować się na dalsze przygody. O ile fundusze mogły mu na to pozwolić.
Nie możesz pisać nowych tematów Nie możesz odpowiadać w tematach Nie możesz zmieniać swoich postów Nie możesz usuwać swoich postów Nie możesz głosować w ankietach Nie możesz załączać plików na tym forum Możesz ściągać załączniki na tym forum